Orhan Pamuk "Nazywam się Czerwień" - czy Artysta powinien służyć tradycji, czy sobie samemu?

Opublikowano w 2 czerwca 2026 11:06

Orhan Pamuk napisał powieść, którą trudno zamknąć w prostych kategoriach. "Nazywam się Czerwień" nie jest jedynie kryminałem historycznym, nie jest wyłącznie traktatem o Sztuce, nie jest też tylko opowieścią o miłości. To opowieść przypominająca misternie tkany perski dywan – im dłużej o niej myślę, tym więcej dostrzegam wzorów, znaczeń i ukrytych ścieżek prowadzących ku kolejnym odkryciom.

Kiedy sięgnąłem po "Nazywam się Czerwień", spodziewałem się interesującej podróży do dawnego Stambułu. Otrzymałem jednak coś znacznie bardziej ekscytującego.

Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XVI wieku w Imperium Osmańskim, w świecie miniaturzystów, kaligrafów, dworskich Artystów i uczonych, w świecie pełnym zapachu atramentu, pergaminu i tajemnic. Pamuk nie stworzył jednak zwykłej historycznej dekoracji. Dawny Stambuł oddycha tutaj pełnią życia. Słychać stukot końskich kopyt na kamiennych ulicach, nawoływania handlarzy, szum Bosforu i szepty ludzi, którzy próbują odnaleźć własne miejsce pomiędzy tradycją a nowoczesnością.

To właśnie ten konflikt wydaje mi się sercem całej książki. Pisarz opowiada bowiem nie tylko o Artystach. Opowiada o cywilizacji stojącej na rozdrożu.

Z jednej strony mamy Sztukę Islamu, w której malarz powinien być pokornym narzędziem Boga. Jego zadaniem nie jest wyrażanie własnego „Ja”, lecz wierne odtwarzanie świata zgodnie z tradycją mistrzów. Z drugiej strony pojawia się fascynacja Zachodem, renesansową perspektywą, indywidualnością twórcy i pragnieniem podpisania własnego dzieła. To spór, który w rzeczywistości trwa do dziś.

Czy Artysta powinien służyć tradycji, czy sobie samemu? Czy postęp oznacza rozwój, czy utratę czegoś bezcennego? Czy nowoczesność wzbogaca Kulturę, czy powoli rozpuszcza jej dawną duszę? Pamuk oczywiście nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego prowadzi nas przez labirynt pytań, pozwalając samodzielnie odnaleźć wyjście.

Najbardziej zachwyciła mnie jednak konstrukcja powieści. Każdy rozdział przemawia innym głosem. Mówią ludzie. Mówią zmarli. Mówi pies. Mówi drzewo. Mówi moneta. Mówi kolor czerwony.

Brzmi to jak literacki eksperyment, który mógłby łatwo zamienić się w chaos. Tymczasem Pamuk osiąga coś niezwykłego – tworzy wielogłosową symfonię. Każdy narrator wnosi własną perspektywę, własną prawdę i własne złudzenia. Dzięki temu świat przedstawiony staje się niezwykle bogaty i wielowymiarowy.

Czytając książkę, miałem chwilami wrażenie, że nie obcuję z powieścią, lecz z ogromnym muzeum, przez które przechodzę nocą samotnie z lampą w ręku. Każda sala odsłania nowy obraz, a każdy obraz kryje następną historię. Równocześnie jest to znakomity kryminał. Od pierwszych stron wiemy, że doszło do morderstwa. Ktoś zabił jednego z miniaturzystów. Rozpoczyna się śledztwo, a wraz z nim narasta napięcie. Jednak tajemnica zbrodni nie jest tutaj najważniejsza. Jest raczej pretekstem do zadawania pytań o naturę Sztuki, religii, władzy i ludzkiej ambicji.

Pamuk doskonale rozumie, że największe zagadki nie dotyczą tego, kto trzymał nóż. Największe zagadki dotyczą tego, kim jesteśmy.

Wielką siłą książki są również bohaterowie. Nie ma tu postaci jednowymiarowych. Każdy nosi w sobie sprzeczności. Każdy jest rozdarty pomiędzy pragnieniami a obowiązkami. Każdy czegoś się boi. Każdy czegoś szuka. Szczególnie poruszająca jest historia miłości między Karą a Szeküre. To nie romantyczna baśń, lecz opowieść o tęsknocie, czasie i ludzkich wyborach. Miłość nie jest tutaj triumfalnym uczuciem pokonującym wszystkie przeszkody. Jest raczej kruchym światłem migoczącym pośród politycznych intryg, rodzinnych konfliktów i niepewności życia.

Im dłużej czytałem tę książkę, tym bardziej miałem poczucie, że jej prawdziwym bohaterem jest samo patrzenie. Pamuk nieustannie pyta: Jak widzimy świat? Czy rzeczy istnieją takie, jakie są, czy takie, jakimi je postrzegamy? Czy obraz jest odbiciem rzeczywistości, czy jej interpretacją? To pytania, które prowadzą nas daleko poza historię osmańskich miniaturzystów. Dotyczą każdego człowieka. Każdego z nas, kto próbuje zrozumieć siebie i innych.

Nie sposób nie zachwycić się również językiem powieści. Jest gęsty, bogaty, pełen szczegółów. Pamuk potrafi opisywać Sztukę w taki sposób, że czytelnik niemal widzi złocenia na miniaturach, dostrzega najdrobniejsze linie pędzla i czuje ciężar wieków ukryty w kartach iluminowanych ksiąg.

To literatura, która nie goni za sensacją. Nie próbuje za wszelką cenę szokować. Wymaga skupienia, cierpliwości i uwagi. Ale odwdzięcza się hojnie.

Mam wrażenie, że "Nazywam się Czerwień" należy do tych rzadkich książek, które zmieniają sposób czytania innych książek. Po spotkaniu z Pamukiem trudniej zadowolić się powieścią powierzchowną, jednowymiarową i pozbawioną intelektualnej głębi. Ta książka przypomina bowiem, jak wielkie możliwości posiada Literatura. Może być jednocześnie opowieścią, filozofią, historią, esejem, zagadką kryminalną i poematem o ludzkim losie.

Kiedy zamknąłem ostatnią stronę, nie miałem poczucia zakończenia. Raczej wrażenie, że opuszczam niezwykłe miasto o świcie. Miasto pełne minaretów, pracowni malarskich, tajemniczych zaułków i ludzi, których głosy jeszcze długo rozbrzmiewają w pamięci. Niewiele książek potrafi dać czytelnikowi tak wiele naraz. Niewiele książek potrafi opowiadać o Sztuce, a jednocześnie same stawać się Dziełem Sztuki.

I właśnie dlatego "Nazywam się czerwień" pozostaje dla mnie jedną z najpiękniejszych powieści współczesnej literatury. Książką, która nie tylko opowiada historię, ale także uczy patrzeć. Patrzeć uważniej na obrazy, na Kulturę, na innych ludzi i wreszcie na samego siebie. A przecież właśnie takie książki zostają z nami najdłużej niczym czerwień, która po latach nie traci intensywności, lecz staje się jeszcze głębsza i bardziej przejmująca.

@ak

Pozdrawiam Siłą Wolności i Różnorodności

Rock'n'RollinLiterature Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.