Girona - dzień pierwszy

Opublikowano w 20 maja 2026 14:51

Do GIRONY przyjechaliśmy z poczuciem lekkiego niedosytu, a może raczej z nieufną ciekawością (byliśmy w pobliżu kilka lat temu, ale zamiast do miasta trafiliśmy z covidem do szpitala). Bo jak to możliwe, że miasto oddalone zaledwie trzydzieści kilometrów od Costa Brava — tej krainy słońca, plaż i wakacyjnego rozleniwienia — ma mieć zupełnie inny charakter? Czy to tylko marketingowa legenda, czy rzeczywiście istnieje miejsce, które zamiast zapachu soli i kremu do opalania oferuje zapach kamienia, historii i cienia? Już po pierwszych minutach wiedzieliśmy, że to będzie znajomość na dłużej.

Pierwsze kroki skierowaliśmy na Pont de Pedra. Most jak most — mógłby powiedzieć ktoś niecierpliwy, ktoś, kto zawsze biegnie do „najważniejszych atrakcji”. Ale wystarczyło oprzeć się o balustradę i spojrzeć w stronę rzeki Onyar, by zrozumieć, że GIRONA zaczyna się właśnie tutaj. Od koloru. Od odbicia światła w wodzie. Od domów, które wyrastają niemal wprost z rzeki, jakby nie obowiązywała ich żadna logika urbanistyki, tylko czysta potrzeba bycia blisko życia.

Ich fasady mają barwy ochry, cegły, musztardy, wypłowiałego różu i pomarańczu, które pamiętają lepsze czasy. Nie są idealne. Tynk miejscami pęka, kolory blakną, okna bywają krzywe — ale właśnie dlatego wyglądają tak prawdziwie i pięknie. Jakby ktoś namalował je szerokim pędzlem: trochę od niechcenia, trochę z dziecięcej radości, a trochę z przekonaniem, że piękno nie musi być symetryczne. Nad tym barwnym chaosem rysuje się panorama Barri Vell — średniowiecznej starówki, wyniesionej na wzgórze, czuwającej nad miastem jak stara, mądra strażniczka, która widziała już wszystko i wie, jak zaopiekować się swoją podopieczną.

Tuż przy moście trwał targ rzemiosła. Kolorowe stragany uginały się pod ceramiką, ręcznie robioną biżuterią, skórzanymi torbami i notesami pachnącymi nowym papierem. Zapach skóry, ceramiki, lawendy i świeżo palonej kawy mieszał się z rozmowami w katalońskim, hiszpańskim, francuskim i wszystkich możliwych językach świata. Ktoś targował się o cenę bransoletki, ktoś inny próbował wyjaśnić sprzedawcy, że „to na prezent”. To był bardzo dobry znak. GIRONA nie jest miastem zakonserwowanym w gablocie. Ona żyje, oddycha i handluje — dokładnie tak jak robiła to przez wieki.

Ruszyliśmy w stronę starówki, pozwalając, by same nazwy ulic prowadziły nas przez historię miasta. W GIRONIE nazwy nie są przypadkowe. One pamiętają co wydarzyło się przez setki lat. Plaça del Vi — plac wina — z podcieniami dającymi cień i siedzibą ratusza, wydawał się idealnym miejscem, by przysiąść na chwilę i pomyśleć, że w średniowieczu naprawdę wiedzieli, jak nazywać rzeczy prosto i uczciwie. Tu handlowano winem, tu toczyły się rozmowy, tu zapadały decyzje. Plaça de l’Oli, Carrer d’Argenteria (ulica złotników) — każda z tych nazw była jak uchylone drzwi do dawnego świata: zapachów oliwy, dźwięku młotków, codziennych rytuałów rzemieślników.

I wtedy zrobiliśmy to, co w GIRONIE najlepsze.

Zgubiliśmy się.

GIRONA nagradza tych, którzy nie trzymają się planu. To miasto, w którym mapa szybko traci sens, a intuicja zaczyna działać lepiej niż GPS. Błądząc wąskimi uliczkami, gdzie kamień pod stopami bywa wygładzony tysiącami kroków, trafiliśmy na Pujada de Sant Domènec — strome, kamienne schody wspinające się ku klasztorowi dominikanów i budynkom uniwersytetu. To jedno z tych miejsc, które wyglądają jak gotowa scenografia filmowa. Schody pną się ostro w górę, kamienice po bokach zdają się pochylać nad przechodniem, a światło wpada tylko fragmentami, jakby specjalnie dozowane. Zresztą nic dziwnego, że kino GIRONĘ kocha — miasto wielokrotnie „grało” inne miejsca, inne epoki, inne historie.

