"Medea" – między mitem a współczesnością. O samotności, zdradzie i zamkniętych drzwiach

Opublikowano w 11 czerwca 2026 09:16

Szczerze przyznam, że nie chciało mi się wychodzi się z teatru od razu po po przedstawieniu. Mimo, iż kierowałem się ku wyjściu - nogi jakoś tak same prowadziły mnie w tym kierunku - myśli pozostawały wciąż jeszcze gdzieś pomiędzy sceną a widownią. Krążyły wokół wypowiedzianych słów, obrazów, gestów, niedopowiedzeń. Dziwnie się czułem po obejrzeniu „MEDEI" Eurypidesa w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie w reżyserii Adama Nalepy. Ale po kolei...

Spektakl zmusił do zadawania pytań, na które od tysięcy lat nie znaleźliśmy odpowiedzi. Kim jest obcy? Jak daleko może zaprowadzić człowieka samotność? Czy zdrada może zniszczyć człowieka bardziej niż śmierć? I wreszcie – czy istnieje granica bólu, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?
Właśnie za takie przedstawienia cenię Teatr! Lubię, gdy Teatr jest o czymś. Gdy nie służy wyłącznie rozrywce, ale staje się przestrzenią myślenia. Gdy wychodzę z niego bogatszy nie o odpowiedzi, lecz o pytania!
„Medea” jest jednym z najstarszych dramatów europejskiej Kultury. Powstała niemal dwa i pół tysiąca lat temu, a jednak zaskakująco dobrze opisuje współczesny świat. To paradoks antycznych mitów. Choć opowiadają o bohaterach, bogach i wydarzeniach pozornie odległych od naszej rzeczywistości, nieustannie okazują się opowieściami o nas samych. Mit nigdy nie był przecież tylko bajką. Był sposobem rozumienia świata. Próbą uporządkowania chaosu. Odpowiedzią na lęk przed tym, co nieznane.

Patrząc na współczesność, trudno oprzeć się wrażeniu, że mimo rozwoju technologii, nauki i cywilizacji nadal żyjemy w świecie pełnym chaosu. Nadal boimy się tego, co obce. Nadal budujemy mury. Nadal dzielimy ludzi na „naszych” i „innych”.
Właśnie dlatego "MEDEA" pozostaje aktualna.
W interpretacji Adama Nalepy staje się ona nie tylko tragiczną bohaterką Eurypidesa, ale również symbolem współczesnego emigranta, uchodźcy, człowieka wyrwanego ze swojego świata i wrzuconego w rzeczywistość, która nie chce go przyjąć. To bardzo mocny trop.
Medea nie jest tutaj egzotyczną księżniczką z Kolchidy. Jest kobietą, która przybyła z zewnątrz. Kobietą, która kochała, zaryzykowała i porzuciła ojczyznę. Zdradziła własne korzenie dla człowieka, którego uznała za całe swoje życie. A potem... została odrzucona. Nie tylko przez mężczyznę. Przez całe społeczeństwo. W tym sensie spektakl staje się opowieścią o wykluczeniu, o samotności i o człowieku stojącym przed zamkniętymi drzwiami.
Największą zaletą przedstawienia jest właśnie pokazanie tej samotności. Nie oglądamy potwora, szalonej kobiety czy bestii. Widzimy człowieka.
I to jest najbardziej przerażające. Bo łatwo byłoby odrzucić Medeę, gdyby była jedynie potworem. Znacznie trudniej spojrzeć na nią jak na osobę, która została zepchnięta na margines, upokorzona, zdradzona i pozostawiona sama sobie.
Adam Nalepa nie próbuje jej usprawiedliwiać. Ale też nie osądza, podobnie zresztą jak Jazona. Nie ma tu prostych podziałów na dobro i zło. Nie ma bohaterów i złoczyńców. Są ludzie - pogubieni, słabi, samotni, podejmujący fatalne decyzje. Tak jak w życiu.
Duże wrażenie zrobiła na mnie Hanna Novak w roli Medei. To kreacja niezwykle intensywna, ale jednocześnie bardzo ludzka. Aktorka nie gra ani Symbolu, ani Idei. Gra Kobietę. Od pierwszych chwil czuje się jej wewnętrzne rozdarcie. Ból, który pulsuje pod każdym słowem. Rozpacz, która stopniowo zamienia się w gniew. Gniew, który staje się obsesją. To trudna rola, ale Hanna Novak unosi ją z imponującą siłą. Jej Medea jest jednocześnie krucha i przerażająca, delikatna i bezwzględna. Wzbudza współczucie, choć wiemy, dokąd zmierza jej historia.
Partnerujący jej Maciej Półtorak jako Jazon również zasługuje na ogromne uznanie. Bardzo łatwo byłoby uczynić z Jazona jednowymiarowego łotra. Półtorak tego nie robi. Jego bohater nie jest demonem. Jest człowiekiem. Może słabym, próżnym i oportunistycznym, ale jednak człowiekiem. To właśnie dzięki temu konflikt pomiędzy Medeą a Jazonem staje się tak interesujący. Nie mamy tutaj prostego podziału na dobro i zło. Nie ma bohatera i czarnego charakteru. Są ludzie uwikłani w swoje ambicje, rozczarowania, marzenia i błędy. Może właśnie dlatego ten dramat pozostaje aktualny od ponad dwóch tysięcy lat.
Bo nie opowiada o bogach, ale opowiada o Nas!
Bardzo dobre role tworzą także Antoni Rot jako Kreon oraz Bartosz Kopeć jako Egeusz. Na uwagę zasługują również Sylwia Warmus, Agnieszka Łopacka i Iwona Chołuj, które współtworzą niezwykle interesującą przestrzeń kobiecych głosów komentujących wydarzenia.

