Może uda mi się Was zachęcić do zwiedzenia ALICANTE. Jak można zacząć opowieść o tym mieście?
Spróbuję tak: O świcie mieni się jak rozgrzany bursztyn – ciepłe, miękkie światło śródziemnomorskiego słońca ślizga się po różnokolorowych fasadach domów, budzi portowe mewy i układa na falach drobne iskierki, jakby samo morze chciało się ze mną przywitać. Gdy wysiadłem na Plaza Puerta del Mar poczułem, że miasto natychmiast mnie wchłania. Bez pytania i bez skrępowania. Tutaj życie toczy się gęstą pulsacją, w której historia, zapach kawy i podniebny błękit tworzą mieszankę absolutnie niepodrabialną.
Moja wędrówka zaczęła się od słynnej Explanada de España. Ten nieco ponad półkilometrowy deptak pod palmowym sklepieniem – a raczej pod palmową koroną, bo palm jest tyle, że tworzą własny sufit – zdaje się żyć własnym rytmem. Gdy stawiałem pierwsze kroki na falującej mozaice z marmuru w kolorach bieli, czerwieni i czerni, miałem wrażenie, że chodnik tańczy. Dosłownie. Hiszpański entuzjazm i wyobraźnia architektów to, jak widać, duet wyjątkowo płodny.
Pod numerem 2, niczym biały klejnot, wyrastała Casa Carbonell – elegancka kamienica z wieżyczkami, którą zbudował w 1925 roku bogaty przedsiębiorca, by pokazać światu, że w Alicante potrafią nie tylko "szydełkować" tradycję, ale też przedzierać się w przyszłość. Stałem i patrzyłem na nią długo, jak dziecko na tort, którego nie wolno mu jeszcze zjeść.
Nad wszystkim góruje zamek Castillo de Santa Bárbara, dumnie wzniesiony na wzgórzu Benacantil. Widziałem go z każdej uliczki, z każdego zaułka – niczym okrutnie przystojny bohater powieści, który wie, że stoi w centrum uwagi. Mieszkańcy nazywają skałę, na której tkwi twierdza, „twarzą Maura”, bo profil z plaży Playa del Postiguet rzeczywiście przypomina ludzką sylwetkę.
Wjechałem na górę windą, choć wielu turystów woli wspinaczkę pieszo. Obiecałem sobie jednak, że zachowam siły na dalsze zwiedzanie. Po 200-metrowym tunelu, który chłodzi jak kieliszek tinto de verano w lipcu, wystrzeliłem w górę i znalazłem się na szczycie. Stąd roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków, jakie można zobaczyć w życiu: tafla Morza Śródziemnego rozciąga się aż po horyzont, port błyszczy jak świeżo wypolerowane srebro, a miasto kładzie się u stóp jak otwarty wachlarz. Choć zamek jest w ruinie, każdy kamień ma tu swoje miejsce, a powietrze zdaje się szeptać historie Maurów, rycerzy i kupców. Zresztą tych opowieści można posłuchać na miejscu.
W drodze w dół zatrzymałem się w parku La Ereta, na stoku Benacantil. To miejsce pełne niewysokich drzew oliwkowych i ścieżek wijących się jak leniwe smoki. Siedziałem chwilę na ławce i patrzyłem na Alicante. Tu szczególnie widać, jak miasto otula port i jak bardzo port otula miasto. Jedno bez drugiego byłoby jak paella bez szafranu – niby istnieje, ale po co?
Kiedy zanurzyłem się w starówkę – El Barrio – wiedziałem już, że Alicante to nie tylko plaże i słońce. To plątanina uliczek, gdzie z każdej strony wyłaniają się bary tapas, kawiarnie, pachnące piekarnie i urocze place, na których czas nie tyle zwalnia, co przesiada się na hamak.
Najstarsza część, Medina Santa Cruz, urzekła mnie kompletnie. Białe domy (rzadko niebieskie lub żółte), wąskie schody, kolorowe donice z kwiatami, azulejos błyszczące jak łuski ryb. Kiedyś czytałem, jak ktoś napisał iż "...niektóre zakątki wyglądają tak, jakby Arabowie nigdy stąd nie odeszli." I faktycznie – spacerując tam, czułem się jak w Andaluzji, jak w maleńkiej oazie przyklejonej do wzgórza zamkowego.
Z tarasu przy kościółku Ermita de Santa Cruz ujrzałem panoramę miasta, która dosłownie zaparła mi dech. Port, kopuła konkatedry San Nicolás, modernistyczny hotel Gran Sol – wszystko wyglądało jak makieta wykonana przez ambitnego architekta.
Wśród labiryntu uliczek w centrum miasta wznosi się konkatedra San Nicolás de Bari – monumentalna, prosta, niemal surowa, w stylu herreriańskim. Ale jej wnętrze to już inny świat: barokowy przepych, iluzjonistyczne freski, kaplica De la Comunión, która wygląda jakby wyszła spod dłoni aniołów mających słabość do ornamentów.
W kościele Santa Maria zachwyciła mnie ciężka, barokowa fasada i historia tego miejsca, które powstało na ruinach największego muzułmańskiego meczetu w Alicante. Patrząc na dziury po pociskach z czasów wojny domowej, poczułem, jak historia tego miasta potrafi być blisko, wręcz namacalnie blisko.
Schodząc w dół w stronę bardziej reprezentacyjnych ulic, trafiłem na Ayuntamiento. Elegancki barokowy ratusz, który wita turystów nie tylko swoją fasadą, ale też niezwykłą rzeźbą Salvadora Dalego stojącą tuż za wejściem. Jest w niej coś niepokojącego, coś zabawnego i coś daleowskiego do szpiku kości – surrealizm, który zdaje się pytać, czy na pewno patrzę na świat tak, jak mi się wydaje. Część pomieszczeń ratusza jest dostępna dla publiczności. Mogłem zobaczyć m.in. Salę Błękitną, Komnatę Królewską Izabeli II z 1858 roku oraz Salę Posiedzeń Plenarnych.
Chwilę dalej odkryłem Museo de Belenes, maleńkie, ale absolutnie czarujące muzeum szopek bożonarodzeniowych. Miniaturowe scenki, ręcznie robione figurki, precyzyjne detale – to wszystko sprawia, że człowiek nagle zamienia się w dziecko, które chce podejrzeć każdy zakamarek. Cóż za spokój, jaka czułość w tych małych światach!
Przechodząc dalej dotarłem pod Teatro Principal. Budynek jest jak zaproszenie do innej epoki – kremowa fasada, klasyczne kolumny, lekko staroświecka elegancja. Wyobraziłem sobie panów w garniturach, damy w sukniach, ciepłe światło lamp gazowych i wieczory, które zaczynały się tutaj jak preludium do czegoś pięknego.
Nieopodal tętniących życiem ulic odkryłem jeszcze jedno miejsce, które koniecznie trzeba poznać – Museo de Bellas Artes Gravina, ukryte w pałacu Conde de Lumiares, budowli pamiętającej czasy od XVIII do początków XIX wieku. To muzeum jest jak kapsuła czasu, w której Alicante opowiada swoją artystyczną historię pociągnięciami pędzla i kunsztem dawnych rzeźbiarzy. Wśród niemal pięciuset dzieł zachwyciła mnie subtelność rzeźby Francisco Salzillo i powaga portretu Ferdynanda VII pędzla Vicente Lópeza. Największe wrażenie zrobiła jednak galeria lokalnych mistrzów XIX wieku – Gisberta, Agrasota, Casanovy i Cabrery Cantó – których obrazy przenoszą w światy pełne obyczajów, historii i krajobrazów tak żywych, że aż trudno oderwać od nich wzrok. To miejsce, w którym sztuka nie tylko zdobi ściany, ale przede wszystkim opowiada o duszy miasta.
W samym sercu Alicante natrafiłem także na miejsce wyjątkowo ciche i pełne duchowej elegancji – Convento de las Agustinas, klasztor sióstr augustianek, który od wieków pozostaje jedną z najskromniejszych, a jednocześnie najbardziej intrygujących pereł miasta. Jego jasna fasada i niewielki dziedziniec kryją atmosferę spokoju, jakby czas spowalniał tu do rytmu modlitwy i codziennych obowiązków zakonnic. Wnętrze, choć proste, emanuje niezwykłym ciepłem i pokorą, przypominając, że duchowa historia Alicante to nie tylko monumentalne kościoły, ale też takie kameralne miejsca pełne cichej siły. Patrząc na krużganki i delikatne detale architektury, miałem wrażenie, że klasztor szepcze opowieści o dawnych mieszkańcach, którzy szukali tu ukojenia. To jeden z tych zakątków, które uczą, że piękno bywa najbardziej przekonujące, gdy nie musi "krzyczeć".
