Słuchając muzyki zawsze mam poczucie, że nie chodzi wyłącznie o nią. Najważniejsze są emocje, które do niej przypisujemy. Miejsca, do których nas zabiera, chwile, które dzięki niej odzyskujemy albo dopiero odkrywamy. Są albumy, które zachwycają warsztatem, są takie, które imponują rozmachem, ale tylko nieliczne tworzą własny muzyczny Świat.
Takimi płytami okazały się dla mnie w ostatnim czasie „KOSMOPOLIS” Jazzpospolitej, "FRISSON NOIR" Tarji Turunen, "NOT HOLDING BACK!" Kyle’a Rowlanda oraz "THE BOYS OF DUNGEON LANE" Paula McCartneya. Cztery zupełnie różne muzyczne języki oraz odrębne sposoby opowiadania o Człowieku. Razem tworzą jednak niezwykle spójną o Nim historię.
Najbardziej kontemplacyjną podróżą okazało się „KOSMOPOLIS” Jazzpospolitej. Od lat podziwiam ten zespół za odwagę podążania własną ścieżką. Na polskiej scenie jazzowej łatwo wpaść w pułapkę albo akademickiej perfekcji, albo eksperymentu dla samego eksperymentu. Jazzpospolita od początku unikała obu tych skrajności. Ich muzyka proponuje raczej spacer niż wyścig. Nie próbuje nikogo oszołomić, nie krzyczy i nie domaga się uwagi za wszelką cenę.
"KOSMOPOLIS" to album, który nie odsłania wszystkich kart podczas pierwszego spotkania. Trzeba poświęcić mu więcej czasu. Usiąść wieczorem przy otwartym oknie, wyłączyć telefon i pozwolić naszym myślom zwolnić. Dopiero wtedy zaczyna się magia.
Muzyka Jazzpospolitej przypomina krajobrazy oglądane przez szybę pociągu. Nic nie dzieje się gwałtownie, ale wszystko pozostaje w ruchu, a tematy powracają niczym fale. Dźwięki nakładają się na siebie jak kolejne warstwy mgły. Gitara i elektronika nie dominują, lecz budują przestrzeń, a kontrabas prowadzi narrację delikatnie i subtelnie.
Słuchając tej płyty przypominałem sobie twórczość takich artystów jak E.S.T. Esbjörn Svensson, niektóre dokonania GoGo Penguin czy bardziej medytacyjne momenty Pata Metheny'ego. Jednak Jazzpospolita nie kopiuje zachodnich wzorców. W ich muzyce są własne brzmienia, jest jakaś słowiańska melancholia i umiejętność odnajdywania piękna w "półcieniach".
„KOSMOPOLIS” nie jest albumem efektownym, ale jest albumem... nazwę go Mądrym. To różnica ogromna. W czasach, gdy coraz więcej muzyki próbuje natychmiast zdobyć uwagę słuchacza, Jazzpospolita proponuje coś odwrotnego: cierpliwość i skupienie.
Jeśli nowy album Jazzpospolitej jest muzycznym oddechem, to „FRISSON NOIR” Tarji Turunen przypomina burzę nad morzem. Od momentu, gdy opuściła Nightwish, Tarja konsekwentnie buduje własną artystyczną tożsamość. Wielu próbowało zamknąć ją w prostym określeniu „operowy głos w metalu”, ale jej solowa twórczość od dawna wykracza poza ten schemat.
"FRISSON NOIR" wydaje się kulminacją tej drogi. To album pełen kontrastów. Delikatność sąsiaduje tu z brutalnością, klasyka spotyka metal, orkiestra ściera się z ciężkimi gitarami. Światło i mrok nieustannie zmieniają miejsca.
Tarja od zawsze była mistrzynią budowania teatralnej atmosfery, ale tutaj robi to szczególnie sugestywnie. Poszczególne utwory przypominają krótkie filmy. Są w nich bohaterowie, napięcie, zwroty akcji i emocjonalne kulminacje. Niezwykle imponuje także różnorodność inspiracji. Japońskie echa, flamenco, elementy muzyki filmowej, symfoniczny rozmach, gotycka estetyka i klasyczny heavy metal tworzą wspólną opowieść.
Nie ma tu miejsca na przypadek, a każdy detal został przemyślany. Jednocześnie album nie sprawia wrażenia chłodnego czy wykalkulowanego. Wręcz przeciwnie - pulsuje życiem.
Szczególne wrażenie robi fakt, że Tarja po tylu latach kariery nadal poszukuje nowych środków wyrazu. Nie odcina kuponów od dawnych sukcesów i nie próbuje być własnym pomnikiem. Cały czas robi swoje i jednocześnie eksperymentuje. Dzięki temu pozostaje jedną z najbardziej fascynujących osobowości współczesnego rocka i metalu.
Kyle Rowland przypomniał mi, dlaczego blues nigdy się nie starzeje. „NOT HOLDING BACK!” jest albumem znakomitym!
Dzisiaj wielu wykonawców próbuje udowadniać swoją wielkość techniką. Grają szybciej, głośniej, bardziej efektownie. Kyle Rowland wybiera inną drogę. Kyle opowiada niesamowite bluesowe historie. To właśnie jest największą siłą tej płyty. Harmonijka nie pełni tu roli sportowej konkurencji. Nie chodzi o liczbę zagranych nut, a o emocje ukryte między nimi. Słychać szacunek dla tradycji chicagowskiego bluesa, dla dziedzictwa takich gigantów jak Little Walter, Sonny Boy Williamson II czy Junior Parker. Nie jest to jednak muzyka muzealna. To blues żyjący, oddychający, jednocześnie współczesny.
Najbardziej urzeka jednak dojrzałość tego materiału. Kyle nie ma potrzeby imponowania komukolwiek. Pewność wynikająca z doświadczenia, świadomość własnego głosu oraz umiejętność opowiadania historii zwykłych ludzi bez popadania w banał - to Siła Jego Muzyki.
Takie albumy nie trafiają zwykle na pierwsze strony gazet, ale właśnie to one najczęściej przetrwają próbę czasu.
I wreszcie Paul McCartney.
Co jeszcze można napisać o człowieku, który współtworzył The Beatles? Wydawałoby się, że wszystko. „THE BOYS OF DUNGEON LANE” pokazuje, że nawet po tylu dekadach Paul potrafi zaskoczyć.
To album niezwykle osobisty. Być może jeden z najbardziej osobistych w całej jego karierze. Słuchając tych utworów, ma się wrażenie uczestniczenia w rozmowie prowadzonej późnym wieczorem. Rozmowie człowieka, który widział niemal wszystko, osiągnął niemal wszystko, a mimo to nadal potrafi się dziwić światu.
Najbardziej wzrusza sposób, w jaki McCartney mówi o Pamięci. Nie ma tu patosu, rozliczeń, prób budowania pomników. Paul wyraża wdzięczność wobec ludzi, którzy pojawili się na jego drodze, wobec miasta, które go ukształtowało, miłości, która nadal nadaje sens codzienności.
Muzycznie album zachwyca bogactwem detali. Paul od zawsze był jednym z największych melodystów w historii muzyki popularnej i na tej płycie przypomina o tym niemal w każdym utworze. Melodie wydają się naturalne i proste, ale za tą prostotą kryje się profesjonalne rzemiosło. Słychać echa Beatlesów, słychać Wings, fascynacje jazzem, muzyką klasyczną, popem i rockiem.
Ale przede wszystkim słychać Paula. To najważniejsze, bo największym osiągnięciem Artysty nie jest stworzenie stylu, ale stanie się Własnym Stylem.
Te cztery albumy razem to coś więcej niż tylko kolejne muzyczne premiery. Widzę cztery etapy ludzkiej podróży. Każda jest inna i przypomina Nam o czymś innym.
Jazzpospolita przypomina o tym, byśmy częściej zwalniali w życiu. Tarja przypomina o Odwadze, Kyle Rowland mówi o Szczerości, a Paul McCartney opowiada o Pamięci.
Każda z tych płyt robi to inaczej, ale wszystkie prowadzą do podobnego miejsca — do przekonania, że MUZYKA NADAL POTRAFI BYĆ SZTUKĄ GŁĘBOKIEGO PRZEŻYWANIA ŚWIATA.
A przecież właśnie po to jej słuchamy.
@ak
Pozdrawiam Spójną Muzyczną Opowieścią
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze