O wystawie „Arcydzieła z kolekcji Lanckorońskich" - opowieść o Antyku na Wawelu

Opublikowano w 21 czerwca 2026 09:05

Na wystawę „Arcydzieła z kolekcji Lanckorońskich. Opowieść o Antyku” na Wawelu jechałem, aby przenieść się w czasie o dwa tysiące lat. Byłem ciekawy co takiego ta rodzina zgromadziła przez dziesiątki lat w swoich zbiorach. Chciałem odbyć podróż obok starożytnych naczyń, rzeźb i gemm oraz spróbować ponownie odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego antyk wciąż jest obecny w naszym świecie.

Wejście na wystawę robi wrażenie. Nie zostałem wrzucony od razu w gąszcz eksponatów i historycznych dat. Zamiast tego trafiłem do przestrzeni przypominającej rodzaj prologu, cichego wstępu do opowieści. Dominowały glina, kamień i metal – materiały, które mogłyby równie dobrze należeć do współczesnej instalacji artystycznej, jak i do świata sprzed dwóch tysięcy lat. Centralnie umieszczona interpretacja słońca stała się symbolem całej ekspozycji. To przecież właśnie pod śródziemnomorskim słońcem rodziły się idee, które później ukształtowały europejską Kulturę.
Największą siłą tej wystawy okazała się jednak jej niezwykle przemyślana aranżacja. Wawel jest miejscem szczególnym – pełnym historii, tradycji i ciężaru przeszłości. Łatwo byłoby stworzyć tu wystawę zachowawczą, bezpieczną i przewidywalną. Tymczasem projekt Bartosza Haducha proponuje coś ciekawszego. W historyczne wnętrza wpisano nowoczesne formy inspirowane antyczną geometrią. Powstała przestrzeń, która prowadzi z zabytkami subtelny dialog.

Najbardziej zapadają w pamięć miękkie linie i płynne przejścia pomiędzy ścianami a podłogami. Chwilami ma się wręcz wrażenie, że architektura traci swoją materialność. Granice zaczynają się rozmywać, a ściany nie kończą się tam, gdzie spodziewa się tego oko. Podłoga zdaje się przechodzić w pionowe płaszczyzny, światło przesącza się przez półprzezroczyste powierzchnie i buduje atmosferę bardziej przypominającą sen niż muzealną salę.
Nietrudno dostrzec przywoływane przez twórców skojarzenia z filmami Christophera Nolana. Tak jak w „Incepcji” czy „Interstellarze”, przestrzeń zdaje się ulegać zagięciom, a czas przestaje być czymś linearnym. Faktycznie mogłem odnieść wrażenie, że przemieszczam się nie tyle między kolejnymi salami, ile między epokami. Między współczesnością a światem Greków i Rzymian czy między Krakowem XXI wieku a Wiedniem końca XIX stulecia.

W centrum tej opowieści znajduje się oczywiście sam antyk. Szczególnie pięknie wypadają naczynia związane z kulturą uczt i świętowania. Kantarosy, kyliksy i amfory przypominają, że starożytność nie była jedynie światem cesarzy, wodzów i filozofów. Była także codziennością ludzi spotykających się przy winie, rozmawiającymi o polityce, poezji i życiu.
Patrząc na te przedmioty, trudno nie pomyśleć o ciągłości ludzkiego doświadczenia. Zmieniają się języki, stroje i granice państw, ale potrzeba wspólnoty pozostaje niezmienna. Właśnie dlatego antyk wydaje się tak zaskakująco bliski.

Niewielkie wrażenie zrobiły na mnie mniejsze obiekty związane z kultem Dionizosa, natomiast szczególną uwagę przyciągała portretowa głowa mężczyzny z epoki julijsko-klaudyjskiej. To jeden z tych obiektów, które zatrzymały mnie na dłużej. Twarz wyrzeźbiona przed blisko dwoma tysiącami lat nie jest anonimowym zabytkiem. Nagle stała się czyimś spojrzeniem, czyjąś obecnością, a człowiek, którego imienia nie znamy, odzyskał na moment swoje miejsce w świecie żywych.
Nie mniej fascynujące są przykłady antycznego rzemiosła artystycznego. Brązowe lustro z przedstawieniami Dioskurów czy słynna gemma Lanckorońskiego pokazują niezwykłą precyzję dawnych twórców. Zwłaszcza gemma stanowi pomost pomiędzy światem antycznym a chrześcijańskim. Jej ikonografia przypomina, że historia nie składa się z gwałtownych zerwań, lecz z ciągłych przemian i przenikania się tradycji.

Wystawa opowiada nie tylko o starożytności. Równie ważnym bohaterem jest Karol Lanckoroński. Im dłużej zwiedza się ekspozycję, tym wyraźniej staje się on postacią niemal powieściową. Arystokrata, podróżnik, uczony, archeolog-amator i kolekcjoner. Człowiek, który nie zadowalał się oglądaniem świata z okien pałacu. Wyruszał do Azji Mniejszej, uczestniczył w ekspedycjach, dokumentował zabytki i budował jedną z najważniejszych prywatnych kolekcji starożytności w Europie. W jego działalności jest coś niezwykle romantycznego. Należał do pokolenia ludzi przekonanych, że poznawanie przeszłości jest sposobem lepszego rozumienia teraźniejszości. Kolekcjonowanie nie było dla niego kaprysem bogatego arystokraty. Było formą dialogu z historią.

Wystawa bardzo dobrze pokazuje ogrom przedsięwzięcia, jakim było stworzenie tej kolekcji. Dzięki wypożyczeniom z muzeów europejskich, amerykańskich i zbiorów prywatnych można choć częściowo wyobrazić sobie skalę dawnego zbioru prezentowanego niegdyś w wiedeńskim pałacu Lanckorońskich. Szczególnie poruszająca okazuje się świadomość skomplikowanych losów tych dzieł w XX wieku. Wystawa staje się więc również opowieścią o kruchości dziedzictwa kulturowego oraz o wysiłkach podejmowanych, by je ocalić.

W pamięci na długo pozostaje także jedna z najbardziej oryginalnych części aranżacji – perforowana ściana przypominająca współczesny fotoplastykon. To rozwiązanie niezwykle pomysłowe. Przez okrągłe otwory zaglądamy do świata obiektów, których nie udało się sprowadzić na wystawę. Nieobecność zostaje tu zamieniona w element narracji. Zwiedzający zaczyna dostrzegać, że każda kolekcja jest również historią strat, rozproszenia i nieustannych prób odzyskiwania pamięci.

Największą wartością tej ekspozycji pozostaje jednak jej umiejętność budowania mostów. Między starożytnością a współczesnością. Między archeologią a sztuką, między nauką a emocjami oraz między historią a osobistym doświadczeniem widza. Wawelska wystawa nie próbuje imponować wyłącznie liczbą eksponatów czy ich rangą. Zamiast tego proponuje refleksję nad samą ideą dziedzictwa. Pokazuje, że antyk nie jest zamkniętym rozdziałem podręcznika historii. Nadal żyje w architekturze naszych miast, w sztuce, teatrze, filmie, a nawet w sposobie, w jaki opowiadamy o świecie.

Jednocześnie, jeśli miałbym wskazać jeden element budzący pewien niedosyt, dotyczyłby on proporcji pomiędzy oryginalnymi dziełami starożytności a późniejszymi odlewami i rekonstrukcjami. Oczywiście ich obecność jest w pełni uzasadniona – stanowią świadectwo działalności badawczej Karola Lanckorońskiego, dokumentują jego wyprawy i pozwalają lepiej zrozumieć skalę dawnej kolekcji. Jednak momentami można odnieść wrażenie, że chciałoby się obcować z większą liczbą autentycznych rzeźb antycznych. Zwłaszcza, że właśnie one niosą ze sobą ten trudny do opisania dreszcz spotkania z prawdziwym świadkiem odległych epok.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Arcydzieła z kolekcji Lanckorońskich. Opowieść o Antyku” to ekspozycja mądrze przemyślana, pięknie zaprojektowana i pełna szacunku zarówno dla historii, jak i dla współczesnego odbiorcy. Udowadnia, że antyk nie jest ruiną pogrzebaną pod warstwami czasu. Jest żywą opowieścią, którą każde pokolenie odczytuje na nowo. Na Wawelu ta opowieść wybrzmiewa wyjątkowo przekonująco.

@ak

Pozdrawiam Subtelnym Dialogiem z Historią 

Rock'n'RollinArt Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.