Nie pamiętam już wszystkich obrazów. Nie potrafiłbym dziś, po kilkunastu tygodniach, odtworzyć kolejności sal, przypomnieć sobie dokładnego układu ścian ani wskazać miejsca, w którym rozpoczęła się moja wędrówka przez wystawę „Dom dzienny, dom nocny” w krakowskim MOCAK-u. Pamiętam jednak coś znacznie ważniejszego. Pamiętam uczucie oraz ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawia się często podczas obcowania z prawdziwą Sztuką. Ciszy nie wynikającej z braku dźwięków, ale z obecności czegoś większego niż słowa. Czegoś, co zatrzymuje człowieka w pół kroku i sprawia, że przez moment zaczyna patrzeć na świat inaczej.
Tak właśnie działała ta wystawa.
Kiedy Olga Tokarczuk pisała, że każdy z nas ma dwa domy – jeden konkretny, umiejscowiony w czasie i przestrzeni, drugi nieskończony, bez adresu i bez szans na uwiecznienie w architektonicznych planach – nie tworzyła przecież metafory literackiej. Opisywała rzeczywistość. Każdy z nas bowiem mieszka jednocześnie w dwóch światach. Jeden z nich jest dobrze znany. To świat poranków. Świat budzików, autobusów, spotkań, rozmów telefonicznych, zakupów, pracy, rachunków i obowiązków. Świat Dnia.
Drugi rozpoczyna się tam, gdzie kończą się codzienne role. Po zmroku, w ciszy, w samotności, w snach. W tych miejscach naszej duszy, do których nie zagląda niemal nikt poza nami samymi. To właśnie tam znajduje się drugi dom. Dom Nocny. Dom, którego ściany zbudowane są ze wspomnień. Drzwi z tęsknot, okna z marzeń, a piwnice z rzeczy, których wolelibyśmy nie pamiętać.
Wystawa prezentowana w MOCAK-u była próbą wejścia właśnie do tej przestrzeni. Nie po to, aby ją wyjaśnić, lecz po to, aby przypomnieć nam o jej istnieniu.
Od początku miałem wrażenie, że nie uczestniczę w klasycznej wystawie sztuki współczesnej. Nie było tu jednej narracji. Jednego bohatera i jednej opowieści. Prace trzydziestu trzech Artystek i Artystów pochodzących z Polski, Białorusi, Kanady i Japonii przypominały raczej zbiór fragmentów większej historii. Jak kartki wyrwane z różnych pamiętników albo jak sny zapisane przez obcych ludzi. A może jak fotografie znalezione na strychu starego domu.
Każda z nich mówiła własnym językiem, a jednak wszystkie zdawały się prowadzić do tego samego miejsca. Do Człowieka. Bo choć wystawa opowiadała o Domu, jej prawdziwym tematem była ludzka kondycja. Nasze pragnienia, nasze lęki i nasze samotności. Nasze próby odnalezienia jakiegokolwiek sensu życia.
Patrząc na kolejne dzieła, coraz bardziej uświadamiałem sobie, że Dom jest jednym z najpotężniejszych symboli w historii Kultury.
Pojawia się wszędzie. W mitologiach, w religiach, w literaturze i w baśniach. W psychologii i w filozofii.
Odyseusz przez lata wracał do Itaki. Biblijny syn marnotrawny wracał do ojca. Proust całe życie wracał do Combray. Bruno Schulz wracał do Drohobycza. A Olga Tokarczuk wracała do swoich mitycznych pograniczy.
Każda z tych historii była opowieścią o domu. A może raczej o tęsknocie za nim. Bo człowiek jest istotą nieustannie poszukującą powrotu. Nawet wtedy, gdy nie wie, dokąd właściwie wraca.
Przypomniałem sobie podczas zwiedzania słowa Gastona Bachelarda, autora jednej z najpiękniejszych książek o przestrzeni: „Poetyki przestrzeni”. Pisał on, że Dom jest naszym pierwszym kosmosem. Pierwszym wszechświatem oraz miejscem, w którym uczymy się marzyć. To tam poznajemy światło wpadające przez okno. Zapach drewna. Dźwięk kroków na schodach. Skrzypienie drzwi. To tam rodzi się pamięć. I być może dlatego Dom pozostaje w nas na zawsze. Nawet gdy fizycznie już nie istnieje. Wielu ludzi nosi w sobie mieszkania, które dawno zostały sprzedane. Pokoje, których już nie ma. Podwórka zabudowane nowymi blokami. Głosy osób, które odeszły wiele lat temu. Właśnie o tym przypominała ta wystawa. Dom nie jest miejscem. Dom jest doświadczeniem, pamięcią i opowieścią.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również sama idea kolekcji Radosława Kotarskiego. W czasach, gdy Sztuka coraz częściej bywa traktowana jak inwestycja, lokata kapitału albo element prestiżu, jego sposób myślenia wydaje się niemal romantyczny. Kupować dzieła dlatego, że opowiadają historię. Ponieważ prowokują do rozmowy, zatrzymują człowieka na dłużej, jak przyjaciel, który wpadł na kawę pogadać. Jest w tym coś niezwykle pięknego. Zwłaszcza słynna zasada siedmiu minut.
Siedem minut opowieści.
Siedem minut refleksji.
Siedem minut uważności.
W epoce scrollowania to niemal akt nieposłuszeństwa wobec współczesności. Cały nasz świat został zaprojektowany po to, byśmy nie zatrzymywali się ani na chwilę. Przewijaj dalej. Klikaj dalej. Oglądaj dalej. Zapominaj szybciej.
A Sztuka mówi coś dokładnie odwrotnego. Zostań. Popatrz. Pomyśl. Poczuj. Właśnie dlatego Sztuka jest dziś potrzebna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Spacerując między pracami, coraz częściej miałem wrażenie, że wystawa dotyka również czegoś, co Jung nazwał nieświadomością zbiorową. Niektóre obrazy wydawały się znajome, choć widziałem je po raz pierwszy. Niektóre emocje były zaskakująco bliskie. Niektóre symbole zdawały się pochodzić z miejsca starszego od mojej pamięci. Jakby Sztuka przypominała nam coś, o czym wiedzieliśmy od zawsze. Może właśnie dlatego wielkie dzieła poruszają ludzi niezależnie od wieku, języka czy kraju pochodzenia. Dotykają bowiem warstwy wspólnej wszystkim ludziom. Tam, gdzie kończą się różnice, tam, gdzie zaczyna się człowieczeństwo.
W pewnym momencie pomyślałem, że ta wystawa jest również opowieścią o samotności. Nie tej dramatycznej. Nie tej romantycznej, lecz tej codziennej. Najbardziej ludzkiej. Bo nawet w szczęśliwych domach przychodzi Noc. Gasną światła, milkną rozmowy i człowiek zostaje sam ze sobą. Z własnymi pytaniami, ze swoimi wspomnieniami i ze swoimi lękami. Wtedy okazuje się, że największa podróż nie prowadzi przez kontynenty. Prowadzi do własnego wnętrza.
Wystawa „Dom dzienny, dom nocny” była właśnie taką podróżą. Cichą i powolną. Pozbawioną spektakularnych efektów, ale pozostawiającą ślad głębszy niż wiele głośnych wydarzeń artystycznych.
Kiedy opuszczałem MOCAK pomyślałem o czymś bardzo prostym. Być może całe życie próbujemy budować domy. Kupujemy mieszkania, urządzamy pokoje, malujemy ściany, gromadzimy przedmioty. Tymczasem najważniejszy Dom powstaje gdzie indziej.
Powstaje z doświadczeń. Ze wspomnień. Z przeczytanych książek i z ukochanych ludzi. Z miejsc, które nas ukształtowały. Z muzyki i ze sztuki. Z chwil, które nauczyły nas patrzeć głębiej. Właśnie dlatego po wyjściu z MOCAK-u miałem poczucie, że wracam do domu bogatszy. Nie o wiedzę. Nie o interpretacje. Nie o kolejne nazwiska Artystów. Wracałem bogatszy o wiele nowych pytań. A przecież największa Sztuka nie daje odpowiedzi. Największa Sztuka sprawia, że zaczynamy zadawać lepsze pytania.
„Dom dzienny, dom nocny” była jedną z tych rzadkich wystaw, które przypominają, że człowiek nie składa się wyłącznie z tego, co widoczne. Że pod powierzchnią codzienności istnieje drugi świat. Pełen snów i symboli. Przeczuć i tęsknot oraz wielu różnych historii. I że wszyscy jesteśmy mieszkańcami obu tych rzeczywistości. Jednej za dnia. Drugiej po zmroku.
A pomiędzy nimi, gdzieś na granicy światła i cienia, przez całe życie próbujemy odnaleźć drogę do domu.
@ak
Pozdrawiam Światłem i Cieniem.
Rock'n'RollinArt Lives
Dodaj komentarz
Komentarze