"Królowa" - opowieść o człowieku, który odważył się być sobą

Opublikowano w 23 czerwca 2026 16:29

Zastanawiam się dość często czy wracam do Teatru dla konkretnych tytułów, czy dla samej pewności, że za każdym razem czeka tam na mnie coś nieoczywistego. Właśnie takim miejscem od lat pozostaje Teatr Nowy Proxima w Krakowie. Lubię przyjeżdżać do tego Teatru, ponieważ nie przypomina on fabryki gotowych pomysłów ani sceny odtwarzającej sprawdzone wzorce. To miejsce twórczej odwagi, artystycznego ryzyka i autorskiego języka.

Gdy wiele scen często sięga po bezpieczne rozwiązania, Proxima konsekwentnie buduje własny świat. Świat, w którym biografie stają się pretekstem do rozmowy o człowieku, a nie jedynie ilustrowanym życiorysem.

Tak jest również w przypadku „Królowej”. Nie proponuje się nam kolejnej historii o Freddiem Mercurym rozumianym jako gwiazda rocka. Nie jest to spektakl o pomniku, ani widowisko o legendzie z plakatów, okładek płyt i stadionowych koncertów. To przede wszystkim opowieść o Farrokhu Bulsarze – chłopcu z Zanzibaru, który całe życie próbował odnaleźć własne miejsce pomiędzy tradycją, wolnością, pomiędzy oczekiwaniami świata a głosem własnego serca. To właśnie ten wybór wydaje mi się największym zwycięstwem scenariusza Piotra Siekluckiego.
Zamiast kolejnego katalogu sukcesów dostajemy historię dojrzewania. Historię wyobcowania. Historię człowieka, który przez całe życie próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, kim właściwie jest.

Spektakl prowadzi nas przez kolejne etapy tej niezwykłej podróży z imponującą płynnością. Zanzibar, Indie, Londyn, pierwsze fascynacje sztuką, muzyką, rysunkiem, narodziny marzeń, pierwsze rozczarowania, pierwsze miłości, pierwsze bunty. Wszystko układa się w przejmującą opowieść o kształtowaniu tożsamości. Największe wrażenie robi jednak fakt, że twórcy unikają zarówno pomnikowości, jak i taniej sensacji.

Freddie Mercury był postacią większą od życia, ale jednocześnie pozostawał człowiekiem pełnym sprzeczności. W „Królowej” widzimy obie te twarze. Widzimy artystę zdolnego porwać miliony ludzi, ale również samotnego człowieka ukrywającego swoje lęki za kolejnymi maskami. I właśnie dzięki temu spektakl nabiera prawdziwej siły.

Ogromną rolę odgrywa tutaj aktorstwo. Maks Stępień jako młody Farrokh zachwyca niezwykłą naturalnością. Jego obecność sceniczna opiera się przede wszystkim na ruchu. Potrafi jednym gestem opowiedzieć więcej niż niejeden aktor wielominutowym monologiem. W jego interpretacji dziecięca ciekawość świata miesza się z niepokojem, nieśmiałością i marzeniem o czymś większym.
Następnie pałeczkę przejmuje Adam Zuber, ukazując bohatera w okresie młodzieńczej transformacji. To fascynujący portret człowieka stojącego na granicy dwóch światów – jeszcze nie Freddiego Mercury’ego, ale już nie Farrokha z rodzinnego domu.

Kulminacją tej drogi staje się kreacja Artiego Grabowskiego. To rola absolutnie magnetyczna. Grabowski nie próbuje kopiować Mercury’ego, nie ogranicza się do imitowania charakterystycznych ruchów czy mimiki. Tworzy własną interpretację legendy. W jego wykonaniu Freddie jest jednocześnie olśniewający i kruchy, arogancki i bezbronny, pewny siebie i rozpaczliwie samotny. To niezwykle trudna sztuka zagrać jedną postać posiadającą tyle różnych emocji.
Artysta emanuje energią, która przyciąga wzrok w każdej scenie. Kiedy pojawia się na scenie, natychmiast staje się jej centrum. Potrafi jednocześnie w najbardziej przejmujących momentach odsłonić człowieka ukrywającego się pod scenicznym kostiumem.
Równie znakomity jest Michał Felek Felczak, wcielający się w kilka postaci. To aktor o ogromnej elastyczności scenicznej. Bez wysiłku przechodzi od ciepła i opiekuńczości do ironii, czy też od humoru do wzruszenia. Szczególnie mocno wybrzmiewają sceny związane z Jimem Huttonem, w których pojawia się prawdziwa czułość i emocjonalna prawda.

