Kolejny miesiąc, który przyniósł dziesiątki nowych premier. Niestety tym razem nieliczne z nich pozostaną ze mną na dłużej. Generalnie słabo w ostatnim czasie. Moją uwagę zwróciły jedynie cztery znakomite wydawnictwa:
Tomasz Chyła Quintet – „It's Not A Fake, It's A Replica”,
Melissa Aldana – „Filin”,
Jack White – „Frozen Charlotte”
oraz The Pretty Reckless – „Dear God”.
Każdy z tych albumów powstał z zupełnie innych inspiracji i wyrasta z odmiennej muzycznej tradycji, ale wszystkie łączy twórcza odwaga, bezkompromisowość i przekonanie, że Sztuka i Muzyka wciąż mogą nas zaskakiwać.
Największym objawieniem okazał się dla mnie najnowszy album Quintetu Tomasza Chyły. Od kilku lat z ogromną satysfakcją obserwuję rozwój trójmiejskiej sceny jazzowej. To właśnie tam powstają dziś jedne z najodważniejszych projektów w polskiej muzyce improwizowanej. Immortal Onion czy Quantum Trio udowadniają, że jazz XXI wieku nie musi być zamknięty w akademickich ramach. Tomasz Chyła należy do grona Artystów, którzy współtworzą tę fascynującą rewolucję.
Od debiutanckiego „Eternal Entropy” było jasne, że Chyły nie interesuje granie bezpieczne. Każda kolejna płyta była osobnym muzycznym światem, zbudowanym według własnych zasad. „It's Not A Fake, It's A Replica” idzie jednak jeszcze dalej. To już nie tylko jazz. To rock progresywny, fusion, momentami niemal stoner metal, chwilami free jazz, a wszystko spaja niezwykle świadoma kompozycja i znakomita improwizacja.
Skrzypce Tomasza Chyły nie brzmią jak instrument kojarzony z filharmonią. Są agresywne, chropowate, momentami wręcz brutalne. Potrafią ciąć przestrzeń niczym przesterowana gitara elektryczna. W tym aspekcie skrzypek przypomina mi nie tylko Nigela Kennedy'ego w jego najbardziej rockowych wcieleniach, ale także Davida Crossa z klasycznego składu King Crimson. I właśnie duch King Crimson unosi się nad tą płytą niezwykle wyraźnie. Słychać go w monumentalnych konstrukcjach kompozycji, gwałtownych zmianach dynamiki, nieoczywistych metrach i umiejętności budowania napięcia. Chyła jednak nie kopiuje mistrzów, korzysta tylko z ich odwagi.
Najbardziej imponuje sposób, w jaki zespół operuje emocjami. Potężne, niemal metalowe ściany dźwięku potrafią w jednej chwili ustąpić miejsca delikatnym, niemal kameralnym fragmentom. Te kontrasty sprawiają, że cały album żyje.
Ogromne brawa należą się całemu zespołowi. Krzysztof Hadrych znakomicie uzupełnia lidera, tworząc gitarowe pejzaże balansujące między jazzem a progresywnym rockiem. Emil Miszk po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najwybitniejszych polskich trębaczy swojego pokolenia. Sekcja rytmiczna Konrada Żołnierka i Sławka Koryzny pracuje z precyzją szwajcarskiego zegarka, ale jednocześnie pozostawia ogromną przestrzeń dla improwizacji. To album niezwykle wymagający i nie daje się poznać po jednym odsłuchu - właśnie dlatego chce się do niego wracać.
To jedna z najważniejszych polskich płyt jazzowych ostatnich lat. Przynajmniej dla mnie.
Po tak intensywnej muzycznej podróży znakomicie działa spotkanie z zupełnie innym światem, jaki stworzyła Melissa Aldana na albumie „Filin”.
To płyta zbudowana z ciszy, z oddechu i z niedopowiedzeń. Melissa Aldana od kilku lat należy do absolutnej światowej czołówki saksofonistów tenorowych. Jej droga była imponująca – od Santiago de Chile, przez Berklee College of Music, aż po zwycięstwo w prestiżowym Thelonious Monk International Jazz Competition, które otworzyło jej drzwi do światowej kariery. Nieprzypadkowo dziś nagrywa dla legendarnej Blue Note Records, wytwórni będącej od ponad osiemdziesięciu lat symbolem najwyższej jakości jazzu.
„Filin” różni się jednak od wcześniejszych albumów Artystki. Nie ma tutaj ekspansywnej nowoczesności, nie ma potrzeby imponowania techniką. Jest za to niezwykła elegancja.
Inspiracją stała się kubańska tradycja filin – romantycznych pieśni wyrosłych z bolera, jazzu i muzyki popularnej lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Tytuł – będący fonetycznym zapisem angielskiego słowa „feeling” – doskonale oddaje charakter tej muzyki. Tutaj najważniejsze są emocje.
Melissa gra na tenorze niezwykle oszczędnie, bez popisów. Dźwięki są głębokie, aksamitne tony przypominają największych mistrzów instrumentu.
Fantastycznie odnajduje się obok niej Gonzalo Rubalcaba. Kubański pianista należy przecież do najwybitniejszych pianistów jazzowych ostatnich dekad, a mimo to ani przez chwilę nie próbuje zdominować całego nagrania. Jego fortepian stał się tutaj subtelnym komentarzem do melodii saksofonu.
Zresztą cały kwartet zachwyca kulturą grania. Peter Washington jest jednym z najbardziej cenionych kontrabasistów amerykańskiego jazzu, a Kush Abadey gra z niezwykłą delikatnością, często wykorzystując miotełki zamiast pałek. Gościnny udział Cecile McLorin Salvant dodaje albumowi jeszcze więcej klasy, a jej głos brzmi jak wspomnienie dawnych klubów Hawany.
„Filin” szybko zdobył mnie swoim pięknem.
Zupełnie inaczej działa Jack White. Jeżeli Melissa Aldana maluje akwarelą, Jack White używa palnika.
„Frozen Charlotte” pokazuje Artystę, który przypomniał sobie, dlaczego zakochaliśmy się w nim jeszcze w czasach The White Stripes.
Po eksperymentalnych albumach ostatnich lat White wraca do korzeni: do garażowego rocka, do bluesa, do brudnych gitar i do spontaniczności. To właśnie spontaniczność jest największym bohaterem tej płyty.
Jack White od zawsze był jednym z najbardziej kreatywnych gitarzystów swojego pokolenia. Potrafi czerpać z tradycji Roberta Johnsona, Jimmy'ego Page'a, Detroit Rock City, punka, country czy nawet hip-hopu, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Na „Frozen Charlotte” robi to z niezwykłą swobodą. Poszczególne utwory kipią pomysłami. Co chwilę pojawiają się nowe riffy, zaskakujące harmonie, zwariowane partie Hammonda i charakterystyczny, lekko histeryczny wokal White'a.
A jednak nic nie sprawia wrażenia przekombinowanego. To wciąż rock'n'roll - tyle, że XXI wieku.
Ogromnie podoba mi się również produkcja. Jack White od lat pozostaje zwolennikiem analogowego brzmienia. Nie wygładza muzyki komputerami. Pozostawia drobne niedoskonałości, dzięki którym album oddycha. Tak właśnie brzmi prawdziwy rock - nie sterylnie i nie idealnie, za to autentycznie.
Na zakończenie zostawiłem album The Pretty Reckless – „Dear God”. Taylor Momsen od dawna przestała być postrzegana wyłącznie jako była aktorka. Dziś jest jedną z najbardziej charyzmatycznych wokalistek współczesnego hard rocka i nowa płyta tylko to potwierdza.
„Dear God” jest albumem bardzo osobistym. Powstawał długo, dojrzewał razem z emocjami jego autorki. Trudne doświadczenia ostatnich lat odcisnęły na nim wyraźne piętno. Słychać to niemal w każdym utworze.
Taylor śpiewa z ogromnym zaangażowaniem. Potrafi być delikatna i krucha, by za chwilę eksplodować gniewem. Jej głos przypomina momentami Janis Joplin, innym razem Ann Wilson z Heart, a kiedy indziej przywołuje skojarzenia z młodym Ozzym Osbournem.
Muzycznie zespół porusza się pomiędzy klasycznym hard rockiem, grunge'em, rockiem alternatywnym i amerykańskim heavy rockiem lat dziewięćdziesiątych. Słychać inspiracje Soundgarden, Alice In Chains czy Led Zeppelin, ale nie są to zapożyczenia. To raczej świadome rozmowy z historią rocka.
Ogromnym atutem płyty jest jej przebojowość. Pomimo ciężkich tematów i mocnego brzmienia niemal każda kompozycja posiada zapamiętywalny refren, a to niełatwa sztuka. The Pretty Reckless udaje się ona znakomicie.
Nic dziwnego, że zespół był zapraszany na trasy koncertowe AC/DC i The Rolling Stones. Takie rekomendacje nie biorą się z przypadku (słyszałem i widziałem ich przed AC/DC - byli znakomici na żywo).
Kiedy patrzę na te cztery albumy razem, widzę niezwykle ciekawy obraz współczesnej muzyki.
Tomasz Chyła pokazuje, że polski jazz należy dziś do najodważniejszych w Europie. Melissa Aldana przypomina, że piękno najczęściej rodzi się z prostoty. Jack White udowadnia, że rock'n'roll wciąż potrafi być dziki, nieprzewidywalny i świeży. Natomiast The Pretty Reckless przekonują, że klasyczny hard rock nadal ma wiele do powiedzenia, jeśli stoi za nim prawdziwa pasja.
Właśnie za takie płyty kocham muzykę. Nie próbują nikomu schlebiać, nie gonią za modą i nie powstają po to, by zapełnić streamingowe playlisty.
Powstają dlatego, że ich twórcy mieli coś ważnego do powiedzenia. A kiedy Artyści mówią szczerze, słuchacz zawsze to usłyszy.
@ak
Pozdrawiam Bezkompromisowością Muzyki
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze