Kraków od lat pozostaje miastem, które udowadnia, że Teatr nie potrzebuje monumentalnych gmachów, aby tworzyć wielkie emocje. Czasem wystarczy niewielka scena ukryta w starej kamienicy, dwoje aktorów i jedna historia. Taka historia, która przez dziesięciolecia nie dawała spokoju historykom, miłośnikom filmu i Teatru.
Ina Benita nie jest wyłącznie postacią historyczną. Jest legendą, zagadką i "cieniem" przesuwającym się pomiędzy faktami a mitami. To jedno z tych nazwisk, które brzmią jak echo dawnego świata przedwojennego kina, srebrnego ekranu, elegancji, której już chyba nie ma, i tajemnic, które nigdy nie zostały całkowicie wyjaśnione.
Jacek Koprowicz nie stworzył spektaklu biograficznego. Nie interesuje go muzealna rekonstrukcja wydarzeń. Zamiast tego zaproponował coś ciekawszego i stworzył opowieść o pamięci, tożsamości oraz cenie, jaką człowiek płaci za własne wybory. O tym, czy można umrzeć dla świata, pozostając jednocześnie żywym dla Siebie.
„Femme Fatale” nie jest tylko i wyłącznie historią o zapomnianej aktorce. Odebrałem ją po trosze jako opowieść o każdym z nas.
Bo któż nigdy nie marzył o rozpoczęciu życia od nowa? Kto z Nas nigdy nie zastanawiał się, jak wyglądałby świat, gdyby można było wymazać własną przeszłość?
Spektakl rozgrywa się w przestrzeni kameralnej. Pokój hotelowy w amerykańskiej prowincji lat sześćdziesiątych. Niby nic szczególnego, a jednak już po kilku minutach staje się miejscem niezwykłym. Scenografia działa tutaj magicznie. Nie próbuje olśniewać rozmachem i efektami. Jest skromna, każdy element wydaje się znajdować dokładnie tam, gdzie powinien. Stary magnetofon, meble, przedmioty codziennego użytku - jednym zdaniem: ślady codziennego życia i jednocześnie przestrzeń, w której ukryto wspomnienia. Przestrzeń, która sama staje się bohaterem opowieści.
Dzięki temu widz nie ogląda historii z dystansu, ale wchodzi do niej, przysiada na chwilę obok jej bohaterów. Słucha, obserwuje i próbuje odgadnąć prawdę.
A jest ona tutaj niezwykle przewrotna.
Czy pokojówka rzeczywiście jest Iną Benitą? Czy słynna gwiazda polskiego kina naprawdę przeżyła wojnę? Czy śmierć była jedynie dobrze odegraną rolą? Czy człowiek może tak skutecznie ukryć się przed światem?
Pytania mnożą się z każdą sceną. Właśnie ta niejednoznaczność stanowi jedną z największych zalet przedstawienia. Koprowicz nie prowadzi widza za rękę. Pozwala nam błądzić pomiędzy przypuszczeniami, pozwala wątpić i samodzielnie składać rozsypane fragmenty układanki.
Funkcjonuje tu to, co lubię w Teatrze najbardziej - najlepszy Teatr jest od zadawania pytań.
Jednak nawet najciekawszy scenariusz pozostałby jedynie literaturą, gdyby nie aktorzy. I tutaj dochodzimy do serca całego spektaklu. Do Sylwii Warmus (filmowca, klienta hotelu zagrał bardzo dobrze i przekonująco Bartosz Jarzymowski)
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to właśnie ona jest największym skarbem tego przedstawienia. Nie gra Iny Benity. Aktorka staje się kobietą, która przez lata nosiła w sobie wszystkie swoje tajemnice. Od pierwszych minut buduje postać niezwykle wielowymiarową. Z jednej strony delikatną, z drugiej niebezpiecznie inteligentną. Kruchą i silną jednocześnie, pełną melancholii, ale również ironii. To aktorstwo pozbawione efekciarstwa. Nie ma tu przesadnych gestów, teatralnych fajerwerków. Jest natomiast coś znacznie cenniejszego.
Prawda.
Sylwia Warmus potrafi jednym spojrzeniem powiedzieć więcej niż wielu aktorów przez całe sceny dialogowe. Jej twarz nieustannie pracuje: każde zawahanie, półuśmiech, przemilczenie. Wszystko ma znaczenie, budując niezwykłą historię.
Patrząc na nią, odnosiłem momentami wrażenie, że obserwuję nie bohaterkę spektaklu, ale człowieka stojącego naprzeciwko mnie. Kogoś, kto przez lata nauczył się żyć z własnymi sekretami i zdaje sobie sprawę, że prawda potrafi być bardziej niebezpieczna od kłamstwa.
Szczególnie zachwyca sposób, w jaki Sylwia Warmus operuje emocjami. Nie podaje ich widzowi wprost, nie szantażuje emocjonalnie. Wręcz przeciwnie. Im bardziej powściągliwa staje się jej bohaterka, tym mocniej odczuwamy wszystko, co dzieje się pod powierzchnią. To sztuka niezwykle trudna. Wymaga ogromnej świadomości scenicznej, doświadczenia, odwagi i doskonałej znajomości swojego warsztatu. Bo przecież łatwiej jest emocje pokazać niż je zasugerować. Właśnie dzięki tej subtelności jej kreacja pozostaje w pamięci jeszcze długo po zakończeniu spektaklu.
Partnera scenicznego bohaterki, filmowca - klienta hotelu, zagrał przekonująco Bartosz Jarzymowski, który nie pozostaje tłem dla Iny. Znakomicie wprowadza do całej historii i uzupełnia ją swoją charyzmą i pewnością siebie, pozostając postacią również pierwszoplanową.
Wrażenie robią również sceny muzyczne. Wiele współczesnych przedstawień traktuje piosenki jako ozdobnik i przerywnik. Tutaj muzyka staje się częścią opowieści. Przedwojenne melodie i klimat starego kina nie są dekoracją. Były dla mnie wehikułem pamięci, mostem pomiędzy dawnym a obecnym życiem bohaterki. A Sylwia Warmus śpiewa tak, jak śpiewać powinien aktor – opowiadając historię. Każdy utwór wydaje się kolejnym rozdziałem jej "biografii", a każda melodia przywołuje duchy przeszłości.
Szczególnie poruszające jest to, że w tych muzycznych momentach granica pomiędzy aktorką, bohaterką i legendarną Iną Benitą niemal całkowicie się zaciera.
„Femme Fatale” jest również pięknym listem miłosnym do starego kina. Do czasów, kiedy gwiazdy były tajemnicze, a aktorzy nie relacjonowali swojego życia w mediach społecznościowych. Kiedy ekran otaczała aura niedostępności.
Wspomnienia, muzyka, przywoływane obrazy dawnych lat – wszystko to tworzy niezwykle nostalgiczną atmosferę, która próbuje ocalić Historię oraz pragnienie Miłości.
Po wyjściu z Teatru długo jeszcze myślałem o bohaterce spektaklu. Nie o Inie Benicie i historycznej postaci, ale właśnie o tej kobiecie stworzonej przez Sylwię Warmus. O człowieku, który całe życie próbował pogodzić się z własną przeszłością i który zapłacił ogromną cenę za możliwość rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Pod warstwą historycznej zagadki kryje się bowiem uniwersalna opowieść o ludzkim losie. O tym, że czasami największą karą nie jest śmierć., lecz po prostu trwanie. I o tym, że czasami największą odwagą nie jest walka z całym światem, lecz spojrzenie we własne wspomnienia.
Teatr Współczesny w Krakowie stworzył przedstawienie kameralne, eleganckie i pełne emocji. Spektakl, który nie potrzebuje rozmachu, by poruszać emocje i spektakl, który przypomina o niezwykłej postaci polskiej Kultury. Takie spotkania w Teatrze pamięta się długo.
@ak
Pozdrawiam Zagadką, Legendą, Faktem i Mitem
Rock'n'RollinTheatre Lives
Dodaj komentarz
Komentarze