Obok kościoła Santa Maria znajduje się Museo de Arte Contemporáneo (MACA) – miejsce, które zaskakuje na każdym kroku. Już sam budynek, nowoczesny, a jednocześnie wtopiony w historyczną tkankę miasta, budzi ciekawość, ale to wnętrze naprawdę przyciąga. Kolekcja XX-wiecznej sztuki, z dziełami Miró, Dalí czy Chillidy, tworzy przestrzeń pełną emocji, kontrastów i nieoczywistych pytań. Chwilami miałem wrażenie, że obrazy i różne instalacje prowadzą mnie przez labirynt współczesnych lęków, marzeń i idei, tak aktualnych również dzisiaj. To muzeum, w którym sztuka nie tylko dekoruje, ale prowokuje do myślenia. Dlatego warto tu przysiąść dłużej.
Kilkaset kroków dalej, w dzielnicy Santa Cruz, w tej spokojniejszej części miasta, odkryłem maleńki, urokliwy skarb – Ermita de San Roque, jedno z najstarszych sanktuariów Alicante. Ten niewielki kościółek, poświęcony patronowi chroniącemu przed zarazą, zachwyca prostotą i pokorą architektury, która przetrwała burze dziejów. Wchodząc do środka, poczułem natychmiastową ciszę – taką, która nie przytłacza, lecz otula jak miękki koc. Freski, drewniane detale i zapach kadzidła sprawiają, że miejsce ma w sobie coś intymnego i bardzo szczerego, jakby od wieków przechowywało ludzkie modlitwy. To jedno z tych miejsc, które odwiedza się nie po to, by zobaczyć, ale by poczuć.
A potem trafiłem do portu. Tego samego, który z góry błyszczał jak srebro. Tuż przy nabrzeżu znajduje się Museu de The Ocean Race, poświęcone najbardziej wymagającemu żeglarskiemu wyścigowi na świecie. Modele jachtów, historie załóg, mapy tras – czuć tu potęgę morza i determinację ludzi, którzy postanowili z nim zagrać w otwarte karty. Sam port to z kolei serce pulsujące w rytmie lin, masztów i odgłosów wody uderzającej o burtę. Mógłbym tu siedzieć godzinami. Patrzeć, jak kołyszą się jachty, jak słońce odbija się w metalowych relingach, jak życie płynie spokojnie, choć nigdy naprawdę nie zatrzymuje się ani na chwilę.
Nie mogłem odmówić sobie wizyty na Mercado Central. Miejsce, które pachnie wszystkim naraz: świeżymi owocami, morską wodą, przyprawami, chlebem i rozmowami. Każdy stragan ma swoją historię, a sprzedawcy witają cię nie tyle uśmiechem, co zaproszeniem do świata lokalnych smaków. Tu wypiłem najlepszą kawę dnia i zjadłem małą, pyszną kanapkę z jamón serrano.
Dlaczego warto pojechać do Alicante?
Bo Alicante jest jak opowieść, jest pełne światła, ale nie oślepia. Jest pełne historii, ale wcale nie przynudza. Mieszkańcy żyją tutaj lekko, jakby każdy dzień był zaproszeniem do tego, by przysiąść na chwilę, zamówić kawę, popatrzeć na morze i po prostu… być.
To miasto jest idealne dla tych, którzy lubią spacerować bez planu, zatracać się w uliczkach, odkrywać, próbować, patrzeć. Bowiem kto choć jeden raz zobaczy Alicante z murów Santa Bárbara, kto chociaż jeden raz posłucha nocnego gwaru El Barrio, ten już zawsze będzie nosił w sobie fragment tego miejsca.
A to dopiero centrum.
W kolejnej części opowiem, co kryje się poza nim. Też warto tam zajrzeć, bo Alicante ma więcej twarzy niż „twarz Maura”, którą widać z plaży.
A w szczególności jedno miejsce - dla mnie TOP 1 Alicante.
@ak
Rock'n'RollinJourney Lives
Dodaj komentarz
Komentarze