Doczekałem się wreszcie (oczekiwałem z niepokojem) kolejnego albumu Deep Purple, zespołu, który ponownie odcina się od spekulacji czy to aby na pewno ostatni. "Splat!" nie brzmi jak tytuł dzieła, które ma zamknąć pewien rozdział, wręcz przeciwnie. Przypomina żart rzucony mimochodem, dźwięk rozbitego komara na przedniej szybie samochodu, jak z uśmiechem tłumaczył Don Airey. Słowo krótkie, zabawnie absurdalne, a jednak właśnie ono stało się tytułem albumu grupy, która od ponad pół wieku uczy świat, że rock nie potrzebuje pompatyczności, aby mówić o sprawach najważniejszych. Bo pod tą pozorną lekkością kryje się coś znacznie poważniejszego. Pięciu Muzyków spotkało się ponownie w studiu nie po to, by odcinać kupony od własnej legendy, by jeszcze raz odegrać stare role czy udowadniać światu, że wciąż potrafią zagrać „Smoke on the Water”. To byłoby zbyt łatwe, zbyt przewidywalne i po prostu nudne. Spotkali się dlatego, że nadal mają coś do powiedzenia. A to we współczesnym świecie muzyki zdarza się zaskakująco rzadko.
Nashville. Miasto kojarzone przede wszystkim z muzyką country, ale od dawna będące jednym z najważniejszych miejsc nagrywania płyt na świecie. To właśnie tutaj, w studiu producenta Boba Ezrina, rozpoczęła się kolejna podróż Deep Purple. Don Airey wspominał, że właściwie... niewiele pamięta z samego nagrywania. Najpierw odbyły się dwie twórcze sesje w Düsseldorfie, podczas których Muzycy improwizowali, bawili się riffami, podrzucali sobie pomysły. Dopiero później zaczęły rodzić się konkretne utwory. To niezwykłe, że po tylu dekadach kariery Purple wciąż pracują właśnie w taki sposób. Nie przychodzą do studia z gotowymi kompozycjami zapisanymi od pierwszego do ostatniego taktu. Pozwalają muzyce rodzić się podczas jamu, improwizacji, gdzie najczęściej decyduje przypadek. Nagrywali ponownie w sposób, który od początku definiował ten zespół i tak, jak powstawały największe albumy lat siedemdziesiątych.
Pięć tygodni pracy. Dwa tygodnie dopracowywania materiału. Trzy tygodnie nagrań. Bob Ezrin ponownie stanął za konsoletą. Kanadyjski producent udowodnił już wcześniej, że doskonale rozumie współczesne Deep Purple. Nie próbował zmieniać ich w zespół z 1972 roku, nie zamknął w muzeum rocka i nie odtwarzał dawnych brzmień niczym konserwator zabytków. Pozwolił Legendzie oddychać pełną piersią. Wiedział, kiedy zostawić muzyków samych sobie, kiedy powiedzieć jedno zdanie. I właśnie z takiego jednego zdania narodziło się np. "SACRED LAND".
Don Airey opowiadał, że pewnego dnia przyszedł do studia wcześniej i czekając na resztę zespołu zaczął bawić się MiniMoogiem. Kilka przypadkowych dźwięków, melodia przypominająca szkockie dudy. Nic wielkiego. Przynajmniej tak mu się wydawało. Bob Ezrin usłyszał to z drugiego końca studia i stwierdził, że to, co usłyszał, było świetne. Airey nawet nie pamiętał, co przed chwilą zagrał. Na szczęście producent zdążył wszystko nagrać.
Największą zmianą ostatnich lat pozostaje jednak Simon McBride. Przyjście irlandzkiego gitarzysty okazało się czymś znacznie więcej niż tylko zastąpieniem Steve'a Morse'a. Zmieniła się energia, napięcie, a nawet sposób, w jaki muzycy patrzą na siebie podczas grania. Don Airey powiedział wprost, że Simon przebudził zespół. To mocne słowa, ale wystarczy posłuchać "Splat!", aby zrozumieć, że nie są przesadą.