Na osobne owacje zasługuje Piotr Sieklucki jako Elton John. To jedna z tych kreacji, które publiczność zapamiętuje na długo. Brawurowa, dowcipna, pełna dystansu, a jednocześnie niezwykle inteligentna. Sieklucki tworzy postać wyrazistą, zabawną, ale nie karykaturalną. Każde jego wejście wywołuje uśmiech, jednak pod warstwą humoru kryje się również aktorska precyzja.
Nie sposób nie wspomnieć o Martynie Krzysztofik, której role emanują autentycznością i emocjonalną wiarygodnością. Jej obecność wnosi do spektaklu potrzebną równowagę i ludzkie ciepło.

Jednak „Królowa” nie byłaby tak wyjątkowym doświadczeniem bez choreografii Karola Miękini. To właśnie ruch staje się tutaj drugim językiem spektaklu. Wiele emocji nie zostaje wypowiedzianych – zostaje wytańczonych. Choreografia jest integralną częścią tej opowieści. Momentami przypomina balet, chwilami teatr tańca, innym razem koncertowy żywioł. Zawsze jednak pozostaje podporządkowana historii. Szczególnie sceny z dzieciństwa oraz okresu dojrzewania bohatera zapadają w pamięć dzięki niezwykłej plastyczności ruchu.

Wrażenie robi także dyscyplina całego zespołu. To spektakl zespołowy w najlepszym znaczeniu tego słowa. Osiemnaścioro wykonawców tworzy precyzyjnie działający organizm sceniczny. Nie ma tutaj przypadkowych gestów ani pustych przebiegów. Każdy element ma znaczenie.
Podobne słowa można skierować pod adresem muzyki. Twórcy bardzo mądrze wykorzystują twórczość zespołu Queen. Piosenki nie są wyłącznie nostalgicznym dodatkiem mającym wzruszyć publiczność znajomą melodią. Stają się częścią dramaturgii, komentują wydarzenia, odsłaniają emocje bohaterów, prowadzą narrację.
Szczególnie interesująco wypada interpretacja „Bohemian Rhapsody”, która zostaje potraktowana nie jako przebój wszech czasów, lecz jako zapis wewnętrznych rozterek człowieka próbującego zrozumieć samego siebie. To jeden z tych momentów, kiedy Teatr pokazuje swoją niezwykłą moc – pozwala spojrzeć na znane dzieło z zupełnie nowej perspektywy.

Zachwyca również strona wizualna. Scenografia Łukasza Błażejewskiego udowadnia, że nie potrzeba monumentalnych dekoracji, aby stworzyć wielki świat. Przestrzeń jest oszczędna, ale niezwykle funkcjonalna. Pozwala błyskawicznie przenosić się między kontynentami, epokami i stanami emocjonalnymi bohatera.
Jeszcze większe wrażenie robią kostiumy. Pełne koloru, ekstrawagancji i teatralnego rozmachu. Oddają ducha epoki, ale jednocześnie budują osobny, sceniczny świat. Dzięki nim spektakl pulsuje energią lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie popadając przy tym w muzealną rekonstrukcję.

Na ogromne uznanie zasługują charakteryzacje, które subtelnie wspierają proces przemiany bohatera od nieśmiałego chłopca po ikonę światowej popkultury.
Nie można pominąć również pracy świateł. Światło w „Królowej” nie służy jedynie oświetleniu sceny. Tworzy emocje, buduje nastrój i oddziela rzeczywistość od wspomnienia, marzenie od koszmaru, triumf od samotności.
Spektakl „Królowa” działa tak mocno, bo nie jest spektaklem o sławie, o skandalu, ani o muzyce. To spektakl o potrzebie akceptacji. O tęsknocie za miłością, odwadze bycia sobą. O cenie, jaką czasem płaci się za wolność. O życiu przeżytym intensywnie, zachłannie, czasem błędnie, ale zawsze autentycznie.

Kiedy opadła kurtyna, nie myślałem o liczbie sprzedanych płyt ani stadionowych koncertach. Myślałem o chłopcu z Zanzibaru, dziecku marzącym o świecie o wiele większym niż ten, który znało. Myślałem o człowieku, który stworzył samego siebie.
Dlatego „Królowa” pozostaje jednym z najciekawszych, najbardziej emocjonalnych i najpełniejszych teatralnych doświadczeń, jakie można dziś zobaczyć na polskich scenach. Dla takich przedstawień warto jechać przez pół kraju i wracać do Teatru Nowego Proxima.
I dla takich przedstawień kocha się Teatr!
@ak

Pozdrawiam Odwagą Bycia Sobą

Rock'n'RollinTheatre Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.