Tym razem udałem się do Katowic na wieczór, którego celem miał stać się... śmiech. Nie grzecznościowy, wymuszony czy też wywołany kolejnym żartem opowiedzianym przez znajomego, lecz taki, którego doznajemy, kiedy rozpoznajemy samego siebie w bohaterach stojących na scenie. Właśnie taki śmiech czekał na mnie podczas spektaklu „Wiwisexia" w katowickim Teatrze Korez.
Zapowiadało się na klasyczną komedię o problemach małżeńskich. Natomiast w trakcie okazało się, że otrzymałem raczej teatralną "sekcję zwłok" pewnego związku, przeprowadzoną z ogromnym poczuciem humoru, inteligencją i wyczuciem ludzkich słabości. Spektakl bawił, ale jednocześnie trafił niezwykle celnie w obszary codzienności, o których zazwyczaj rozmawia się półgłosem albo wcale.
Punktem wyjścia jest terapia małżeńska. Brzmi poważnie, ale tylko do momentu, gdy na scenie pojawia się terapeuta o dość niekonwencjonalnym podejściu do swoich pacjentów. Gabinet szybko staje się areną pojedynku wspomnień. Daria i Piotr próbują odpowiedzieć na pytanie, co właściwie wydarzyło się w ich związku. Problem polega na tym, że każde pamięta te same sytuacje zupełnie inaczej. I właśnie w tym tkwi siła tekstu Tomasza Jachimka. Autor nie opowiada historii rozpadu związku. Opowiada historię tego, jak dwoje ludzi potrafi przeżyć ten sam dzień, uczestniczyć w tych samych wydarzeniach, a po latach opowiadać o nich tak, jakby dotyczyły dwóch różnych światów. Pierwsza randka, zaręczyny, spotkania rodzinne, wesele, noc poślubna...
Każdy etap wspólnej drogi zostaje rozebrany na części pierwsze. Niczym w soczewce skupiają się tutaj wszystkie stereotypy, przyzwyczajenia, urazy, nieporozumienia i drobne kłamstwa, z których zbudowane są relacje między ludźmi. Największą zaletą „Wiwisexii” jest jednak to, że nigdy nie staje się ona wykładem o psychologii związku. To przede wszystkim komedia i to komedia wysokiej próby. Żarty wynikają z charakterów postaci, z sytuacji, z różnic w sposobie postrzegania rzeczywistości. Nie są doklejone na siłę. Powstają naturalnie, dzięki świetnie skonstruowanym dialogom. Publiczność śmieje się często, ale równie często kiwa głową z nostalgią albo lekkim wstydem. Bo któż nie zna sporów o to, jak naprawdę wyglądało jakieś wydarzenie sprzed lat? Kto z nas nie uczestniczył w rozmowie, podczas której obie strony z pełnym przekonaniem przedstawiają zupełnie odmienne wersje tej samej historii? Kto nie odkrył kiedyś, że jego romantyczne wspomnienie dla drugiej osoby było kompletną katastrofą?
Jachimek znakomicie wykorzystuje te codzienne paradoksy. Śmiech staje się tu narzędziem poznania. To właśnie dlatego widownia reaguje tak żywiołowo. Nie śmieje się wyłącznie z bohaterów, ale śmieje się przede wszystkim z siebie.
Ogromna zasługa w powodzeniu spektaklu należy do aktorów. Daria Bułka tworzy postać pełną energii, temperamentu i emocji. Jej bohaterka jest jednocześnie zabawna, wzruszająca, irytująca i rozczulająca. Potrafi w jednej chwili wywołać salwę śmiechu, by za moment odsłonić bardziej wrażliwe oblicze kobiety walczącej o swoje uczucia. To kreacja bardzo naturalna, bez teatralnego przerysowania. Daria Bułka doskonale rozumie, że największe komediowe efekty rodzą się z autentyczności.
Równie znakomity jest Piotr Bułka. Jego bohater nie jest ani czarnym charakterem, ani niewinną ofiarą. To człowiek z krwi i kości – pewny siebie, momentami naiwny, czasami egoistyczny, ale przy tym niezwykle ludzki. Aktor świetnie operuje rytmem komediowym. Potrafi jednym spojrzeniem lub drobnym gestem wywołać reakcję publiczności. Szczególnie imponuje jego swoboda sceniczna. Widać, że doskonale czuje się w tej konwencji. Jego sceniczna obecność sprawia, że nawet najprostsze sytuacje nabierają komediowej mocy.
Warto podkreślić niezwykłą chemię pomiędzy Darią i Piotrem Bułkami. Nie jest to chemia wyłącznie aktorska. W ich relacji widać wzajemne zaufanie, doskonałe wyczucie partnera i naturalność, której nie da się wyreżyserować. Dzięki temu małżeńskie sprzeczki, złośliwości czy momenty czułości brzmią wyjątkowo wiarygodnie.
Prawdziwym mistrzem ceremonii pozostaje jednak Mirosław Neinert. Jako terapeuta staje się przewodnikiem po świecie małżeńskich absurdów. Jego postać balansuje między profesjonalizmem a lekką ekscentrycznością. Jest obserwatorem, komentatorem i prowokatorem wydarzeń. Nie dominuje nad spektaklem i nie próbuje przyćmić pozostałych aktorów. Wręcz przeciwnie. Tworzy dla nich przestrzeń. Pozwala wybrzmieć każdej scenie i umiejętnie prowadzi rytm całego przedstawienia. Widać tutaj ogromne doświadczenie reżysera, który wie, że komedia wymaga precyzji niemal matematycznej. Jedno źle postawione słowo, jedna sekunda za wcześnie, jeden gest za dużo i cały mechanizm przestaje działać.
W „Wiwisexii” działa niemal wszystko.
Bardzo ciekawym elementem spektaklu jest także rola Ewy Dobruckiej. Aktorka wnosi na scenę dodatkową energię, lekkość i wdzięk. Jej bohaterki – bo wciela się w więcej niż jedną postać – stanowią doskonałe uzupełnienie głównego konfliktu. Potrafi być uwodzicielska, komiczna, ironiczna i zaskakująca. Każde jej wejście wprowadza nową dynamikę. To kolejny dowód na to, jak dobrze został skompletowany cały zespół.
Szczególne uznanie należy się również za stronę inscenizacyjną. Dzisiejszy teatr często próbuje zachwycać technologią. Wielkie projekcje, skomplikowane dekoracje, efekty specjalne. Korez wybiera drogę przeciwną. Kilka elementów scenografii, minimalistyczna przestrzeń, brak wizualnego nadmiaru i okazuje się, że to wystarcza.
A nawet więcej niż wystarcza. Dzięki temu cała uwaga widza skupia się na tym, co najważniejsze – na słowie, aktorze i relacjach między bohaterami. To Teatr ufający inteligencji publiczności, który nie potrzebuje fajerwerków.
Jednym z najcenniejszych osiągnięć „Wiwisexii” jest fakt, że spektakl pozostaje zabawny przez cały czas trwania. Nie jest to seria luźnych skeczów połączonych wspólnym tematem. To spójna opowieść z wyraźnie prowadzonym konfliktem i dobrze skonstruowaną dramaturgią. Śmiech nigdy nie słabnie. Wręcz przeciwnie - narasta wraz z kolejnymi odkryciami dotyczącymi związku głównych bohaterów. Ale jednocześnie pod warstwą komediową kryje się coś więcej. Refleksja nad komunikacją, nad pamięcią, nad tym, jak bardzo pragniemy mieć rację. I jak często w relacjach ważniejsze od racji okazuje się zwykłe zrozumienie drugiego człowieka.
Wychodząc z Teatru, miałem wrażenie, że uczestniczyłem nie tylko w przedstawieniu, ale również w bardzo zabawnej lekcji o naturze związków. Oczywiście nie było tu żadnego moralizowania, czy psychologicznych wykładów. Ani też tanich wzruszeń.
Za to była ogromna dawka inteligentnego humoru.
Nie dziwi mnie, że spektakl zdobył uznanie publiczności i został nagrodzony podczas Polkowickich Dni Teatru. To przedstawienie posiada wszystko, czego oczekuje się od dobrej komedii: znakomity tekst, świetnych aktorów, doskonałe tempo oraz umiejętność rozśmieszania bez uciekania się do prostych chwytów.
„Wiwisexia” udowodniła, że komedia może być jednocześnie lekka i mądra. Może opowiadać o seksie, małżeństwie i kryzysach bez popadania w wulgarność. Może bawić do łez, a jednocześnie przypominać, że za każdym związkiem kryje się nie jedna historia, lecz przynajmniej dwie. I być może właśnie dlatego publiczność opuszcza salę z szerokimi uśmiechami. Bo niezależnie od wieku, doświadczeń czy statusu związku każdy odnajduje w tej historii fragment własnego życia.
A kiedy Teatr potrafi zamienić codzienne nieporozumienia w dwie godziny szczerej radości, mamy do czynienia z przedstawieniem, które zostaje w pamięci na długo po opadnięciu kurtyny. I tak było. Rozmowy o tym co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy w Teatrze Korez, trwały przez całą drogę powrotną do domu czyli przez co najmniej godzinę. I wróciły rano podczas śniadania :)...
@ak
Pozdrawiam Sekcją Niekonwencjonalnej Terapii
Rock'n'RollinTheatre Lives
Dodaj komentarz
Komentarze