Girona - dzień drugi

Opublikowano w 23 maja 2026 16:26

Rozpoczęliśmy go ponownie od przejścia na drugą stronę Onyru — rzeki, która w GIRONIE nie jest granicą, lecz delikatnym przejściem między światami. Z jednej strony średniowieczna, kamienna i skupiona w sobie Barri Vell, z drugiej bardziej otwarta, elegancka i mieszczańska Barri del Mercadal. Wystarczy kilka kroków, by zmienił się rytm miasta. Przespacerowaliśmy się Rambla de la Llibertat, wypiliśmy kawę i powróciliśmy na zachodnią stronę rzeki.

Przeszliśmy przez słynny czerwony most Pont de les Peixateries Velles — lekką, metalową konstrukcję zaprojektowaną przez ucznia Gustava Eiffla. Most wygląda jak szkic wykonany czerwonym ołówkiem na tle kamiennych fasad. Zatrzymaliśmy się na środku, jak robią wszyscy, i spojrzeliśmy w dół rzeki. Stąd kolorowe domy nad Onyar wyglądają najpiękniej — jakby naprawdę ustawiły się do zdjęcia, świadome swojej roli w miejskim spektaklu. To jedno z tych miejsc, gdzie aparat fotograficzny staje się niemal obowiązkiem, a jednak żadne zdjęcie nie oddaje w pełni tego światła i tego spektaklu kolorów.

Barri del Mercadal ma w sobie coś z dawnego miasta kupców i rzemieślników, miejsca codziennego życia, które nie potrzebuje murów obronnych ani monumentalnych schodów. Życie dzielnicy koncentruje się wokół Plaça de la Independència — eleganckiego, regularnego placu otoczonego neoklasycystycznymi budynkami z arkadami. Pod nimi kawiarnie i restauracje wystawiają stoliki, kelnerzy krążą z tacami, a w powietrzu unosi się zapach kawy, świeżych wypieków i — zależnie od pory roku — pieczonych kasztanów.

To idealne miejsce, by usiąść, zamówić coś lokalnego i po prostu...Być! Patrzeć, jak miasto toczy się swoim rytmem: ktoś czyta gazetę, ktoś rozmawia przez telefon, ktoś inny karmi gołębie z powagą godną starożytnego rytuału.

Jednym z największych zaskoczeń GIRONY okazało się Muzeum Kina. Nowoczesne, interaktywne i zaskakująco obszerne (trzy piętra), mieści się w niepozornym budynku, który nie zdradza, jaką podróż oferuje w środku. To opowieść o pięciuset latach historii obrazu ruchomego. Od prostych iluzji optycznych, chińskich cieni i prymitywnych urządzeń wykorzystujących światło i cień, po narodziny kina, kinematograf braci Lumière i pierwsze projekcje filmowe.

To muzeum nie jest tylko dla kinomanów. To muzeum dla ludzi ciekawych świata, dla tych, którzy chcą zrozumieć, jak bardzo człowiek od zawsze pragnął zatrzymać ruch, opowiedzieć historię obrazem i oszukać czas choćby na kilka sekund. Wyszedłem stamtąd z poczuciem dziecięcej radości i lekkiego zdziwienia, że coś tak nowoczesnego tak dobrze pasuje do miasta o średniowiecznym sercu.

Wędrując po Mercadalu, zajrzeliśmy także do Parròquia de Santa Susanna del Mercadal, ukrytej nieco na uboczu, przy Carrer de l’Obra, obok Muzeum Kinematografii. To spokojna, niemal intymna świątynia, pozbawiona monumentalności katedry, ale dzięki temu bardziej ludzka i taka...codzienna. Wnętrze sprzyjało chwili ciszy — takiej bez przewodników i fleszy aparatów — jakby była to parafia dla mieszkańców, a nie punkt na mapie atrakcji.

Wracając w stronę starówki, przeszliśmy przez most Świętego Feliksa, który ponownie wprowadza w świat kamienia, cienia i historii. Po jego przekroczeniu GIRONA znów zmienia ton — jakby ścisza głos. Tuż obok rzeki wznosi się kościół Sant Feliu, jedna z najstarszych świątyń miasta, łatwa do rozpoznania dzięki swojej charakterystycznej, „niedokończonej” wieży. Wieża rzeczywiście wygląda tak, jakby budowniczowie przerwali pracę w "pół zdania". W rzeczywistości w 1581 roku w jej najwyższą część uderzył piorun, pozostawiając ślad widoczny do dziś. To jeden z tych drobnych epizodów historii, które sprawiają, że zabytki stają się bardziej ludzkie — podatne na przypadek i siły natury.

Wnętrze kościoła skrywa prawdziwe skarby: rzymskie sarkofagi z II–IV wieku, pamiętające czasy, gdy GIRONA była rzymską Gerundą, oraz relikwie świętego Narcyza, patrona miasta. To właśnie z nim wiąże się jedna z najbardziej niezwykłych legend GIRONY — o muchach, które miały obronić miasto przed najeźdźcami. Historia czy mit? W GIRONIE nikt nie próbuje tego rozstrzygać. Legenda jest tu pełnoprawnym elementem tożsamości.

Na placu przed kościołem spotkałem się z lokalną tradycją, która niezmiennie wywołuje uśmiech na twarzy każdego turysty. Kolumna z lwicą — dziś kopia średniowiecznego oryginału (w Museu d'Art) — stoi niepozornie, a jednak przyciąga tłumy. Zgodnie z tradycją, aby mieć pewność, że wróci się do GIRONY, trzeba wspiąć się na kolumnę i pocałować lwicę… w tylną część ciała. Tak, dokładnie tam.

GIRONA nie jest miastem, w którym warto się wstydzić drobnych rytuałów. Wręcz przeciwnie — to one pozwalają poczuć się choć przez chwilę częścią miejsca, a nie tylko jego obserwatorem. Przy moście Świętego Feliksa trwał akurat targ staroci, na którym nie omieszkaliśmy dokonać drobnych zakupów (ceny? - wszystko po 1 euro!).

W Museu d’Història de Girona spotkała nas nieoczekiwana niespodzianka. Trafiliśmy na czasową wystawę szkiców i rysunków Francisca Goi. Ponad dwieście prac pochodzących z różnych okresów jego twórczości. Delikatne, czasem gwałtowne, pełne niepokoju albo ironii rysunki pozwalały zajrzeć w warsztat artysty bliżej niż monumentalne obrazy. To było spotkanie intymne, niemal osobiste. 

Na zakończenie dnia skierowaliśmy się w okolice dworca kolejowego i autobusowego, gdzie GIRONA odsłania inne, mniej oczywiste oblicze. Tu średniowieczny kamień ustępuje miejsca katalońskiemu modernizmowi — secesji o wyraźnie lokalnym charakterze.

Budynki takie jak La Farinera Teixidor — dawna fabryka mąki o odważnej, funkcjonalnej bryle — czy Casa de la Punxa, z charakterystycznymi ostrymi formami, zostały zaprojektowane przez Rafaela Masó, wybitnego architekta i pisarza, jednego z najważniejszych przedstawicieli katalońskiego modernizmu. To architektura, która nie udaje Barcelony ani Gaudíego. Jest bardziej powściągliwa, bardziej użytkowa, ale równie świadoma formy.

Spacerując krótko wśród tych budynków, pomyśleliśmy, że GIRONA nie zatrzymała się w średniowieczu. Ona po prostu nauczyła się je "nosić" — jak dobrze skrojony płaszcz — i dorzuciła do tego nowe warstwy. Bez konfliktu.

Niestety zapomnieliśmy wejść na mury miejskie — Passeig de la Muralla oraz brakło czasu na Les Pedreres de Girona i Torre de la Ciutat. Tak wciągnęło nas miasto! Wiemy tylko, że szlak Passeig prowadzi wysoko nad miastem, przez dawne wieże strażnicze, dziś zamienione w punkty widokowe. Podobno o zachodzie słońca GIRONA wygląda stąd jak opowieść: wielowarstwowa, pełna zakrętów i powrotów. Miasto między rzekami, morzem a górami. 

Taka jest właśnie GIRONA!!!

To miasto kompletne, kameralne, ale bogate; spokojne, ale żywe; stare, ale niezmęczone. Można tu zanurzyć się w historii, sztuce i duchowości, a jednocześnie usiąść w kawiarni, zamówić kawę, spojrzeć na przechodniów i poczuć, że czas płynie zdecydowanie wolniej — dokładnie tak, jak powinien.

Jak przyjedziecie tutaj patrzcie uważnie i słuchajcie tej ciszy, bo w GIRONIE Cisza naprawdę ma coś do powiedzenia.

I zarezerwujcie o jeden dzień więcej niż My. Wtedy z pewnością poznacie GIRONĘ w całości i bez pośpiechu

@ak

Rock'n'RollinJourney Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.