"Rzeźnia numer pięć" Kurta Vonneguta czyli metafora traumy

Opublikowano w 10 czerwca 2026 08:18

Jestem po lekturze „Rzeźni numer pięć” Kurta Vonnegut'a, którą po raz pierwszy przeczytałem na studiach, a która to należy bez wątpienia do Ekstraklasy Literatury Światowej. Spróbujmy trochę opowiedzieć o niej, trochę pofilozofować, pobawić się analizą tej historii.

I zaczynamy od razu od Billy'ego Pilgrim'a, który...„Odkleił Się Od Czasu”! To zdanie brzmi być może jak żart, jak science fiction podszyte absurdem, a jednak w gruncie rzeczy jest Najprawdziwszą Metaforą Traumy. Bo Czas w tej powieści nie płynie. Czas tutaj pęka! Jest jak lustro rozbite o beton historii. 

W jednym odłamku widzimy dziecko, w innym starego człowieka, w jeszcze innym jeńca wojennego idącego przez skute mrozem Niemcy. Te kawałki nie składają się w harmonijną całość. I właśnie o to chodzi: WOJNA NISZCZY LINIOWOŚĆ!

Vonnegut, który sam przeżył bombardowanie Drezna, nie opowiada o nim jak kronikarz. Opowiada jak człowiek, którego pamięć stała się labiryntem. Drezno jest czarną dziurą w Czasie. Wszystko, co było przed nim i po nim, krąży wokół tej pustki. A Billy nie podróżuje w czasie z ciekawości. On przed nim ucieka. Trauma i Czas splatają się jak dwa węże owinięte wokół jednego ciała. Nie wiadomo, który z nich jest przyczyną, a który skutkiem. Czas rodzi Traumę – Trauma rozrywa Czas.

Można stwierdzić, że Czas jest polem minowym.

W oryginale powtarza się zdanie: So it goes (Nie czytałem oryginału, ale sprawdziłem). W polskim przekładzie znaczy to dosłownie: "Tak to się toczy" albo „I tak to bywa”, a w wersji przetłumaczonej przez Lecha Jęczmyka "ZDARZA SIĘ", co jest bardziej adekwatne dla naszego rozumienia tego zwrotu. To jedno z najbardziej przejmujących zdań w literaturze XX wieku. Ileż razy używamy tych dwóch słów, nie zdając sobie sprawy, że cytujemy Mistrza! W powieści każda śmierć, a jest ich w książce wiele, kończy się tą frazą.

To powiedzenie, można powiedzieć, że jest jak kamień wrzucany do wody. Plusk i .... Cisza. Można je odczytać jako cynizm. Można jako stoicki spokój. Można jako rozpacz, która nie ma już siły krzyczeć. Dla mnie jest czymś jeszcze innym. Jest próbą przeżycia w świecie, którego nie da się zrozumieć. Jeśli każde umieranie miałoby być przeżywane z pełną świadomością jego ostateczności, człowiek by oszalał. Więc powtarzamy: "Zdarza się". To zdanie działa jak bandaż na otwartą ranę rzeczywistości.

To psychologiczna prawda. Trauma nie pozwala przeszłości odejść. Ona ją zatrzymuje, konserwuje, zamraża w lodzie pamięci. 

Kolejny wątek to Tralfamadorianie – Pocieszyciele czy Iluzja? Kosmici z planety Tralfamadore widzą czas jednocześnie. Dla nich śmierć nie jest końcem. Jest jednym z wielu momentów, które istnieją równocześnie.

To wizja niemal mistyczna. Bliska niektórym nurtom filozofii Wschodu. Jeśli wszystko istnieje jednocześnie, to nic nie ginie naprawdę. Ale...czy to pocieszenie? Czy może raczej mechanizm obronny?

Billy przyjmuje tę filozofię z ulgą. To zrozumiałe. Gdy doświadczyło się zagłady miasta, gdy widziało się ludzi zamienionych w popiół, myśl, że śmierć jest tylko „złym momentem”, który można zignorować, jest jak ciepły koc.

Jednak Vonnegut nie daje nam pewności, czy Tralfamadorianie istnieją naprawdę. Być może są wytworem umysłu, który nie potrafi inaczej znieść wspomnień. Może wszyscy mamy swoje Tralfamadore. Swoje prywatne teorie, które pozwalają nam przetrwać.