McBride nie naśladuje Blackmore'a, nie kopiuje Morse'a, ale najważniejsze jest to, że nie próbuje budować pomnika samemu sobie. Gra tak, jakby od zawsze był członkiem Deep Purple. Jego riffy mają ciężar współczesnego hard rocka, a solówki momentami ocierają się o metalową ekspresję nigdy nie przesłaniając utworów. Nie są pokazem techniki, ale pięknie opowiadają. To właśnie m.in. dzięki temu na albumie czuć niezwykłą świeżość.
Jest jeszcze atmosfera i chemia pomiędzy kumplami i przyjaciółmi, bo takimi bez wątpienia są muzycy Purpury. W historii grupy nie brakowało konfliktów. Bywały lata, gdy spotkanie dwóch członków zespołu w jednym pomieszczeniu przypominało eksperyment chemiczny z niebezpieczeństwem natychmiastowej eksplozji. Dzisiaj jest inaczej. Nie muszą już nikomu niczego udowadniać i nie walczą o miejsce na plakacie, bo nie konkurują ze sobą. Słuchają siebie nawzajem. To słychać od pierwszych minut "SPLAT!". Nagrało go nie pięciu wirtuozów, ale Zespół.
Największym zaskoczeniem jest jednak fakt, że ta płyta nie brzmi jak album ludzi, którzy wspominają młodość. Brzmi jak album nagrany przez muzyków, którzy nadal są ciekawi świata. A przecież mogliby nagrać jeszcze jedną bezpieczną płytę pełną sprawdzonych riffów. Mogliby zagrać dokładnie to, czego oczekują fani.
Mogliby.
Ale nie zrobili tego.
Na "SPLAT!" klasyczny hard rock spotyka się z jazzem, muzyką celtycką, orientem, bluesem, muzyką baroku, beatlesowską melodyjnością, a nawet subtelnymi wpływami progresywnego rocka. To nie jest eksperyment dla eksperymentu. To naturalna konsekwencja drogi, którą Deep Purple idzie od końca lat sześćdziesiątych. Nigdy nie byli zespołem zamkniętym w jednej estetyce. Od zawsze fascynowało ich to, co znajduje się za kolejnym muzycznym zakrętem. Słuchając "SPLAT!" trudno oprzeć się wrażeniu, że nie uczestniczymy w spotkaniu z legendą, ale z zespołem, który nadal wierzy, że następny riff może okazać się lepszy od poprzedniego. To bardzo rzadka cecha. Może nawet najrzadsza. Prawdziwa młodość bowiem nie polega na wieku, ale na zachowaniu ciekawości. Deep Purple najwyraźniej nigdy jej nie utraciło.
Kiedy z głośników wybrzmiewa pierwszy, gwałtowny akord otwierającego album „ARROGANT BOY”, staje się jasne, że będziemy mieli do czynienia z niezwykłą energią. Pierwsze uderzenie. Deep Purple przypomina od razu, czym naprawdę jest hard rock. Nie rozkręcają się powoli, nie badają terenu. Na "SPLAT!" nie ma takiej kurtuazji. Drzwi zostają wyważone od razu. Pierwszy riff i wszystko wiadomo... "ARROGANT BOY" jest jak wystrzał startera. Simon McBride nie szuka ozdobników i nie próbuje imponować szybkością ani liczbą dźwięków. Buduje riff ciężki, sprężysty i niezwykle melodyjny zarazem. Ma w sobie coś z dawnych czasów "Machine Head", ale jednocześnie brzmi współcześnie. Jest bardziej mięsisty, bardziej agresywny, momentami niemal metalowy. To właśnie tutaj słychać największą zmianę, jaka dokonała się w Deep Purple od chwili przyjścia irlandzkiego gitarzysty. Steve Morse był architektem, McBride jest wojownikiem. Jego gitara nie konstruuje. Atakuje. Nie samotnie oczywiście. Niemal natychmiast odpowiada jej Don Airey i wtedy zaczyna się coś, co od ponad pół wieku stanowi znak firmowy Deep Purple - dialog. Nie gitara z akompaniamentem, nie klawisze w tle, ale dwóch równorzędnych partnerów.
To tradycja sięgająca czasów pojedynków Jona Lorda z Ritchiem Blackmore'em. Airey doskonale rozumie tę spuściznę, ale nie próbuje kopiować Lorda. Od wielu lat ma swój styl. Hammond brzmi dostojnie, chwilami wręcz brutalnie, po czym ustępuje miejsca błyskotliwym ozdobnikom, które dodają utworowi niepohamowanej energii.
Sekcja rytmiczna?
Roger Glover i Ian Paice robią to, co potrafią najlepiej. Nie dominują - napędzają. Jak za dawnych starych czasów! Paice wciąż imponuje niezwykłą lekkością gry. Nie musi bombardować słuchacza podwójną stopą ani popisywać się skomplikowanymi przejściami. Każde jego uderzenie, każdy akcent popycha muzykę do przodu. To właśnie odróżnia wielkich perkusistów od bardzo dobrych.
A nad tym wszystkim unosi się Ian Gillan. Nie śpiewa jak siedemdziesięciolatek próbujący naśladować samego siebie. Śpiewa jak człowiek, który zaakceptował upływ czasu. Jego głos nie ma już tej drapieżnej wysokości z lat siedemdziesiątych, zyskał jednak coś znacznie cenniejszego. Charakter.
Każde słowo brzmi wiarygodnie. Każda fraza niesie doświadczenie człowieka, który widział świat z perspektywy stadionów, klubów, hoteli i tysięcy kilometrów dróg. "ARROGANT BOY" nie jest więc tylko otwarciem albumu. To deklaracja. Deep Purple nadal potrafi uderzyć z siłą, której mogliby pozazdrościć muzycy o pół wieku młodsi.
"DIABLO"
Jeżeli pierwszy utwór był ciosem prostym, "DIABLO" okazuje się znacznie bardziej wyrafinowany. Riff kołysze, nie pędzi, raczej hipnotyzuje i jest w nim coś niepokojącego. Coś, co przypomina jazdę nocą przez miejsce, którego nazwa od dawna budzi złe skojarzenia. Gillan jak zwykle pozostawia przestrzeń do interpretacji. Czy Diablo jest konkretnym miejscem czy stanem umysłu? A może metaforą? Czy może wszystkim jednocześnie? Od lat właśnie tak buduje swoje teksty, aby nigdy nie prowadzić słuchacza za rękę. Każe szukać w słowach, zwrotach i wyrażeniach. Don Airey trafnie zauważył, że piosenki Deep Purple przypominają kolorowanki. Najpierw widzimy tylko liczby, a kiedy nakładamy na poszczególne pola kolory, dopiero wtedy zaczyna wyłaniać się obraz.
Muzycznie "DIABLO" zachwyca niezwykłą przestrzenią. Gitara Simona McBride'a prowadzi fascynujący dialog z gościnnie pojawiającym się Keithem Urbanem. Nie jest to pojedynek ego, a "rozmowa". Dwóch gitarzystów mówi różnymi językami, ale dochodzi do wspólnego celu. Jednocześnie Hammond Dona Aireya nie pozwala zapomnieć, że to wciąż Deep Purple. Jego partie są pełne ognia i jednocześnie niezwykle eleganckie. Wspólnie z pozostałymi instrumentami tworzą wspanialą atmosferę. Właśnie takie momenty pokazują, dlaczego Bob Ezrin jest dziś idealnym producentem dla tego zespołu.
"THE RIDER" - jeden z najbardziej przewrotnych utworów na albumie.
Tytuł chyba trochę wprowadza w błąd. Don Airey przyznał, że początkowo wyobrażał sobie samotnego jeźdźca przemierzającego amerykańskie prerie. Tymczasem Gillan opowiada o... riderze koncertowym. O wymaganiach gwiazd, absurdach tras koncertowych, o świecie, w którym lista życzeń bywa dłuższa od setlisty. Ale nie jest to satyra pełna złośliwości. To raczej ironiczny uśmiech człowieka, który od sześćdziesięciu lat obserwuje przemysł muzyczny od środka. Gillan nie szydzi. Po prostu pokazuje zdziwienie. Bo Deep Purple wychowało się w czasach, kiedy wystarczyły gitary, wzmacniacze i autobus. Muzycznie utwór ponownie zachwyca klawiszami. Don Airey właściwie prowadzi narrację. Jego instrument nie towarzyszy gitarze, ale to gitara odpowiada klawiszom.
