Przyznam szczerze: sięgając po „Władcę Barcelony” Chufo Llorénsa, nie miałem w planach analizowania tej powieści. Miało być szybko, lekko i przyjemnie i kolejna książka. Spodziewałem się nawet, że po stu, może stu pięćdziesięciu stronach znudzę się i odłożę ją na półkę — jak to bywa z wieloma powieściami historycznymi, które częściej zahaczają o fantastykę niż o prawdę, a ich patos „ku pokrzepieniu serc” zwyczajnie mnie nuży.
Tymczasem przy „Władcy…” nie mogłem się oderwać. To nie jest jedynie opowieść o Barcelonie XI wieku, lecz niezwykle precyzyjnie utkana tkanka ludzkich losów — gęsta, pulsująca emocjami, sprzecznościami i wyborami. Od pierwszych rozdziałów czułem, że nie mam do czynienia z klasyczną powieścią historyczną, lecz z epicką opowieścią o ambicji, miłości, władzy i cenie, jaką płaci się za Marzenia. Ku mojemu zaskoczeniu nie była to kolejna historia „pokrzepiająca”, podszyta uproszczeniami i odrealnionymi faktami.
Lloréns pisze tak, jakby znał średniowieczną Barcelonę nie tylko z dokumentów i kronik (bardzo rzadko zdarza się, aby powieściopisarz na końcu zamieszczał tak bogatą bibliografię), lecz jakby poznał ją osobiście — jakby nocami słuchał miasta, gdy milknie codzienny gwar, a przeszłość zaczyna mówić wtedy najgłośniej. Trudno nie odnieść wrażenia, że autor nie tyle rekonstruuje historię, ile opisuje ją z pamięci. Jego imponująca wiedza faktograficzna nie przytłacza narracji, lecz staje się jej niewidzialnym szkieletem — solidnym, wiarygodnym i absolutnie niezbędnym.
To, co najbardziej mnie ujęło, to sposób, w jaki autor traktuje samo miasto. Barcelona nie jest tu tłem — jest Bohaterem. Oddycha, cierpi, rozwija się, buntuje. Czytając, miałem wrażenie, że spaceruję jej wąskimi ulicami, czuję zapach portu i targowisk, słyszę gwar kupców oraz ciężar decyzji podejmowanych w cieniu pałaców.
Miasto staje się u Llorénsa metaforą człowieka (podobnie jak u Falconesa czy Zafona): rozdartego między tradycją a zmianą, między lojalnością a ambicją, między tym, kim jest — a tym, kim pragnie się stać.
Autor znakomicie pokazuje zderzenie jednostki z historią. Bohaterowie „Władcy Barcelony” nie są pomnikowi: są ludzcy, pełni sprzeczności, czasem okrutni, czasem bezbronni. Ich decyzje rodzą się z miłości, strachu, dumy i żądzy władzy. Dokładnie z tych emocji, które od zawsze kierują ludźmi.
Najważniejszym bohaterem jest Marti Barbany — młody człowiek z najuboższych warstw społecznych, który jako dziewiętnastolatek przybywa do Barcelony i stopniowo staje się centralną postacią całej opowieści. To jego przemiana, ambicje, porażki i zwycięstwa napędzają fabułę oraz pozwalają czytelnikowi poznać XI-wieczną Barcelonę w całej jej złożoności (choć nie tylko Barcelonę).
Kim jest Marti Barbany? To chłopak ulepiony z niedostatku. Wyrasta w skrajnej biedzie, lecz dzięki spadkowi, inteligencji, odwadze, przedsiębiorczości i żelaznej determinacji zdobywa majątek, szacunek i pozycję społeczną. Jego ambicja nie wynika z próżności, lecz z głodu — dosłownego i metaforycznego. Marti musi się "wspinać", bo w świecie, do którego trafia, brak działania oznacza zmiażdżenie.
Przez jego losy poznajemy ówczesny świat: społeczne, gospodarcze i polityczne realia średniowiecznej Barcelony. Jego aspiracje — od młodzieńczych marzeń o lepszym życiu i miłości, po potężne cele ekonomiczne i społeczne — przewijają się przez całą powieść. Tytułowy „władca” nie jest dla mnie jedynie figurą polityczną. To Symbol Człowieka, który pragnie kształtować świat według własnej wizji i stopniowo odkrywa, że władza zawsze domaga się zapłaty. Ta książka boleśnie uświadamia, że im wyżej sięga ambicja, tym głębiej trzeba zajrzeć w głąb siebie i nie zawsze to, co tam znajdziemy, daje ukojenie.
Choć Marti pozostaje osią narracji, poznajemy także inne postacie, które kształtują fabułę i tło historyczne. Wśród nich są:
Ramon Berenguer I — hrabia Barcelony, którego decyzje polityczne, namiętności i konflikty wyznaczają rytm wielu wydarzeń; Almodis — hrabina Tuluzy, obiekt burzliwej miłości Ramona, której obecność prowadzi do poważnych napięć i konfliktów politycznych; czy Bernat - główny antagonista Martiego.
Choć ich wpływ jest istotny, to właśnie Marti Barbany nadaje narracji tempo. Największą zaletą powieści jest to, że historia nie składa się tu z suchych dat czy opisywanych bitew, lecz z osobistych wyborów, które w odpowiednim momencie urastają do rangi wydarzeń przełomowych. Lloréns mistrzowsko pokazuje, że Wielka Historia zawsze zaczyna się w sercu jednego człowieka. Dobra czy zła, to bez znaczenia. I jest napisana lekkim, prostym językiem (ponad 700 stron czyta się niezwykle przyjemnie i szybko, to nie jest książka z półki "dla wybitnie ambitnych").
Ważne również jest to, że narracja nie narzuca ocen. Pozwala czytelnikowi samodzielnie zdecydować, komu kibicować, kogo potępiać, a komu współczuć. Ta wolność interpretacji sprawiła, że czytałem ją uważnie, z pełnym zaangażowaniem.
Gdybym miał jeszcze omawiać ją szerzej np. z młodzieżą w szkole, to dodałbym ważny wątek dot. tożsamości — osobistej i zbiorowej. O tym, jak rodzi się miasto, naród i legenda. I jak łatwo zapomnieć, że za każdą legendą stoją ludzie z krwi i kości.
@ak
Pozdrawiam lekkością bytu.
Rock'n'RollinLiterature Lives
Dodaj komentarz
Komentarze