Zanim jednak dotarliśmy do filmowych skojarzeń, zanurzyliśmy się (z powrotem, ach to błądzenie) w rytm Rambla de la Llibertat — głównego pasażu starego miasta. To tutaj bije towarzyskie serce GIRONY. Pod arkadami kawiarnie wystawiają stoliki, bary kuszą zapachem tapas, a rozmowy płyną leniwie, bez pośpiechu. Między jednym a drugim łukiem ktoś gra na gitarze, ktoś wystawia rzeźby, a ktoś inny prezentuje czasową instalację sztuki współczesnej, która dziwnie dobrze pasuje do średniowiecznego tła. Usiedliśmy na chwilę na kawę i obserwowaliśmy miasto, które nie spieszy się nawet wtedy, gdy ma ku temu powód. Studenci, starsi mieszkańcy, turyści — wszyscy wydawali się tu na swoich miejscach. GIRONA opowiadała nam swoją historię bardzo spokojnie.

Z Rambli naturalnie skręciliśmy w Carrer de la Força — ulicę, która od wieków prowadzi w jedno z najbardziej poruszających miejsc w mieście: El Call Jueu, dawną dzielnicę żydowską. El Call to labirynt. Kamień, cień, mrok, historia. Uliczki są tu tak wąskie, że czasem trzeba zwolnić, a nawet się zatrzymać, by przepuścić kogoś idącego z naprzeciwka. Wiją się w górę i w dół, skręcają nagle, znikają za rogiem — jakby nie chciały zdradzić wszystkich tajemnic naraz. Momentami ma się wrażenie, że domy stoją tu zbyt blisko siebie, jakby chciały się porozumiewać szeptem.

To jedna z najlepiej zachowanych średniowiecznych dzielnic żydowskich w Europie — trzecia co do wielkości po Barcelonie i Grenadzie. Żydzi mieszkali tu od końca IX wieku aż do 1492 roku. Przez ponad sześć stuleci tworzyli ważną część miasta: prowadzili warsztaty, sklepy, szkoły, mieli synagogę, łaźnie, własne życie codzienne, święta i zwyczaje. To właśnie tutaj rozkwitała jedna z najważniejszych szkół kabały w Europie — mistyczno-filozoficznego nurtu judaizmu, który przyciągał uczonych z daleka. Spacerując po El Call, czuliśmy wyraźnie, że to miejsce pamięta wszystkie wydarzenia, które miały tutaj miejsce. Kamień nie zapomina. Nawet jeśli dziś jest tu cicho, nawet jeśli słychać tylko echo kroków, ta cisza jest gęsta od znaczeń.

W Muzeum Historii Żydów zobaczyliśmy srebrną biżuterię, makiety dzielnicy z XI wieku, średniowieczne nagrobki i kopie edyktów wypędzenia. Najbardziej poruszające było jednak uświadomienie sobie, że te same mury, które dziś oglądamy z zachwytem i estetyczną przyjemnością, były świadkami dramatycznych wyborów: zmiany wiary albo opuszczenia ojczyzny. Historii nie da się tu oddzielić od emocji.

Ciekawostką — niemal paradoksem — jest fakt, że El Call „zagrało” XVIII-wieczne francuskie miasto w filmie „Pachnidło”. Girona potrafi być jednocześnie nie tylko średniowieczna, ale nietuzinkowo filmowa i niesamowicie, wręcz boleśnie Prawdziwa.

Nad El Call, na zboczu wzgórza, wznosi się katedra Santa Maria de Girona. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać 90 monumentalnych barokowych schodów. Liczyliśmy. Pod koniec byliśmy lekko zdyszani, ale ten drobny wysiłek działa jak rytuał przejścia — przygotowuje na spotkanie z czymś... monumentalnym. Wnętrze katedry robi wrażenie niemal fizyczne. Jedna, ogromna nawa — najszersza gotycka na świecie — otwiera się jak kamienne morze. Brak bocznych naw sprawia, że przestrzeń dosłownie wciąga, a wzrok nie ma gdzie uciec. Człowiek nagle czuje się dużo mniejszy. I to uczucie jest zaskakująco przyjemne. To miejsce uczy pokory bez moralizowania.

W skarbcu Katedry zobaczyliśmy prawdziwy cud: Tapis de la Creació, romański arras przedstawiający stworzenie świata. Ma ponad dziewięćset lat i ponad siedemnaście metrów kwadratowych powierzchni. Patrząc na niego, trudno nie pomyśleć, że średniowiecze wcale nie było ciemne. Było pełne koloru, symboli i wyobraźni. Romańskie krużganki, bogato rzeźbione kapitele kolumn, wieża Karola Wielkiego i muzeum kapitularne sprawiają, że katedra nie jest "jednym" zabytkiem. Powiedziałbym, że jest Całym Wszechświatem Zamkniętym W Kamieniu.

Po intensywnym spotkaniu z sacrum ruszyliśmy w stronę łaźni arabskich. Choć powstały w XII wieku już po rekonkwiście, są pięknym przykładem fascynacji kulturą arabską, tak silnej w średniowiecznej Europie. Przebieralnie, sale z zimną, letnią i gorącą wodą, kolumny i kopuły — wszystko zachowane z niezwykłą starannością. Przez chwilę wyobrażaliśmy sobie średniowiecznych mieszkańców GIRONY, którzy przychodzili tu po odpoczynek, rozmowę i oczyszczenie. I pomyśleliśmy, że niektóre potrzeby są naprawdę ponadczasowe.

Zanim zwróciliśmy się ponownie ku starówce, skierowaliśmy kroki w stronę miejsca, które prowadzi jeszcze dalej w przeszłość — do czasów, gdy GIRONA nie była jeszcze GIRONĄ, lecz rzymską Gerundą. W dawnym klasztorze benedyktynów Sant Pere de Galligants, jednym z najpiękniejszych romańskich zabytków miasta, mieści się oddział Muzeum Archeologicznego Katalonii.

Już sam budynek robi ogromne wrażenie. Surowa romańska bryła z XII wieku, masywne mury, krużganki i wieża, która wygląda jak strażnik czasu. To jedno z kolejnych miejsc, gdzie architektura nie jest tylko opakowaniem dla historii — ona sama jest jej częścią. Wchodząc do środka, mieliśmy wrażenie, że każdy krok prowadzi nie tyle po podłodze, co po kolejnych warstwach czasu.

Ekspozycja muzeum opowiada o dziejach regionu comarki GIRONA od prehistorii po wczesne średniowiecze. Zobaczyliśmy narzędzia sprzed tysięcy lat, ślady dawnych osad, fragmenty ceramiki i przedmioty codziennego użytku, które — choć pozornie niepozorne — mówią o ludziach więcej niż wielkie pomniki. Największe wrażenie zrobiły na nas rzymskie inskrypcje, rzeźby i elementy architektoniczne z czasów, gdy Gerunda była ważnym punktem na rzymskiej drodze Via Augusta.

Szczególnie poruszające było uświadomienie sobie ciągłości miejsca: że dokładnie tu, gdzie dziś stoi klasztor i muzeum, toczyło się życie już dwa tysiące lat temu. Że historia GIRONY nie zaczyna się od murów średniowiecznych ani od katedry, lecz znacznie wcześniej — od pierwszych śladów ludzkiej obecności, od kamienia, ognia i pierwszej drogi.

Tuż obok muzeum wytyczono ścieżkę archeologiczną – Passeig Arqueològic, prowadzącą wzdłuż dawnych murów i stanowisk archeologicznych. Spacer nią to jak płynne przejście z muzealnej ciszy w otwartą przestrzeń miasta. Kamień znów spotyka się z niebem, a historia — z teraźniejszością.

Wychodząc z Sant Pere de Galligants, pomyśleliśmy, że GIRONA jest jak dobrze napisana książka: zaczyna się od prologu sprzed tysięcy lat, rozwija przez wieki i wciąż dopisuje nowe rozdziały. A Muzeum Archeologiczne pozwala zajrzeć do tych pierwszych stron — cichych, ale fundamentalnych.

Nieopodal katedry, niemal w jej cieniu, trafiliśmy także do Museu d’Art de Girona. Mieści się ono w dawnym pałacu episkopalnym, którego eleganckie, spokojne wnętrza stanowią idealne tło dla sztuki powstającej na przestrzeni wieków. Kolekcja prowadzi przez romańskie początki, gotyk i późniejsze epoki, pozwalając zobaczyć, jak zmieniała się wrażliwość artystyczna Katalonii i samej Girony. Szczególnie zapadły mi w pamięć monumentalne nastawy ołtarzowe z XV i XVI wieku, w tym słynna nastawa z Púbol autorstwa Bernata Martorella, a także dzieła takich artystów jak Pere Mates, Joaquim Vayreda czy Santiago Rusiñol. To muzeum zadziałało jak chwila wytchnienia — po intensywnym spotkaniu z architekturą pozwoliło wejść w bardziej intymny dialog z obrazem, kolorem i światłem, odkrywając Gironę jako miasto nie tylko kamienia, lecz także Sztuki.

I nagle, nieoczekiwanie nadszedł wieczór i czas na... coś z tutejszego menu. A potem ponowny późno-wieczorny spacer po pustych, mrocznych, tajemniczych uliczkach Barri Vell i El Call. Wcześniej jednak obejrzeliśmy jeszcze na schodach Katedry fantastyczny spektakl z udziałem dzieci, młodzieży i dorosłych - takie nasze jasełka. Cudowne kolorowe stroje, efekty specjalne, muzyka. To był Kapitalny Dzień.

@ak

Rock'n'RollinJourney Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.