Tralfamadorianie, istoty widzące wszystkie momenty jednocześnie, proponują Billy’emu nową ontologię czasu: WSZYSTKO ISTNIEJE NARAZ, WIĘC ŚMIERĆ NIE JEST KOŃCEM, LECZ TYLKO JEDNYM Z PUNKTÓW W WIECZNYM PEJZAŻU. Tralfamadore to być może najbardziej rozpaczliwa modlitwa człowieka, który nie potrafi pogodzić się z przemijaniem.

Tytułowa Rzeźnia to miejsce, w którym Billy i inni jeńcy przeżyli bombardowanie. Ironia jest okrutna: ludzie ocaleli, bo schronili się w miejscu przeznaczonym dla martwych zwierząt. Rzeźnia staje się symbolem XX wieku. Wieku, który obiecywał postęp, a przyniósł przemysłową śmierć.

Drezno – miasto Sztuki i Baroku – zostało zamienione w księżycowy krajobraz. Vonnegut nie opisuje tego z epickim rozmachem. Jego język jest oszczędny, chłodny. I właśnie ta powściągliwość boli nas najbardziej. Podobnie największe tragedie nie potrzebują krzyku. One po prostu istnieją same z siebie.

Wojna w „Rzeźni numer pięć” nie jest polem chwały. Jest mechanicznym procesem, jak taśma produkcyjna w fabryce śmierci. Czas wojny nie jest ludzki. Jest przyspieszony, zdeformowany. Młodzi chłopcy stają się żołnierzami szybciej, niż zdążą stać się dorosłymi. Decyzje zapadają w sekundach, których konsekwencje trwają całe pokolenia. Trauma wojny nie kończy się wraz z zawieszeniem broni. Ona przenosi się w przyszłość. Rozszczepia biografie. Zostaje w rodzinach, w milczeniu ojców, w snach matek, w niepokojach dzieci.

„Rzeźnia numer pięć” jest w sumie także zabawna. I to jest może najbardziej niepokojące. Absurd, czarny humor, groteskowe sytuacje – wszystko to działa jak tarcza. Śmiech chroni przed rozpaczą. Vonnegut pokazuje, że świat jest tak absurdalny, iż jedyną uczciwą reakcją bywa Ironia. Billy jest bohaterem antybohaterskim. Nie jest odważny. Nie jest charyzmatyczny. Jest zagubiony. I właśnie dlatego jest prawdziwy. To nie herosi przeżywają wojny. To zwyczajni, przerażeni ludzie.

A dla mnie ta powieść jest przypomnieniem, że CZŁOWIEK JEST ISTOTĄ KRUCHĄ, a jednocześnie zdolną do niewyobrażalnego okrucieństwa. JEST LUSTREM, W KTÓRYM ODBIJA SIĘ HISTORIA, ale też nasza codzienna Obojętność. Może być przestrogą. Może być medytacją nad śmiercią. Może być terapią dla tych, którzy noszą w sobie własne "Drezno".

Vonnegut stawia wiele pytań, mi.in.:

- czy naprawdę wierzymy w postęp?

- czy nauczyliśmy się czegokolwiek?

- czy potrafimy patrzeć na cierpienie bez usprawiedliwiania go wielkimi słowami?

Pisarz oczywiście nie daje odpowiedzi, tylko pokazuje świat takim, jaki jest: chaotyczny, brutalny, śmieszny i tragiczny jednocześnie. Vonnegut mówi: NIE JESTEŚMY PANAMI CZASU. Jesteśmy raczej jego wędrowcami – czasem zagubionymi, czasem uwięzionymi między przeszłością a teraźniejszością.

Na końcu tej historii nie ma katharsis. Nie ma wielkiego pojednania. Jest cisza.

I pytanie ptaka: „It - it?”.

To pytanie bez znaczenia.

A może zbyt wielkie, by dało się je wypowiedzieć ludzkim językiem.

Bo po Rzezi Świata pozostaje tylko niezrozumiały dźwięk.

"Zdarza się".

@ak

Pozdrawiam Uwięziony przez "Zdarza się" 

Rock'n'RollinLiterature Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.