Utwór pełen ruchu, dialogu i oddechu.
"THE LUNATIC"
Chyba najbardziej tajemniczy fragment pierwszej części albumu. Pierwsze takty wyprowadzają słuchacza poza świat zachodu, chociaż nie ma tu oczywistych cytatów z muzyki Bliskiego Wschodu. Jest natomiast specyficzna atmosfera. Metrum 7/4 sprawia, że grunt nieustannie usuwa się spod nóg. Muzyka zmusza do czujności i właśnie o to chodzi. Tylko wielki Muzyk potrafi sprawić, że nieregularny rytm brzmi naturalnie. "The Lunatic" pokazuje również jedną z największych zalet współczesnego Deep Purple. Odwagę. Ilu wykonawców z ponad pięćdziesięcioletnim dorobkiem zdecydowałoby się umieścić na swojej płycie utwór oparty na metrum 7/4? Większość wybrałaby bezpieczniejsze rozwiązania. Deep Purple nigdy nie należał do większości. Gillan buduje tutaj jedną ze swoich najbardziej niejednoznacznych historii. Jak zwykle balansuje między rzeczywistością a metaforą. Między humorem a niepokojem. Między szaleństwem świata a szaleństwem jednostki. Nie wiadomo, kto jest tytułowym szaleńcem i chyba właśnie dlatego utwór działa tak mocno. Bo każdy może odnaleźć w nim własne odbicie.
Po czterech pierwszych utworach trudno oprzeć się jednemu wrażeniu: Deep Purple nie wraca do dawnej formy. To określenie byłoby zbyt proste. Zespół stworzył nową formę. Taką, która pamięta o własnej historii, ale nie pozwala się przez nią ograniczać. McBride wniósł do zespołu świeżą krew. Airey udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych klawiszowców rockowych swojego pokolenia. Paice i Glover pozostają fundamentem, na którym można budować wszystko. Gillan natomiast raz jeszcze przypomniał, że największe teksty nie odpowiadają na pytania. One je zadają. Zresztą Ian Gillan niemal zawsze zamieniał teksty w małe opowiadania pełne ironii, groteski i egzystencjalnych pytań. Przyznaję , że w tym momencie płyty czułem, że zespół zdaje się mówić: „wciąż potrafimy grać hard rock lepiej niż większość młodszych zespołów”. Tak, zgadzam się z tym zdecydowanie!
I właśnie wtedy, gdy wydaje się, że album pokazał już wszystkie swoje atuty, Deep Purple otwiera przed słuchaczem kolejne drzwi, a za nimi czekają szkocka mgła, celtyckie melodie, jazzowe oddechy, blues, Bach i jeszcze więcej muzycznych niespodzianek.
"THE ONLY HORSE IN TOWN"
Pierwsze dźwięki pokazują, że ciężar nie zawsze oznacza tylko i wyłącznie hałas. Tutaj nie riff jest najważniejszy, ale atmosfera. Don Airey otwiera przestrzeń subtelnymi partiami fortepianu i klawiszy, które prowadzą słuchacza niczym narrator starego filmu drogi. Simon McBride nie próbuje zdominować kompozycji. Wręcz przeciwnie – gitara współpracuje razem z klawiszami, pozostawiając miejsce na ciszę. A cisza w muzyce Deep Purple od zawsze była równie ważna jak najgłośniejsze akordy. To utwór niezwykle filmowy.
Można zamknąć oczy i zobaczyć szerokie równiny, opustoszałe miasteczko, samotnego jeźdźca znikającego na horyzoncie. Tytuł zdaje się prowokować takie skojarzenia, ale jak zwykle u Gillana nic nie jest dosłowne. „Jedyny koń w mieście” może oznaczać samotność. Może mówić o człowieku, który nie pasuje do otoczenia. O kimś, kto idzie własną drogą, nawet jeśli wszyscy wybrali inną.
Czyż nie jest to także metafora samego Deep Purple? Zespołu, który od ponad pół wieku nigdy nie próbował dopasować się do mód.
Muzycznie zachwyca subtelność. Roger Glover prowadzi bas z niezwykłą elegancją, Ian Paice nie narzuca tempa, lecz pozwala muzyce płynąć. To jeden z tych utworów, które udowadniają, że siła zespołu nie tkwi wyłącznie w głośności i zadziorności.
"SACRED LAND"
Jeżeli na "SPLAT!" istnieje kompozycja, którą można nazwać sercem albumu, to właśnie ona. Jej narodziny są niemal baśniowe.
Don Airey przyszedł do studia wcześniej. Dla zabicia czasu - jak wspomniałem na początku - zaczął bawić się MiniMoogiem, ustawiając brzmienie przypominające szkockie dudy. Zagrał prostą melodię. Nawet nie zwrócił na nią większej uwagi.
Bob Ezrin zwrócił. Nagrał ją i powiedział: „To początek czegoś większego”. Tak przypadek stał się Sztuką. To piękna lekcja dla wszystkich twórców. Nie każda wielka kompozycja rodzi się przy przysłowiowym biurku. Czasem wystarczy chwila swobodnej zabawy, by pojawiła się iskra. Sam utwór jest jednym z najbardziej niezwykłych momentów w całej późnej twórczości Deep Purple.
Celtycka melodia nie jest tutaj egzotyczną ozdobą. Stanowi fundament kompozycji. Gillan, którego ojciec był Szkotem, sięga do historii swojego dziedzictwa. Opowiada o dwóch wojownikach stojących po przeciwnych stronach konfliktu, którzy ostatecznie odkrywają, że więcej ich łączy niż dzieli. To piękna przypowieść nie tylko o Szkocji, ale o świecie, o ludziach i bezsensie niekończących się sporów.
Muzyka doskonale współgra z tą opowieścią. Hammond miesza się z MiniMoogiem, gitara Simona rozwija ludowy motyw. Ian Paice gra z niezwykłym wyczuciem, pozostawiając przestrzeń dla melodii. Kolejny utwór, który pokazuje, że Purpurowi nigdy nie bali się emocji.
"THE BEATING OF WINGS"
Po monumentalnym „SACRED LAND” zespół zaskakuje po raz kolejny. Tutaj pojawia się coś, czego wielu słuchaczy mogło się nie spodziewać. Jazz. Może nie w dosłownym znaczeniu, bardziej jako sposób myślenia i podejścia do rytmu. Frazy nie są oczywiste. Muzycy zostawiają sobie miejsce na dialog, a największe wrażenie robi bluesowa solówka Simona McBride'a. Właśnie tutaj McBride pokazuje po mistrzowsku, że nie jest jedynie gitarzystą dysponującym imponującą techniką, ale muzykiem, który rozumie, że najważniejsze nie jest to, ile nut zagra, tylko co one znaczą i ile w nich emocji.
Gillan natomiast pozostaje mistrzem budowania tajemnicy. Tytuł – „Bicie skrzydeł” – może oznaczać nadzieję, przemijanie, nieuchwytność życia. Jak zwykle tekst otwiera drogę do interpretacji.
"GUILT TRIPPIN'" - to jeden z najbardziej przewrotnych utworów na albumie. Tytuł sugeruje grę słów - poczucie winy, podróż, manipulację, psychologiczne pułapki. Powtórzę się po raz kolejny - Gillan znowu tworzy opowieść, która wymyka się prostym interpretacjom.
Muzycznie uwagę przyciąga Don Airey. Klawinet Hohnera, zakupiony przypadkiem podczas pobytu w Nashville, okazuje się prawdziwym bohaterem kompozycji. Instrument z 1964 roku wnosi do muzyki szorstkość i funkowy puls, którego wcześniej na płytach Deep Purple nie było słychać w takiej formie. Airey opowiadał, że zakochał się w jego brzmieniu od pierwszego wejrzenia. Słychać to. Nie używa go jedynie jako ciekawostki. Buduje na nim charakter całego utworu.
Simon McBride odpowiada krótkimi, pełnymi energii frazami gitarowymi, Roger Glover z Ianem Paice'em tworzą pulsującą podstawę, a całość nabiera niemal tanecznego charakteru. To zaskakujące, ale właśnie dzięki takim momentom "SPLAT!" ani przez chwilę nie staje się przewidywalny.
"SCRIBLIN' GIB'RISH" to jeden z najcięższych utworów na całej płycie - powolny, niepokojący. Riff Simona McBride'a zdaje się pełzać niczym ciężkie chmury zwiastujące burzę. Gitara buduje monumentalny mur dźwięku, a Ian Paice i Roger Glover sprawiają, że każdy takt nabiera niemal hipnotycznego ciężaru. To Deep Purple odwołujące się do swoich najbardziej riffowych korzeni, ale nie brzmiące archaicznie. Wręcz przeciwnie. Brzmienie jest współczesne, selektywne, pełne przestrzeni. Bob Ezrin po raz kolejny udowadnia, że rozumie ten zespół doskonale. Nie wygładza muzyki. Nie odbiera jej surowości. Pozwala decydować instrumentom oraz ich właścicielom.
Gillan zdaje się prowadzić monolog człowieka obserwującego świat, w którym coraz więcej słów traci znaczenie. Tytułowe „bazgroły” stają się symbolem informacyjnego chaosu, hałasu, w którym prawda coraz częściej ginie pod lawiną przypadkowych komunikatów. Czyż nie jest to trafny obraz naszych czasów?
"JESSICA'S BRA"
Po ciężarze poprzedniej kompozycji zespół uśmiecha się do słuchacza. To utwór pełen przewrotnego humoru. Ian Gillan od zawsze uwielbiał absurd. Wystarczy przypomnieć jego dawne teksty, w których codzienność mieszała się z groteską, a powaga z ironią. „JESSICA'S BRA” doskonale wpisuje się w tę tradycję. Muzycznie pojawia się tutaj lekkość, której wcześniej na albumie było niewiele. Niektórzy dostrzegą beatlesowską melodyjność i trudno się z tym nie zgodzić. Nie chodzi o kopiowanie, ale o sposób budowania refrenu. O prostotę i naturalność melodii.
The Beatles są tutaj obecni niczym duch unoszący się nad całym brytyjskim rockiem. Don Airey słusznie zauważył, że nikt nigdy nie dorówna kwartetowi z Liverpoolu, ale każdy brytyjski muzyk nosi ich gdzieś w swojej muzycznej pamięci. Deep Purple również i nie ma w tym nic złego.
"THIRD CALL"
To może być najbardziej niedoceniony fragment albumu. Utwór nie próbuje zwrócić na siebie uwagi, a jednak właśnie dzięki swojej oszczędności pozostaje w pamięci - przynajmniej dla mnie jeden z najlepszych. Buduje napięcie spokojnie i konsekwentnie.
Gitara McBride'a jest niezwykle powściągliwa, a Don Airey dodaje subtelne, delikatne barwy. Roger Glover prowadzi bas z elegancją właściwą największym mistrzom instrumentu. To utwór pokazujący, że doświadczenie bywa ważniejsze od młodzieńczej brawury.
"MY NEW MOVIE"
Jeżeli na "SPLAT!" istnieje moment, który najlepiej pokazuje muzyczną erudycję Deep Purple, to właśnie tutaj. Don Airey sięga po Johanna Sebastiana Bacha. Nie po to, aby imponować i udowadniać własne wykształcenie, ale po prostu dlatego, że ta muzyka od zawsze była częścią jego świata. Motyw zaczerpnięty z kantaty "Herz und Mund und Tat und Leben" pojawia się z niezwykłą naturalnością. Nie brzmi jak cytat wklejony na siłę - jest integralną częścią kompozycji. To piękny symbol. Rock i muzyka klasyczna od dawna nie prowadzą już wojny. Od dawna rozmawiają ze sobą, a Deep Purple należał do pierwszych zespołów, które odważyły się rozpocząć ten dialog. Na "SPLAT!" wciąż go kontynuuje z ogromną klasą.
"SPLAT!" - finał - tytuł - słowo - dźwięk - żart.
Czy naprawdę oznacza jedynie odgłos komara rozbijającego się o szybę samochodu? Być może.
Ian Gillan twierdzi, że album opowiada o świecie stojącym na krawędzi. Don Airey nie postrzega go jako concept album. Roger Glover jest ze swoimi opiniami gdzieś pomiędzy nimi. I właśnie ta różnica zdań jest najpiękniejsza. Deep Purple nigdy nie narzucało interpretacji. Zawsze pozwalało słuchaczowi samemu zdecydować.
Muzycznie finał jest niezwykle przewrotny. Riff Simona McBride'a spotyka się z beatlesowską melodyjnością części środkowej skomponowanej przez Dona Aireya.
I nagle album się kończy. Bez wielkiego finału.
Po prostu milknie. Jakby mówił do mnie:
„Do zobaczenia następnym razem.”
Najłatwiej byłoby napisać, że "SPLAT!" jest znakomitym albumem jak na muzyków po siedemdziesiątce. Tyle że byłby to komplement pozorny. Bo od pierwszych minut tej płyty przestaje mieć znaczenie metryka. Liczy się wyłącznie muzyka. Przez lata przyzwyczailiśmy się patrzeć na wielkie zespoły jak na pomniki. Pomniki można jednak oglądać, a nie słuchać. Zespół nigdy nie chciał zostać pomnikiem. Nie zamknął się we własnym muzeum i nigdy nie żył wyłącznie dawnymi sukcesami.
Owszem, mógłby od trzydziestu lat grać jedynie koncerty złożone z największych przebojów. Mógłby. Publiczność i tak kupowałaby bilety.
Po co więc nagrywać nowe płyty?
Po co zamykać się w studiu?
Po co ryzykować porównania z własną legendą?
Odpowiedź jest prosta.
Bo oni nadal lubią tworzyć! Może i brzmi to banalnie, ale właśnie to odróżnia Artystów od ludzi wykonujących zawód muzyka. Twórczości nie da się udawać.
Można udawać energię, młodość, bunt. Nie można natomiast udawać prawdziwej ciekawości oraz chęci poznawania nowego. Przynajmniej zbyt długo, bo oszustwo wcześniej czy później wyszłoby na jaw.
"SPLAT!" jest albumem ludzi autentycznie ciekawych następnego dnia. Następnego riffu, kolejnego pomysłu i nowej melodii. Może właśnie dlatego Simon McBride tak doskonale odnalazł się w Deep Purple. Jego energia i chęć ciągłego rozwijania się udzieliła się wszystkim.
Don Airey wciąż potrafi zachwycić przypadkowo odnalezionym instrumentem sprzed sześćdziesięciu lat. Ian Gillan nadal pisze teksty pełne zagadek, humoru i filozoficznych pytań. Roger Glover gra z elegancją człowieka, który już niczego nie musi udowadniać. Ian Paice pozostaje sercem zespołu – jego puls jest równie pewny jak przed półwieczem.
A Bob Ezrin stworzył przestrzeń, w której ta piątka mogła być po prostu sobą.
W Kulturze często mówi się o starzeniu. Rzadziej o dojrzewaniu, a przecież to nie jest to samo. Starzenie odbiera bowiem siły - dojrzewanie daje perspektywę.
"SPLAT!" brzmi jak album Muzyków, którzy przeżyli życie, ale nie pozwolili, by życie odebrało im zachwyt nad muzyką. I jest w tym coś niezwykle wzruszającego. Największą Sztuką nie jest przetrwać sześćdziesiąt lat na scenie. Największą Sztuką jest po sześćdziesięciu latach wejść do studia z takim samym błyskiem w oczach jak wtedy, gdy nagrywało się pierwszą płytę.
To właśnie usłyszałem na "SPLAT!".
@ak
Deep Purple:
Ian Gillan – śpiew
Simon McBride – gitary
Don Airey – organy Hammonda, fortepian, MiniMoog, klawinet Hohnera, instrumenty klawiszowe
Roger Glover – gitara basowa
Ian Paice – perkusja
Producent: Bob Ezrin
Lista utworów:
ARROGANT BOY
DIABLO
THE RIDER
THE LUNATIC
THE ONLY HORSE IN TOWN
SACRED LAND
THE BEATING OF WINGS
GUILT TRIPPIN'
SCRIBLIN' GIB'RISH
JESSICA'S BRA
THIRD CALL
MY NEW MOVIE
SPLAT!
Pozdrawiam Energią Wirtuozerii
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze