Historia starego dziennikarza, który postanawia uczcić swoje dziewięćdziesiąte urodziny nocą z młodą dziewczyną/dziewicą czyli "Rzecz o mych smutnych dziwkach"

Opublikowano w 21 maja 2026 17:58

Po "Rzecz o mych smutnych dziwkach" sięgnąłem już po raz drugi. Dlaczego? Między innymi dlatego, że w ostatnich kilku latach niewiele nowych rzeczy z literatury mnie wciągało. Nadal żaden współczesny, młody pisarz, którego książki otrzymuję najczęściej z polecenia, nie potrafi podarować mi tego, co otrzymałem od Marqueza, Llosy, Dostojewskiego, Goldinga, Faulknera, Hemingway'a, Vonneguta, Twaina, Dickensa, Orwella, Borgesa, Hugo, Flauberta, Bułhakowa, Czechowa, Prousta, Poe'go, Shakespeare'a, Lovercrafta....(mógłbym jeszcze długo...).

„Rzecz o mych smutnych dziwkach”, ostatnia powieść napisana przez Margueza, która porusza tematykę spraw ostatecznych – miłość, starość, śmierć, samotność - napisana została z ogromną czułością. Choć narratorem jest dziewięćdziesięcioletni mężczyzna uważam, że jest to opowieść o każdym z nas - o naszym lęku przed przemijaniem i potrzebie bycia dostrzeżonym.

Ta powieść to nie tylko historia starego dziennikarza, który postanawia uczcić swoje dziewięćdziesiąte urodziny nocą z młodą dziewczyną/dziewicą. To metafora (uwielbiam metafory) tęsknoty za życiem, którego się nie przeżyło do końca i za miłością, która przychodzi zbyt późno, ale... jednak przychodzi. W tym sensie książka może być dla wielu z nas niezwykle osobista, bo przypomina, że nigdy nie jest za późno, by się obudzić, by jeszcze raz spojrzeć na świat z czułością, nawet jeśli ciało już powoli słabnie, a przeszłość ciąży.

Najważniejszą metaforą powieści jest sen i przebudzenie. Delgadina, młoda dziewczyna, śpi przez większość czasu – niczym uśpiona niewinność, czystość, ale też niemożliwa do osiągnięcia młodość. Bohater, patrząc na nią, widzi w niej swoje dawne życie – utracone i nieodwracalne. To nie jest opowieść o pożądaniu, ale o marzeniu, które pozwala żyć, choćby tylko w wyobraźni. Marquez pokazuje, że człowiek może się odrodzić nawet u kresu, jeśli tylko potrafi kochać bez oczekiwań.

W tej historii widzę również metaforę ciała i duszy – dwóch bytów, które przez całe życie próbują się porozumieć. Stary mężczyzna odkrywa, że jego dusza wciąż jest młoda, choć ciało już dawno przestało być zdolne do miłości w sensie fizycznym. To rozdarcie między żądzą a duchowością jest jednym z najpiękniejszych tematów całej literatury Marqueza.

„Rzecz o mych smutnych dziwkach” to przypomnienie, że życie nigdy nie jest skończone dopóki trwa. To książka o drugiej szansie, o pogodzeniu się z samotnością, o delikatności, która może się narodzić z rozpaczy. Kiedy zamknąłem ostatnią stronę, czułem spokój – jakby ktoś szeptem powiedział mi, że każda chwila, nawet ta najpóźniejsza, ma sens, jeśli w niej jest miłość.

Marquez w tej powieści nie moralizuje, lecz współczuje. Nie usprawiedliwia bohatera, ale też go nie potępia. Pokazuje człowieka w całej jego kruchej prawdzie. I to jest w niej najpiękniejsze: że potrafi z brzydoty starości i samotności wydobyć coś czystego, niemal świętego.

To kolejna historia, która czegoś mnie nauczyła: że miłość nie ma wieku, że może przyjść w najmniej spodziewanym momencie, że czasem wystarczy jedno spojrzenie, jedno uczucie wdzięczności za czyjąś obecność, by znów poczuć się żywym.

Dlatego nie boję się starości, bo to tylko kolejny etap naszego życia.

@ak

Pozdrawiam "...Światem idącym do przodu".

Rock'n'RollinLiterature Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.