Barcelona - pole walki idei, interesów i marzeń w powieści "Malarz dusz" Ildefonso Falconesa

Opublikowano w 8 czerwca 2026 20:40

Napisano sporo powieści, których niemal każda strona zostawia jakiś "osad" — czy to emocjonalny, czy intelektualny, a czasem wręcz fizyczny. „Malarz dusz” należy dla mnie właśnie do tej kategorii. Książka stawia czytelnika w samym środku konfliktu między Sztuką a Przetrwaniem, Ideałem a Głodem, Światłem a Brudem Epoki. Po przeczytaniu ostatniej strony upewniłem się, że Barcelona z przełomu XIX i XX wieku jest miastem, które przeżyło Niesamowitą Historię!

Falcones powraca do swoich ulubionych tematów: nierówności społecznych, ceny marzeń oraz tego, jak historia dosłownie mieli jednostki w swoich trybach. Tym razem jednak robi to elokwentniej, bardziej intymnie niż w „Katedrze w Barcelonie”. „Malarz dusz” mówi półgłosem, czasem delikatnym szeptem, czasem z bólem.

Główny bohater, Dalmau Sala, jest jedną z tych postaci literackich, które irytują i jednocześnie poruszają. Młody malarz, obdarzony talentem i ambicją, zostaje rzucony pomiędzy dwa światy: nędzę robotniczych dzielnic Barcelony i luksus bogatego mieszczaństwa, które chce Sztuki. Ale... tylko takiej, która nie burzy ich spokoju. Dalmau nie jest romantycznym geniuszem oderwanym od rzeczywistości; jest człowiekiem, który - jak każdy inny - musi jeść, płacić czynsz i dokonywać wyborów, które stopniowo zaczynają go definiować.

To, co mnie najbardziej poruszyło w tej postaci, to jego wewnętrzne rozdarcie. Falcones bardzo uczciwie pokazuje, że Ideały są luksusem, na który nie zawsze można sobie pozwolić. Dalmau chce malować prawdę, dusze ludzi z ulicy, ich cierpienie i godność — ale świat nagradza go wtedy, gdy zaczyna malować to, co wygodne. Czy zdrada samego siebie przychodzi nagle? Nie. Ona sączy się powoli, niemal niezauważalnie.

Emma (jedna z kluczowych kobiecych postaci powieści) wnosi do historii niezwykłą trzeźwość. Jest kobietą silną, ale nie naiwnie heroiczną. Jej siła wynika z siły przetrwania, nie z marzeń. W świecie zdominowanym przez mężczyzn, pieniądz i hipokryzję, Emma staje się moralnym kontrapunktem dla Dalmau. Nie idealizuje go, nie usprawiedliwia jego słabości, ale też nie potępia łatwo. Dzięki niej Falcones bardzo wyraźnie pokazuje, jak różnie „kosztuje” życie w zależności od płci i pozycji społecznej.

W ogóle kobiety w „Malarzu dusz” nie są jedynie tłem. Można stwierdzić, że są nośnikami Całej Prawdy o Epoce. To one najczęściej płacą najwyższą cenę za cudze ambicje i polityczne ideały.

A Barcelona? Barcelona Falconesa to miasto kontrastów niezwykle brutalnych. Z jednej strony modernistyczne kamienice, salony artystyczne, rodząca się nowoczesność i ambicja bycia europejską metropolią. Z drugiej — brudne podwórza, strajki, głód, przemoc i strach. Autor opisuje miasto tak, jakby było żywym organizmem: pulsującym różnorodnością, chorującym, czasem pięknym, czasem odpychającym.

Szczególnie poruszające są fragmenty dotyczące napięć społecznych i rewolucyjnych nastrojów. Według Falconesa bunt nie jest romantyczny. Pokazuje go jako coś desperackiego, często beznadziejnego, ale zrodzonego z realnego cierpienia. Barcelona nie jest tu pocztówką, lecz polem walki idei, interesów i marzeń, które rzadko się spełniają w "czystej" formie.

Najważniejszym jednak pytaniem tej powieści — i tym, które zostało ze mną najdłużej — jest pytanie o granicę kompromisu.

Czy można „trochę” sprzedać siebie i nadal pozostać wiernym swojej duszy?

Czy Sztuka, która powstaje z konformizmu, nadal jest Sztuką?

Autor nie daje prostych odpowiedzi. I właśnie dlatego „Malarz dusz” tak bardzo oddziałuje. Bo nie moralizuje, lecz zmusza do niewygodnej refleksji. To książka o dojrzewaniu, ale nie w sensie romantycznym. To dojrzewanie przez stratę, przez wybory. Czyta się ją z rosnącym ciężarem w klatce piersiowej, ale też z poczuciem obcowania z literaturą uczciwą, mądrą i głęboko humanistyczną.

Dla mnie „Malarz dusz” to opowieść, która pozostaje jak obraz, którego nie da się już „odzobaczyć”. Jeśli pozwoli się jej mówić, potrafi bardzo mocno dotknąć.

A porównując „Malarza dusz” do innych powieści Falconesa? Czytając jego książki ma się wrażenie, że obcuje się z pisarzem, który stopniowo przesuwa punkt ciężkości: od monumentalnych konstrukcji historycznych ku coraz bardziej intymnemu spojrzeniu na jednostkę. „Malarz dusz” jest w tym sensie powieścią szczególną nie dlatego, że zrywa z wcześniejszym stylem, lecz dlatego, że go wycisza, zagęszcza i kieruje do wnętrza bohatera.

Metaforycznie ująłbym to tak: jeśli „Katedra w Barcelonie” była opowieścią wykutą w kamieniu, „Malarz dusz” jest obrazem malowanym drżącą ręką.

Oczywiście najbardziej znana powieść Falconesa to klasyczna epopeja historyczna „Katedra w Barcelonie”. Imponuje rozmachem, konstrukcją i klarownym podziałem na dobro i zło. Arnau Estanyol jest bohaterem niemal archetypicznym: krzywdzonym, ale sprawiedliwym; słabym, który staje się silny; jednostką unoszoną przez historię, lecz ostatecznie zwycięską moralnie.

Na tle tej książki „Malarz dusz” wydaje się dojrzalszy i bardziej okrutny. Dalmau Sala nie jest bohaterem, któremu łatwo kibicować. Nie idzie prostą drogą ku spełnieniu, nie zostaje „nagrodzony” w oczywisty sposób. Falcones jakby rezygnuje z potrzeby pocieszania czytelnika. Zamiast mitu o awansie społecznym dostajemy opowieść o Cenie, jaką się za niego płaci.

Z kolei w „Ręce Fatimy” Falcones skupia się na konflikcie religijnym i kulturowym, na pytaniu o przynależność i możliwość zachowania własnej tożsamości w świecie, który jej nie toleruje. Hernando jest postacią tragiczną, rozdartą między dwiema religiami i dwiema wersjami samego siebie.

Dalmau z „Malarza dusz” jest jego duchowym krewnym, choć żyje w innym czasie. Obaj próbują „pogodzić niemożliwe”: ideał z rzeczywistością, prawdę z bezpieczeństwem. Różnica polega na tym, że w „Malarzu dusz” konflikt nie jest już zewnętrzny (religia, prawo, władza), lecz głęboko wewnętrzny.

To nie świat mówi bohaterowi, kim ma być — to on sam stopniowo rezygnuje z części Siebie.

Albo „Dziedzice ziemi”, czyli kontynuacja „Katedry…”. Książka bardziej nostalgiczna. Falcones powraca do znanego świata, jakby chciał jeszcze raz sprawdzić, czy sprawiedliwość historyczna naprawdę istnieje. Jest tu więcej melancholii, mniej wiary w jednoznaczne zwycięstwa.

I właśnie w tym sensie „Malarz dusz” wydaje się naturalnym kolejnym krokiem. To powieść już całkowicie pozbawiona iluzji. Historia nie jest tu nauczycielką moralności, lecz tłem dla ludzkich słabości. Społeczne przemiany Barcelony nie prowadzą automatycznie do lepszego świata. Prowadzą raczej do nowych form wykluczenia.

I teraz ponownie BARCELONA! Miasto jest wspólnym mianownikiem niemal całej twórczości Falconesa, ale jej obraz cały czas ewoluuje.

Powiedziałbym tak:

W „Katedrze…” to miasto wznoszące się ku światłu, w „Dziedzicach ziemi” — miasto pamięci, a w „Malarzu dusz” — miasto pęknięcia.

Tu Barcelona nie obiecuje już niczego. Powtórzę się: miasto jest głośne, brudne, pełne napięć klasowych i ideologicznych. Modernizm nie oznacza postępu moralnego, a sztuka staje się towarem. To Barcelona, która przestaje być mitem, a zaczyna być prawdą bolesną i nieupiększoną.

Jeśli miałbym wskazać, czym „Malarz dusz” różni się najbardziej od innych książek Falconesa, powiedziałbym:

EMPATIĄ BEZ USPRAWIEDLIWIENIA.

Autor nie wybiela bohatera, nie tłumaczy go historią, nie podsuwa łatwych alibi. Pozwala mu błądzić i pozwala czytelnikowi czuć z tego powodu dyskomfort. To być może najmniej „efektowna” powieść Falconesa, ale zarazem najbardziej osobista i najbliższa współczesnemu czytelnikowi.

Bo dziś rzadko walczymy z inkwizycją czy feudalnym prawem. Częściej natomiast z WŁASNYM SUMIENIEM, RACHUNKAMI i STRACHEM PRZED UTRATĄ POZYCJI.

„Malarz dusz” nie zastępuje wcześniejszych książek Falconesa. On je dopełnia. Jakby autor, po latach opowiadania o historii, w końcu zapytał sam siebie: A CO DZIEJE SIĘ Z DUSZĄ CZŁOWIEKA, GDY HISTORIA JUŻ GO NIE POTRZEBUJE? 

@ak

Pozdrawiam Empatią Potrzebną

Rock'n'RollinLiterature Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.