Chciałbym Wam polecić mój majowy zestaw, który układa się w taką fajną opowieść o Wolności i Tożsamości, o Przeszłości i Teraźniejszości.
Zacznę od koncertowego albumu „Live” ŚLĄSKIEJ GRUPY BLUESOWEJ. Muzyka na płycie to pamięć o tych, którzy odeszli, ale także niezwykła energia tych, którzy zostali. Każda fraza, każdy dźwięk harmonijki czy gitary zdaje się mówić: jesteśmy dalej, gramy dalej, oddychamy Bluesem jak kiedyś. Te ponad sześćdziesiąt minut koncertowego zapisu Pulsuje Życiem. Nie ma tu miejsca na rutynę. Jest przestrzeń, improwizacja, porozumienie między muzykami. Klasyczne utwory brzmią znajomo, a jednocześnie świeżo. Szczególnie poruszające jest to napięcie między tradycją a teraźniejszością, między tym, co zakorzenione, a tym, co wciąż się rodzi na nowo. To właśnie w tym napięciu Blues odnajduje swoją Prawdę. Skład!!! M.in. Leszek Winder, Michał Kielak, Krzysztof Głuch, Agnieszka Łapka, Max Ziobro, a także Adam Kulisz, Joanna Kaniewska. To trzeba mieć! Niestety płyta trudno dostępna, słuchałem przez kilka dni pożyczonej i nie mogę się doczekać, kiedy uda się gdzieś kupić na własność. Ach, i jest na płycie całkiem nowy premierowy utwór!!!
Z kolei „Freedom” SUZI QUATRO to zupełnie inny rodzaj siły — nie zakorzenionej w nostalgii, lecz w pewności siebie. Suzi nie ogląda się do tyłu, choć doskonale wie, skąd przyszła. Muzyka jest manifestem Artystki, która nie musi już niczego udowadniać, a mimo to wciąż chce krzyczeć, śmiać się i grać głośno. Tu wszystko krąży wokół Wolności. Tej osobistej, wywalczonej, czasem wykrzyczanej. Gitary brzmią soczyście i pełnokrwiście, a głos Suzi niesie w sobie wieloletnie doświadczenie. Nawet kiedy muzyka skręca w stronę klasycznego rocka, jest w niej coś świeżego. Jakby energia młodości i dojrzałość spotkały się dokładnie w tym samym miejscu. To płyta, która nie tyle przypomina, czym jest rock’n’roll, ile pokazuje, że on wciąż ma sens i jest i będzie nadal popularny. I są niespodzianki !
Jeszcze inną płytą jest „Engines Of Demolition” BLACK LABEL SOCIETY — cięższą, bardziej mroczną i również z mnóstwem emocjonalnej głębi. Tutaj muzyka uderza jak wysoka fala. Najpierw przygniata ciężarem riffów, by za chwilę odsłonić coś kruchego, delikatnego i osobistego. W świecie Black Label Society surowość i melancholia idą ramię w ramię. Największe wrażenie robi umiejętność balansowania między agresją a refleksją. Z jednej strony mamy monumentalne, gęste brzmienie, z drugiej momenty wyciszenia, niemal intymne. Ballady są tu integralną częścią narracji. Przypominają, że nawet w najcięższej muzyce chodzi o emocje i relacje.
Na koniec „Filharmonia” KSU — album, który zaskakuje już samym pomysłem. Punk rock w otoczeniu instrumentów kojarzonych raczej z muzyką klasyczną mógłby wydawać się eksperymentem ryzykownym, a jednak tutaj działa! I to nie jako ciekawostka, lecz jako pełnoprawna reinterpretacja. Znane utwory, zanurzone w nowych aranżacjach, odsłaniają zupełnie inne oblicze. Nagle okazuje się, że pod punkową i rockową surowością zawsze kryła się wrażliwość, że bunt może mieć także wymiar liryczny. Smyczki, flet czy harfa nie wygładzają tej muzyki. Przeciwnie, wydobywają z niej emocje, które wcześniej były schowane pod warstwą energii i prostoty. Publiczność reagująca śpiewem i oklaskami przypomina, że to wciąż żywa muzyka, że nie została zamknięta w muzeum. To spotkanie różnych światów jest nie tyle kontrastem, co inteligentnym dialogiem. I właśnie w tym dialogu rodzi się coś nowego.
Cztery płyty, choć tak różne, mają wspólną cechę: poruszają się pomiędzy przeszłością a przyszłością, między ciężarem a lekkością, między tym, co znane nam doskonale, a tym, co dopiero odkrywamy. Polecam!!!
@ak
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze