Lipiec był dla mnie miesiącem niezwykle bogatym muzycznie. Nie jest tajemnicą, że od lat najbliższe są mi światy hard & heavy, bluesa i jazzu. To właśnie tam najczęściej odnajduję emocje, autentyczność i Artystów, którzy nie boją się mówić przede wszystkim własnym głosem. Jednocześnie nigdy nie zamykam się w jednej stylistyce. Dobra muzyka nie uznaje przecież gatunkowych granic. Czy przybywa z delty Mississippi, z zadymionego londyńskiego klubu, z portugalskich gotyckich pejzaży, z nowojorskiego jazzowego loftu albo z garażu, w którym od sześćdziesięciu lat rodzi się rock'n'roll - nie ma znaczenia. Najważniejsze - musi poruszać Emocje.
W poprzednim tekście poświęciłem osobny, obszerny tekst znakomitemu albumowi „Splat!” Deep Purple, dlatego tym razem zostawię go niejako na boku. Nie dlatego, że przestał mi towarzyszyć – wręcz przeciwnie. To jedna z płyt, do których wracam od kilku dni niemal codziennie. Jednak ostatni okres przyniósł jeszcze kilka wydawnictw, które zasługują na równie uważne wysłuchanie. Są wśród nich albumy legend, Artystów od dawna obecnych na scenie, ale także twórców, którzy przypominają, że muzyka wciąż potrafi zaskakiwać świeżością.
Największym zaskoczeniem okazał się dla mnie nowy album Lucindy Williams „WORLD'S GONE WRONG”.
Lucinda od ponad czterech dekad pozostaje jedną z najważniejszych postaci amerykańskiej sceny americana. Trudno jednak zamknąć ją w jednej szufladce. Jest w niej poetka, pieśniarka folkowa, blueswoman, rockowa buntowniczka i kronikarka zwykłego życia. Jej twórczość od zawsze wymykała się prostym definicjom i podobnie jak Bob Dylan czy Neil Young, nigdy nie przejmowała się modami. Nagrywała przede wszystkim to, co czuła. Nowa płyta jest tego najlepszym dowodem.
Pierwsze dźwięki pokazują, że nie będzie to grzeczna podróż przez krainę country. Przesterowane gitary, soczyste riffy i ciężko pracująca sekcja rytmiczna nadają albumowi zaskakująco rockowy charakter. Nie ma tu miejsca na cukierkową amerykańską prowincję. Jest za to kurz dróg, zmęczone twarze ludzi wracających z pracy, bary pachnące piwem i dymem papierosowym oraz codzienność, która nie zawsze daje powody do optymizmu. Lucinda śpiewa o ludziach prawdziwych, takich, których mijamy każdego dnia. O ich lękach, rozczarowaniach, miłości i zmęczeniu. To właśnie ta zwyczajność sprawia, że jej piosenki mają niezwykłą siłę.
Szczególnie urzeka mnie bluesowy charakter albumu. Choć Williams od lat funkcjonuje pod szyldem americana, w głębi duszy zawsze była blueswoman. Słychać to zwłaszcza w „Black Tears”, gdzie klasyczna dwunastotaktowa forma staje się wehikułem przenoszącym słuchacza prosto do Delty Mississippi. Nie chodzi jednak o odtwarzanie historii. Lucinda opowiada współczesny świat językiem bluesa.
Pięknym ukłonem w stronę muzycznych korzeni jest także interpretacja „So Much Trouble In The World” Boba Marleya z udziałem Mavis Staples. Reggae spotyka się tutaj z amerykańskim soulem i bluesem, tworząc niezwykle naturalną całość.
To album dla ludzi, którzy wierzą, że muzyka może opowiadać o życiu bez udawania.
Równie wielką przyjemność sprawiło mi odkrywanie płyty Joanny Pilarskiej „WHO'S THAT GIRL”.
To jedna z tych płyt, które nie próbują nikogo olśnić efekciarstwem. "WHO'S THAT GIRL" po prostu uwodzi.
Joanna Pilarska imponuje przede wszystkim kulturą śpiewania. Nie epatuje możliwościami głosu, nie szuka taniego dramatyzmu. Każde słowo ma znaczenie, a każda fraza jest przemyślana. Słychać tu ogromną dojrzałość artystyczną.
Na albumie blues spotyka się z singer-songwriter'em, jazzem i subtelnym popem. Wszystko odbywa się z niezwykłą elegancją i ani przez chwilę nie miałem wrażenia stylistycznego chaosu.
Ogromna w tym zasługa znakomitych muzyków. Maciej Sobczak stworzył kompozycje pełne przestrzeni, a jego gitarowe partie znakomicie współgrają z głosem Joanny. Do tego dochodzą wybitni instrumentaliści – Jan Gałach, Bartek Szopiński czy Paweł Głowacki – nazwiska doskonale znane wszystkim miłośnikom polskiego bluesa.
Najbardziej poruszyła mnie jednak emocjonalna szczerość tej płyty. Szczególnie „More Than Stones” pozostawia słuchacza w absolutnej ciszy. To jedna z tych piosenek, które przypominają, że czasami jedno dobrze zaśpiewane zdanie znaczy więcej niż cały album pełen efektownych popisów.
Tak właśnie brzmi muzyczna dojrzałość.
Ogromne emocje wzbudził nowy album The Rolling Stones „FOREIGN TONGUES”.
Trudno uwierzyć, że zespół istniejący od ponad sześćdziesięciu lat nadal potrafi nagrywać muzykę z taką energią. To właściwie fenomen. Większość legend rocka od dawna odcina kupony od własnej historii. Stonesi wciąż ją dopisują.
„FOREIGN TONGUES” jest płytą bardziej różnorodną od „Hackney Diamonds”. Andrew Watt ponownie wydobył z zespołu ogromną energię, ale tym razem pozwolił muzykom znacznie odważniej eksperymentować. Rock'n'roll miesza się z soulem. Country spotyka funk, disco sąsiaduje z bluesem. A wszystko pozostaje stuprocentowo... stonesowskie. To największa siła tego zespołu. Bez względu na to, jakie gatunki wykorzystuje, po kilku sekundach wiadomo, kto gra.
Keith Richards nadal wycina swoje charakterystyczne, pozornie niedbałe riffy, których nie sposób pomylić z nikim innym. Ron Wood pozostaje mistrzem gitarowych dialogów, a Mick Jagger... Cóż, trudno uwierzyć, że człowiek w jego wieku śpiewa z taką ekspresją. To nie jest wokalista odtwarzający dawną formę. To Artysta nadal głodny sceny.
Szczególnie zachwyca bogactwo aranżacji. Steve Winwood dodaje elegancji fortepianem i Rhodesem, Paul McCartney znakomicie odnajduje się przy gitarze basowej, a Robert Smith wnosi melancholijny odcień do jednego z utworów.
Album ma również drugie dno.
Pod pozorem piosenek o miłości kryją się komentarze dotyczące współczesnego świata, polityki i kondycji Zachodu. Mick Jagger od zawsze był świetnym obserwatorem rzeczywistości i tutaj ponownie to udowadnia. A finał z akustycznym wykonaniem „Beautiful Delilah” przypomina, że u źródeł Stonesów zawsze był blues.
Na drugim biegunie znajduje się Moonspell i płyta „FAR FROM GOD”.
Od początku swojej kariery Portugalczycy należeli do najbardziej eleganckich przedstawicieli europejskiego metalu. Nigdy nie gonili za modami. Nie próbowali być ani najbardziej brutalni, ani najbardziej przebojowi. Tworzyli własny świat. Świat pełen gotyckiej symboliki, literackich odniesień, melancholii i mroku. „FAR FROM GOD” wydaje się kwintesencją tego wszystkiego.
Fernando Ribeiro pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych wokalistów europejskiej sceny metalowej. Jego głos nie uwodzi techniczną wirtuozerią, lecz prawdziwymi emocjami. Potrafi być jednocześnie czuły i demoniczny. To niezwykle rzadka umiejętność.
Nowa płyta zachwyca także produkcją. Jaime Gomez Arellano stworzył brzmienie przestrzenne, monumentalne, ale jednocześnie bardzo selektywne. Gitary nie przykrywają orkiestracji. Smyczki nie zagłuszają sekcji rytmicznej. Każdy element ma swoje miejsce.
Szczególnie imponuje „The Great Wolf In The Sky”. To utwór, który mógłby znaleźć się obok największych klasyków Moonspell z czasów „Irreligious” czy „Sin/Pecado”. Hipnotyczny, pełen napięcia, z pięknymi partiami smyczków i niezwykle sugestywnym klimatem. Moonspell po raz kolejny udowadnia, że metal może być sztuką subtelności. Nie musi wszystko wyrażać hałasem, a czasami największą siłę ma niedopowiedzenie.
Patrząc na te albumy razem, dochodzę do wniosku, że lipiec był dla mnie miesiącem niezwykle szczerych płyt. Lucinda Williams opowiada o zwyczajnych ludziach. Joanna Pilarska mówi o emocjach z niezwykłą delikatnością. The Rolling Stones po raz kolejny udowadniają, że rock'n'roll nie zna wieku. Moonspell przypomina, że mrok również może być piękny. Jest jeszcze fajny nowy album Evanescence "SANCTUARY". A gdzieś obok nich wciąż wybrzmiewa „SPLAT!” Deep Purple – album, któremu poświęciłem osobny tekst, bo na niego po prostu nie wystarczyłoby tutaj miejsca.
Lubię takie miesiące. Takie, w których jazz uspokaja, blues leczy, hard rock dodaje energii, metal pozwala zajrzeć w najciemniejsze zakamarki ludzkiej wyobraźni, a rock'n'roll po raz kolejny udowadnia, że jest nie tyle gatunkiem muzycznym, ile sposobem patrzenia na świat.
Jeżeli więc ktoś zapytałby mnie, jak brzmiały moje ostatnie tygodnie, odpowiedziałbym bez wahania: brzmiały gitarami Keitha Richardsa, chropowatym głosem Lucindy Williams, aksamitną wrażliwością Joanny Pilarskiej, gotycką poezją Moonspell, a gdzieś w tle nieustannie wybrzmiewały riffy Deep Purple.
I trudno wyobrazić sobie lepszą ścieżkę dźwiękową tego lata.
@ak
Pozdrawiam Wrażliwością Muzycznych Zakamarków
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze