Niełatwo dziś wystawiać Cervantesa i jemu podobnych. Jeszcze trudniej zrobić to tak, by nie zamienić jednej z najważniejszych powieści światowej literatury w publicystyczny manifest, który po kilku sezonach zestarzeje się szybciej niż teatralna dekoracja. Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie podjął jednak to ryzyko i... Czy wyszedł z niego zwycięsko?
"Don Kichot” w reżyserii Jakuba Zalasy okazał się przedstawieniem, które nie tyle opowiada historię błędnego rycerza, ile stawia pytanie o kondycję współczesnego człowieka. Człowieka zagubionego pomiędzy marzeniem a rozczarowaniem, pomiędzy potrzebą zmiany świata a świadomością własnej bezsilności. Temat od lat wielokrotnie przerabiany nie tylko w Teatrze. Ale czy są jakieś niuanse/elementy, które wyróżniają omawiany spektakl? Przyjrzyjmy się temu.
Od pierwszych scen staje się jasne, że nie mamy do czynienia z klasyczną adaptacją. Twórcy nie próbują rekonstruować siedemnastowiecznej Hiszpanii. Nie interesuje ich teatralna archeologia ani wierne odtwarzanie realiów epoki. Interesuje ich coś znacznie bardziej awangardowego – sprawdzenie, czy Don Kichot jeszcze żyje. A jeśli żyje, to gdzie go dziś szukać.
Odpowiedź okazała się zaskakująca. Częstochowski Don Kichot nie jest tylko człowiekiem zakochanym w romansach rycerskich, ale jest figurą idealisty w świecie, który z idealizmu dawno już się wyleczył. Jest człowiekiem, który przeczytał za dużo książek o wolności, sprawiedliwości, zmianie społecznej i wierzy, że idee mają jeszcze jakąś sprawczą moc. W świecie mediów społecznościowych, marketingu, politycznych manipulacji i powszechnej ironii wydaje się kimś równie egzotycznym jak średniowieczny rycerz na autostradzie. Właśnie dlatego jego historia okazuje się poruszająca i interesująca.
Spektakl balansuje pomiędzy skrajnościami. Przedstawienie nieustannie przeskakuje od śmiechu do refleksji, od groteski do wzruszenia, od kabaretowej farsy do niemal filozoficznego traktatu o ludzkich złudzeniach. Twórcy świadomie operują wysokim i niskim rejestrem. Obok odniesień do Platona, Rousseau, Monteskiusza czy Foucaulta pojawiają się żarty, które mogłyby znaleźć się w najbardziej absurdalnym kabarecie. Obok rozważań o wolności i odpowiedzialności pojawia się humor momentami wręcz rubaszny. I co najważniejsze – działa to znakomicie.
Nie ma poczucia chaosu, a wszystkie te elementy układają się w spójną opowieść o człowieku, który rozpaczliwie próbuje nadać sens rzeczywistości. Kiedy więc na scenie pojawia się parodia brazylijskiej telenoweli, nie jest to jedynie zabawny przerywnik. To błyskotliwy komentarz do współczesnej kultury masowej, która oferuje gotowe emocje, gotowe marzenia i gotowe wzruszenia. Don Kichot, wierzący w wielkie narracje, zostaje skonfrontowany z rzeczywistością produkowaną seryjnie niczym kolejne odcinki telewizyjnego serialu. Śmiejemy się. Ale śmiejemy się z samych siebie.
Pod powierzchnią komedii kryje się bowiem spektakl zaskakująco gorzki. W tle nieustannie obecna jest wojna, pojawia się temat wykluczenia, powraca problem społecznych nierówności. Przewija się refleksja nad toksyczną męskością, nad mechanizmami dominacji nad światem, w którym coraz trudniej odnaleźć miejsce dla ludzi kierujących się szlachetnymi pobudkami. Nie są to jednak tematy podawane w sposób nachalny. Twórcy unikają moralizowania i nie wygłaszają wykładów. Pozwalają, by znaczenia rodziły się między scenami, pomiędzy słowami i w niedopowiedzeniach.
Dobre wrażenie robi także warstwa wizualna. Minimalistyczna scenografia działa niczym biała kartka, na której wyobraźnia widza może dopisywać własne obrazy. Jednocześnie przestrzeń sceniczna posiada niezwykłą plastyczność. W jednej chwili staje się miejscem komediowej farsy, by za moment zamienić się w pejzaż niemal somnambuliczny, przypominający sen albo wspomnienie.
Równie interesujące są kostiumy. Ich postapokaliptyczna estetyka, czerpiąca zarówno ze średniowiecza, jak i współczesności, znakomicie współgra z ideą spektaklu. Świat przedstawiony wydaje się istnieć poza konkretnym czasem. Jest jednocześnie dawny i współczesny, historyczny i przyszły, realny i fantastyczny. To właśnie ten baśniowy cudzysłów okazuje się jednym z największych atutów przedstawienia.
Jakub Zalasa doskonale rozumie, że baśń nie jest ucieczką od rzeczywistości. Przeciwnie – pozwala mówić o niej bardziej celnie niż dosłowny realizm. Dlatego częstochowski „Don Kichot” przypomina chwilami sen szaleńca, w którym mieszają się epoki, idee, symbole i obrazy. A jednak ten sen zadziwiająco trafnie opisuje współczesność. Warto również zwrócić uwagę na rolę muzyki. Piosenki komentują wydarzenia, dopowiadają emocje bohaterów, czasami stają się rodzajem oddechu od coraz cięższych tematów. Wnoszą do spektaklu potrzebny liryzm i sprawiają, że opowieść zyskuje dodatkowy wymiar.
Szczególnie interesująco wypada także przesunięcie akcentów dramaturgicznych. W pewnym sensie nie jest to bowiem historia Don Kichota, lecz Sancho Pansy. To właśnie on staje się przewodnikiem po tym niezwykłym świecie. To on reprezentuje zwyczajnego człowieka, który początkowo kieruje się zdrowym rozsądkiem i bardzo przyziemnymi motywacjami, by stopniowo odkrywać, że życie bez marzeń i idealizmu może być równie niebezpieczne jak życie całkowicie podporządkowane iluzjom. W tym sensie spektakl staje się opowieścią nie tyle o szaleństwie, ile o potrzebie nadziei.
Bo choć twórcy patrzą na swojego bohatera krytycznie, nie wyśmiewają go. Dostrzegają jego śmieszność, ale równocześnie widzą jego wielkość. Pokazują człowieka, który nie potrafi zmienić świata, ale mimo to próbuje. Człowieka, który często się myli, lecz przynajmniej nie godzi się na zastany porządek rzeczy.
A może właśnie tego najbardziej brakuje współczesności? Nie kolejnych ekspertów od tłumaczenia, dlaczego nic się nie da zrobić, lecz ludzi gotowych uwierzyć, że można spróbować.
Przedstawienie pozostawia widza z wieloma pytaniami. Czy idealizm jest jeszcze możliwy? Czy bunt bez programu ma sens? Czy współczesny człowiek potrafi jeszcze marzyć o czymś większym niż własny komfort? Czy w epoce nieustannej autokreacji istnieje miejsce dla autentyczności?
To tylko nieliczne, ale jedne z najważniejszych.
Nie sposób na koniec nie wspomnieć o aktorach, którzy wykonali tutaj dobrą robotę. Maciej Półtorak stworzył Don Kichota pełnego wewnętrznych sprzeczności – jednocześnie komicznego i tragicznego, śmiesznego i wzruszającego. Jego bohater pozostaje wierny duchowi Cervantesa, a jednocześnie staje się figurą człowieka naszych czasów. Partneruje mu Adam Hutyra jako Sancho Pansa, budując postać ludzką, ciepłą i wiarygodną. Karol Czajkowski jako Rosynant to pomysłowa i pełna uroku kreacja, która znakomicie wpisuje się w baśniowy charakter przedstawienia.
Na uznanie zasługuje cały zespół aktorski, który nieustannie zmienia role, konwencje i nastroje. Marta Honzatko i Robert Rutkowski oraz Iwona Chołuj, Hanna Zbyryt i Mariusz Urbaniec tworzą wyraziste, świetnie zarysowane postaci, ale prawda jest taka, że trudno wskazać słabe ogniwo tej obsady. To jeden z tych spektakli, w których czuje się zespołowość i wspólną energię wszystkich wykonawców.
„Don Kichot” w Teatrze im. Adama Mickiewicza jest przedstawieniem mądrym, dowcipnym, wzruszającym i zaskakująco potrzebnym. Jednocześnie nie próbuje udowadniać, że klasyka jest martwa. Odwrotnie – pokazuje, że wielkie opowieści nadal mogą mówić o nas samych, jeśli tylko znajdą twórców zdolnych odczytać je na nowo, choć z tekstem... A no właśnie.
Opuszczając Teatr, oprócz satysfakcji pozostała we mnie jedna nie dająca spokoju myśl. Choć doceniam pomysłowość współczesnych interpretacji i odwagę twórców w dialogu z klasyką, coraz mocniej tęsknię za możliwością usłyszenia na scenie także samego Autora. Za spotkaniem z oryginalnym tekstem, bez filtrów, skrótów i dopowiedzeń. Za chwilą, kiedy Cervantes, Szekspir czy Sofokles mogą przemówić własnym głosem.
Bo właśnie tego zaczyna dziś najbardziej brakować w Teatrze – odwagi wystawiania klasyki w jej oryginalnym kształcie. Częstochowski „Don Kichot” jest bardzo dobrym spektaklem i dowodem, że współczesne adaptacje mają sens. Jednocześnie przypomina, jak wielka jest siła dzieł, które przetrwały stulecia. I jak bardzo chciałoby się czasem usłyszeć je na scenie dokładnie takimi, jakimi zostały napisane.
@ak
Pozdrawiam Skrajnością Klasyki
Rock'n'RollinTheatre Lives
Dodaj komentarz
Komentarze