Cały zespół działa tu niezwykle precyzyjnie. Nie ma wrażenia przypadkowości, nie ma tzw. pustych przebiegów i aktorów pozostawionych samym sobie. To spektakl bardzo świadomie zbudowany.
Ogromną rolę odgrywa także scenografia Agnieszki Kaczyńskiej. Świat przedstawiony przypomina przestrzeń odrzucenia. Margines i peryferie. Miejsce, do którego społeczeństwo wyrzuca wszystko, czego nie chce oglądać. Także ludzi.
Ta metafora działa wyjątkowo mocno, bo przecież historia Europy jest pełna takich miejsc - gett, obozów, dzielnic biedy, przestrzeni przeznaczonych dla tych, których większość nie chce oglądać.
W warstwie filozoficznej „Medea” stawia pytania, które wydają się starsze od samego teatru. Kim jest człowiek bez ojczyzny? Czy można żyć poza wspólnotą? Czy wygnanie jest większą karą niż śmierć?
Już Sokrates wiedział, że człowiek wykluczony ze swojej społeczności doświadcza jednej z najdotkliwszych form cierpienia. Dziś wydaje nam się, że świat jest otwarty, globalny, dostępny. Możemy mieszkać niemal wszędzie. A jednak wciąż pragniemy przynależności. Wciąż szukamy miejsca, które nazwiemy domem. Wciąż potrzebujemy ludzi, którzy powiedzą: jesteś jednym z nas. Medea tego nie otrzymuje. Dlatego jej tragedia zaczyna się dużo wcześniej niż słynne dzieciobójstwo. Zaczyna się w chwili odrzucenia i samotności. W chwili, gdy zamykają się przed nią pierwsze drzwi.

Mam jednak pewien problem z częścią współczesnych odniesień. To nie jest zarzut wyłącznie wobec tego przedstawienia. Raczej wobec pewnej tendencji obecnej dziś w Teatrze. Coraz częściej mam poczucie, że klasyka nie może już istnieć sama z siebie. Że koniecznie trzeba ją ubrać w aktualną publicystykę, politykę, komentarz społeczny. Rozumiem intencje i potrzebę rozmowy o współczesności. Czasami tęsknię jednak za większym zaufaniem do samego tekstu. Momentami odnosiłem wrażenie, że polityczne aluzje są zbyt dosłowne, a spektakl nie zawsze ufa inteligencji widza i próbuje dopowiadać rzeczy, które i tak byłyby czytelne. Nie ukrywam, że nie przepadam za sytuacją, gdy Teatr zbyt mocno zaczyna przypominać komentarz polityczny. Wolę, gdy pozostawia więcej przestrzeni dla interpretacji.
Nie oznacza to jednak, że te elementy całkowicie przeszkadzały mi w odbiorze. Wręcz przeciwnie - prowokowały. A Teatr od zawsze miał prowokować. Od czasów antycznej agory był miejscem publicznej debaty. Miejscem zadawania trudnych pytań i niezgody na milczenie. Pod tym względem częstochowska „Medea” doskonale spełnia swoje zadanie.
Najbardziej poruszające okazało się jednak dla mnie coś zupełnie innego. Nie polityka.
Miłość.
Bo pod wszystkimi tymi warstwami znajduje się historia dwojga ludzi, którzy kiedyś bardzo się kochali. Może właśnie dlatego wszystko boli tak bardzo. Nie oglądamy rozpadu politycznej wspólnoty - oglądamy rozpad miłości. A nie ma chyba bardziej niszczącej siły niż miłość zamieniająca się w nienawiść. To właśnie tutaj tkwi ponadczasowość Eurypidesa. Zmieniają się epoki, ustroje, granice, ale złamane serce pozostaje takie samo.
Najmocniejszy moment spektaklu przychodzi jednak pod sam koniec. Ostatnie słowa Medei długo pozostają w pamięci.
„Zostawiam was z waszymi zamkniętymi drzwiami.”
To zdanie wybrzmiało jak oskarżenie. Oskarżenie nie wobec jednej osoby. Nie wobec Jazona.
Wobec całego społeczeństwa. Wobec wszystkich wspólnot budowanych na lęku. Wobec wszystkich ludzi przekonanych, że bezpieczeństwo można osiągnąć przez odgradzanie się od innych. Wobec świata coraz częściej zatrzaskującego kolejne drzwi: granice, serca, umysły.

Kiedy gasły światła, właśnie to zdanie zostało ze mną najmocniej. Właśnie dla takich chwil chodzi się do teatru. Mimo moich zastrzeżeń wobec kolejnego uwspółcześniania klasyki, mimo nadmiernej publicystyczności niektórych scen, mimo momentów, gdy polityka przesłaniała mi uniwersalność mitu, opuszczałem Teatr z poczuciem uczestnictwa w ważnym wydarzeniu artystycznym.

Na koniec pozostaje jednak pewne marzenie. Może nawet tęsknota. Tęsknota za klasyką wystawianą jako klasyka. Za Eurypidesem pozostającym Eurypidesem. Za antycznymi kolumnami i kostiumami odwołującymi się do epoki. Za scenografią, która nie próbuje tłumaczyć mitu współczesnością, lecz pozwala mu przemawiać własnym głosem. Bo choć doceniam odważne reinterpretacje i rozumiem potrzebę dialogu z teraźniejszością, coraz częściej mam ochotę usiąść na widowni i zobaczyć klasyczne dzieło w jego pełnym historycznym blasku. Bez współczesnych garniturów. Bez politycznych transparentów. Bez aktualnych odniesień.
Po prostu Eurypidesa. Takiego, jakim był.
Być może właśnie wtedy odkrylibyśmy, że prawdziwie wielka klasyka wcale nie potrzebuje uwspółcześniania.
Ona od początku była... zawsze współczesna.
@ak

Pozdrawiam Otwartymi Drzwiami

Rock'n'RollinTheatre Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.