Chcę podzielić się z Wami kolejną książką. Wracam, jak wcześniej wspominałem, do moich ulubionych, bowiem znalazłem zeszyt ze swoimi tekstami, które powstawały dzięki literackim inspiracjom i chcę przypomnieć sobie co mnie w nich fascynowało, dlaczego tak mocno utkwiły mi w pamięci.
„Pod słońcem szatana” to kolejna powieść, którą wziąłem do ręki z polecenia... księdza. Skorzystałem dlatego, ponieważ miałem z nim zajęcia z Historii Kościoła na uczelni i prowadziłem dysputy na temat nieistniejącego Boga (byłem dobrze przygotowany, bowiem wówczas "Kryminalna historia Kościoła" oraz "Stary Testament" zagościły wśród moich głównych lektur na cały rok).
Ale wracam do powieści Bernanosa. To nie jest lektura łatwa — wymaga skupienia, cierpliwości, a przede wszystkim gotowości, by stanąć twarzą w twarz z własnym cieniem. A jednak właśnie to w niej pokochałem: Bernanos nie dał mi komfortu. Dał... Prawdę, która boli i jednocześnie oczyszcza.
To, co najbardziej mnie uderzyło, to (znowu moje ulubione porównania) metafora słońca, które w powieści nie jest źródłem światła i ciepła, ale palącym symbolem "boskiej"(?) obecności — nieubłaganej, wszechogarniającej, niosącej zarówno życie, jak i cierpienie. Słońce Bernanosa nie grzeje, ono wypala. To właśnie pod tym Słońcem człowiek — i ksiądz Donissan, główny bohater — musi zmierzyć się z własną słabością i złem, które nie jest abstrakcją, lecz rzeczywistością czającą się w ludzkim sercu - każdym ludzkim sercu.
Czytając, miałem wrażenie, że Bernanos nie pisze o religii w sposób teologiczny, ale egzystencjalny. To opowieść o człowieku, który pragnie dobra, a mimo to ciągle potyka się o własną naturę. Szatan oczywiście w tej książce nie jest rogatym potworem — to, powiedziałbym, metafora zwątpienia, pychy, pokusy, które rodzą się w "duszy". I w tym właśnie zobaczyłem coś niezwykle ludzkiego: naszą wieczną walkę między pragnieniem świętości a nieuchronnym upadkiem.
Najbardziej przejmujące było dla mnie zrozumienie, że świętość w ujęciu Bernanosa nie jest nagrodą, lecz cierpieniem. Donissan to człowiek rozdarty, niemal ascetyczny, który pragnie służyć Bogu, ale jego droga prowadzi przez mrok. To dla mnie niezwykle poruszające, bo pokazuje, że prawdziwe "światło" nie przychodzi z zewnątrz, tylko rodzi się w Nas, gdy odważymy się spojrzeć w ciemność (od razu sięgnąłem wtedy do Antona LaVey'a, aby dokonać pewnych porównań związanych z symboliką, ale może kiedyś i o tym napiszę).
Dla mnie jednak najpiękniejsze w tej książce, to jej brutalna szczerość wobec ludzkiej natury. Bernanos nie tworzy świętych z marmuru. Jego bohaterowie krwawią, grzeszą, kochają i nienawidzą, a jednak w tym wszystkim noszą w sobie pragnienie Absolutu. To właśnie ta mieszanina wzniosłości i nędzy czyni człowieka prawdziwym.
To kolejna historia, która uczyła mnie pokory wobec życia i wobec własnych ograniczeń. Bernanos przypomina, że cierpienie ma sens, jeśli prowadzi nas do głębszego zrozumienia samego siebie.
To powieść o człowieczeństwie w jego najbardziej surowej, nagiej formie — o walce, która trwa w każdym z nas, niezależnie od wiary.
Nie sposób też nie wspomnieć o Mouchette, młodej dziewczynie, której los jest jak echo biblijnego upadku (czy pierwowzorem była tutaj Maria Magdalena?). W jej postaci Bernanos zawarł całą tragiczną niewinność świata, który nie potrafi odnaleźć miłości. Mouchette to metafora człowieka pozostawionego samemu sobie — niezdolnego ani do dobra, ani do zła w czystej postaci. W jej historii widzę nas wszystkich: zagubionych, spragnionych miłości, szukających sensu tam, gdzie panuje milczenie... Boga(?).
Zrozumiałem, że dobro nie jest stanem, lecz wyborem, którego trzeba dokonywać każdego dnia. A także to, że nawet w największym mroku tli się światło.
To książka, która nie pozostawia obojętnym na dobro i zło. I właśnie dlatego jest tak Wielka.
@ak
Pozdrawiam abstrakcją rzeczywistości.
Rock'n'RollinLiterature Lives
Dodaj komentarz
Komentarze