Tam, gdzie czas nie ma ostatniego słowa. Opowieść o wystawie „CREDO" Jacentego Dędka

Opublikowano w 4 czerwca 2026 07:18

Nie znam się na fotografii. Nie potrafię ocenić okiem specjalisty. Mogę jedynie opowiedzieć o swoich uczuciach, które towarzyszyły mi w trakcie oglądania wystawy Jacentego Dędka "CREDO". Może w formie opowiadania...?

To dziwne uczucie. Przecież nie przekroczyłem granicy państwa. Nie wsiadłem do samolotu. Nie odbyłem podróży na drugi koniec świata. Wszedłem tylko do sal wystawowych, aby obejrzeć fotografie Jacentego Dędka. Po kilku minutach miałem jednak wrażenie, że znalazłem się w miejscu oddalonym od współczesności o całe epoki.
Był to świat niezwykle bliski. Tak bliski, że niemal "bolesny". Świat ludzi, których mijamy każdego dnia i których często nie zauważamy. Świat starych mieszkań, podwórek, twarzy, przedmiotów, historii opowiadanych przy kuchennym stole. Świat, który istnieje obok nas, ale którego zazwyczaj nie widzimy.
Na początku wydawało mi się, że oglądam fotografie. Po chwili zrozumiałem, że oglądam... Pamięć. Nie tę wielką, narodową, podręcznikową. Nie pamięć bitew, królów i pomników. Pamięć zwyczajną. Pamięć ludzkiego życia. Pamięć, która mieszka w zmarszczkach twarzy, w wysłużonym fotelu, w starym płaszczu wiszącym na gwoździu. W śladzie dłoni pozostawionym na ścianie, w przedmiotach tak nieistotnych, że niemal niewidzialnych.
Jacenty Dędek nie fotografuje świata spektakularnego. Nie poluje na sensacje i nie szuka wyjątkowości.
Przeciwnie. Znajduje niezwykłość tam, gdzie większość ludzi widzi jedynie codzienność. A może nawet mniej niż codzienność. Może właśnie to, co zostało przez współczesność uznane za niepotrzebne.
W pewnym momencie przestałem oglądać fotografie. Zacząłem po nich wędrować. Jak po mieście. Jak po dzielnicy, po własnych wspomnieniach. Nagle pojawili się ludzie.
Halina. Rajmund. Mateusz. Pan Józef.
Nie byli bohaterami fotografii. Byli bohaterami życia. Każdy z nich niósł własną historię. Każdy własny ciężar i własne zwycięstwa oraz klęski. Patrzyłem na ich twarze i miałem wrażenie, że znam ich od dawna. Może dlatego, że takich ludzi spotykamy wszędzie.
W Częstochowie. W Krakowie. W Łodzi. W małym miasteczku. Na końcu świata.
I właśnie dlatego „CREDO” okazuje się opowieścią uniwersalną. Bo choć wyrasta z konkretnego miejsca, mówi o wszystkich.
O mnie.
O Tobie.
O każdym człowieku.

 

Najbardziej poruszyła mnie jednak obecność tych, których już nie ma. A może właśnie ich nieobecność. 

Historia kuzyna Maćka, który zostawił rodzinne albumy i odszedł na swój ostatni spacer nad Wartę. Historia ludzi, których fotograf chciał sfotografować, lecz nie zdążył. Historia pustych miejsc. Bo wystawa Jacentego Dędka jest także opowieścią o Czasie. O jego okrucieństwie i o próbie przeciwstawienia się temu okrucieństwu. Fotografia staje się u Jacentego czymś więcej niż obrazem. Jest buntem. Cichym, spokojnym, pozbawionym patosu, ale jednak buntem. Próbą powiedzenia: „Nie zgadzam się, abyś został zapomniany”. „Nie zgadzam się, aby twoje życie przepadło bez śladu”. „Nie zgadzam się, aby czas miał ostatnie słowo”.

Wędrowałem dalej. Mijałem kolejne portrety. I nagle przypomniałem sobie słowa Rolanda Barthes’a o fotografii jako przestrzeni prawdy. Patrząc na zdjęcia Dędka, zrozumiałem, dlaczego tak często przywoływane są w kontekście tej wystawy.
Tutaj fotografia nie udaje. Nie kreuje. Nie manipuluje. Nie stara się być efektowna. Jest wierna. Wierna człowiekowi. Wierna miejscu i rzeczywistości. A może właśnie dlatego jest tak przejmująca, bo w świecie pełnym obrazów sztucznych i chwilowych nagle trafiamy na obrazy, które wierzą w istnienie prawdy.
Szczególnie na długo zatrzymałem się przy ścianie pełnej niewielkich portretów.
Równe szeregi twarzy. Jak rodzinny album. Jak księga pamięci. Jak cmentarz bez nagrobków. A gdzieniegdzie puste miejsce i nieoczekiwana cisza pomiędzy fotografiami. Brak. Nieobecność.
Pomyślałem wtedy o wszystkich tych, których nie udało się już sfotografować. O wszystkich historiach, które zniknęły razem ze swoimi bohaterami.
I właśnie wtedy zrozumiałem, czym jest „CREDO”!
To nie tylko wystawa fotograficzna. To próba ocalania. Nie świata. Świat zawsze będzie trwał. To próba ocalania ludzi.
Ich twarzy.
Ich imion.
Ich historii.
Ich godności.
Jest w tej wystawie coś głęboko częstochowskiego. Słychać tu dzwony Jasnej Góry. Słychać przejeżdżające pociągi. Czuć wilgoć dawnych terenów Stradomia. Widać ślady robotniczych domów. Widać miasto świętej wieży. Miasto prowincjonalne i wielkie jednocześnie. Miasto wyśmiewane i kochane. Miasto zwyczajne i właśnie dlatego niezwykłe. Ale jednocześnie jest to opowieść o każdym miejscu na ziemi. Bo każdy człowiek ma swoją ulicę, swoje podwórko, swoich sąsiadów. Swoje dzwony i swoje pociągi.
Swoje wspomnienia!
I swoje fotografie, których kiedyś będzie żałował, że nie zrobił.
 
Kiedy opuszczałem wystawę, przypomniałem sobie zdanie, że fotografia Jacentego Dędka jest wyznaniem wiary. Jestem przekonany, że to prawda.
Nie jest to jednak wiara w Sztukę. Nie wiara w technikę, ani w fotografię. To wiara w Człowieka. Najprostsza i najtrudniejsza z możliwych.
Wiara, że każde życie ma znaczenie.
Że każda historia zasługuje na wysłuchanie.
Że każda twarz jest niepowtarzalna.
Że nawet najbardziej zwyczajny dzień jest wart zapamiętania i że miłość do świata zaczyna się od uważnego patrzenia.
 
Od wielu lat nie widziałem wystawy równie cichej i równie donośnej. Takiej, która nie poucza, nie narzuca interpretacji.
Po prostu pozwala patrzeć. A patrząc, zaczynamy rozumieć. Rozumieć innych. Rozumieć miejsce, w którym żyjemy. Rozumieć samych siebie.
„CREDO” Jacentego Dędka nie jest więc opowieścią o fotografii.
Jest opowieścią o człowieku.
O jego kruchości.
O pamięci.
O przemijaniu.
I o tym, że być może największym aktem miłości jest czasem zatrzymanie się na chwilę i powiedzenie:
„Widzę Cię”.
Bo dopóki ktoś naprawdę nas widzi, dopóty nie znikamy.

@ak

Pozdrawiam Pamięcią Ludzkiego Życia.

Rock'n'RollinPhoto Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.