Zapraszam na drugą część opowieści o pobycie w ALICANTE. Po pierwszym, intensywnym spotkaniu z centrum miasta miałem wrażenie, że znam już całą jego duszę. Myliłem się.
MARQ – podróż w czasie i dla mnie TOP 1 w Alicante! Kiedy przekroczyłem próg Museo Arqueológico Provincial de Alicante poczułem się, jakbym wszedł do wehikułu czasu, który zaprojektował archeolog zakochany w science fiction. Muzeum mieści się w dawnym szpitalu z lat 20. XX wieku i to jego wnętrze zaskakuje najbardziej.
Multimedialne panele nie tylko opowiadają o prehistorii, Iberyjczykach czy Rzymianach – one ożywiają te epoki. Oczywiście multimedia to nie wszystko. W jednej chwili patrzyłem na narzędzia sprzed tysięcy lat, w następnej byłem już w "wirtualnej" jaskini, gdzie grupa pradawnych ludzi zostawiała po sobie ślady. Miałem też okazję zajrzeć do „podwodnego” stanowiska archeologicznego. Czułem się niemal jak nurek badający wrak.
O tym muzeum można napisać osobny artykuł!
A później – Lucentum. Tuż za północną częścią miasta, na wzgórzu o wysokości 38 metrów, znajdują się ruiny rzymskiej osady, która dała początek dzisiejszemu Alicante. W ciszy ciepłego powietrza, wśród pozostałości murów, term i ulic, miałem wrażenie, że przez chwilę stoję pomiędzy światami. Tylko cykady przypominały, że to wciąż XXI wiek, a nie Iberia sprzed dwóch tysięcy lat.
W północnej panoramie miasta wyróżnia się ogromna, okrągła sylwetka Plaza de Toros - jedna z najstarszych aren regionu Walencji. Pierwsza corrida odbyła się tu w 1700 roku. To niezwykle popularne w Hiszpanii widowisko dziś wzbudza skrajne reakcje. Jedni kochają tradycję, drudzy protestują przeciw niej.
Zajrzałem do niewielkiego Museo Taurino, gdzie wiszą zdjęcia najsłynniejszych torreadorów, kostiumy lśniące złotem i brokatem, a także plakaty z dawnych, głośnych walk. Niezależnie od tego, jak ktoś podchodzi do corridy, trudno odmówić temu miejscu kulturowego znaczenia – to część historii i tożsamości nie tylko tego regionu. A ja, jako turysta-podróżnik, staram się patrzeć przede wszystkim z ciekawością. Być może w przyszłości będę miał okazję choć raz zobaczyć tę tradycyjną walkę z bykiem (dwa razy próbowałem, ale bilety wyprzedane były wiele tygodni wcześniej).
Gdy wspiąłem się na Monte Tossal, gdzie stoi Castillo de San Fernando, od razu poczułem, że to zupełnie inny świat niż potężna Santa Bárbara. Zamek miał bronić miasta w czasach napoleońskich, ale… cóż... nigdy do tego nie doszło. Stoi jak ogromny, niedokończony pomnik historii, o którego bastiony dzisiaj opiera się przede wszystkim młodzież. Skatepark, place zabaw, minigolf.
I widok. Ależ widok! Stąd Santa Bárbara wygląda jak korona wielkiego króla, który obserwuje całe wybrzeże.
Alicante słynie z plaż, a ja postanowiłem sprawdzić, czy faktycznie zasłużyły na swój rozgłos, chociaż plaże... to nie moja bajka, to nie mój kierunek podróży.
Playa del Postiguet.
Główna, miejska plaża, czysta, zadbana, tuż u stóp Benacantil. Wzdłuż niej biegnie Paseo de Gomiz – deptak wysadzany palmami, idealny na wieczorne spacery, gdy słońce chowa się za horyzontem.
Playa de la Albufereta
Dawne serce Alicante. To właśnie tu, w starożytnym Lucentum, biło pierwsze życie miasta. Dziś okolica jest spokojną, rodzinną dzielnicą z piękną piaszczystą zatoką.
Playa de la Almadraba
Mała, urocza, znana z bajecznych zachodów słońca, które barwią niebo na czerwono, jakby ktoś rozlał tam farby impresjonisty.
Cabo de la Huerta – zatoki i wolność
Skalisty cypel, pełen ukrytych calas (zatoczek), gdzie woda jest tak przejrzysta, że można policzyć ryby bez maski do snorkelingu. Są tu także plaże naturystów dla tych, którzy lubią czuć wiatr absolutnie wszędzie. To jedyne "plażowe" miejsce dla mnie.
Playa de San Juan
Kilometry jasnego piasku i szeroka linia brzegowa, gdzie zawsze jest miejsce na ręcznik czy koc. Idealna dla tych, którzy lubią przestrzeń.
Playa del Saladar – Urbanova
Południowa, złocista, z naturalnymi wydmami, które szumią jak opowieści o dawnych wędrowcach.
Każda plaża ma swój charakter, swój rytm, swoje światło. I w każdej można znaleźć coś dla siebie. Ale... Jak wspomniałem wcześniej, plaże to nie moja bajka i mogę się znacznie pomylić co do ich oceny.
Na koniec muszę wspomnieć o Hogueras de San Juan. O święcie ognia, które podobno musi zobaczyć każdy, kto przybywa do Alicante. Miasto w czerwcu staje się… płonącym "Snem". Niektórzy mówili, że Dosłownie.
Hogueras de San Juan to najgłośniejsza, najbardziej kolorowa i najbardziej ognista fiesta, jaką można sobie wyobrazić. Od 20 do 24 czerwca miasto zamienia się w galerię ogromnych rzeźb – hogueras – z drewna, kartonu i korka. Wielobarwne, satyryczne, często komentujące politykę lub społeczne trendy. Każda ulica staje się sceną, każdy plac – Teatrem.
W dzień są parady tancerzy, muzyków, gigantów na szczudłach, pokazy pirotechniczne.
A nocą…
Nocą Alicante płonie.
24 czerwca odbywa się la crema – spalanie wszystkich figur. Płomień unosi w niebo kolorowe iskry, ludzie tańczą, śmieją się i płaczą jednocześnie, a miasto oczyszcza się jak feniks, by zacząć lato od nowa. To święto ma korzenie jeszcze sprzed XX wieku. Kiedyś rodziny 23 czerwca siadały razem na kolację, a o północy biegły do morza, by zanurzyć się w wodzie podczas najdłuższej nocy roku.
Może kiedyś…
Patrząc na zdjęcia i filmy z ognistego święta, słuchając opowieści mieszkańców, wiem jedno – kiedyś chcę tu wrócić w czerwcu. Chciałbym zobaczyć płonące rzeźby, poczuć gorąco ognia na skórze, zanurzyć stopy w morzu o północy i dać się ponieść fiestowej euforii, która ogarnia całe Alicante.
Jeśli ktoś szuka święta, które jest jednocześnie tradycją, sztuką, satyrą i czystą radością życia – Hogueras de San Juan to podobno wydarzenie, które trzeba przeżyć choć raz.
A ja wierzę, że któregoś lata zatańczę tam między iskrami.
@ak
Rock'n'RollinJourney Lives
Dodaj komentarz
Komentarze