KORA. BOSKA pięć lat po premierze wciąż żyje, śpiewa i zachwyca

Opublikowano w 6 września 2026 12:02

W tym roku mija już pięć lat od premiery „Kory. Boskiej” w krakowskim Teatrze Nowym Proxima. Pięć lat! Spektakl wciąż żyje i przyciąga publiczność oraz potrafi wywołać ten sam rodzaj emocji, który towarzyszył widzom podczas pierwszych przedstawień. Za nami już ponad sto spektakli "Kory. Boskiej". Ponad sto razy zapalały się światła i na scenę wychodziła Katarzyna Chlebny, aby na kilkadziesiąt minut przywrócić życie jednej z najbardziej niezwykłych postaci polskiej sceny muzycznej.

Chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Kora nie żyje od kilku lat, ale w Teatrze nadal oddycha, śpiewa, złości się, prowokuje, kocha, patrzy na nas tym swoim charakterystycznym spojrzeniem.
Siedząc na widowni Teatru Nowego Proxima miałem momentami wrażenie, że nie oglądam spektaklu o Niej. Miałem wrażenie, że Kora rzeczywiście przyszła do nas na chwilę i zrobiła to dokładnie tak, jak można było się po niej spodziewać, tak jak robiła to prawie zawsze.

Kiedy gasną światła, nie wiem jeszcze dokąd zabierze mnie ten spektakl. Po chwili jednak na scenę wpada Kora. Nie wchodzi spokojnie, ale dosłownie wpada. Jest energia, ruch, taniec, muzyka i „Cykady na Cykladach”. Czuję, że jestem w samym środku koncertu. Katarzyna Chlebny jest uderzająco podobna do Kory. Nie tylko wizualnie. Sposób poruszania się, gesty, mimika, spojrzenie, głos, pewna nonszalancja i ta charakterystyczna energia sprawiają, że przez chwilę naprawdę zapominam, że oglądam aktorkę. Patrzę na Korę, a przecież wiem, że Kory już nie ma. Wtedy dzieje się coś nieoczekiwanego. Gasną wszystkie światła, muzyka przestaje grać, pozostaje tylko głuchy, jednostajny dźwięk EKG. Serce. Jedno uderzenie. Drugie. Nagle cisza. Śmierć. Koniec. Kora umarła.

W Teatrze odradza się na nowo, bo oto trafia gdzieś pomiędzy światami żywych i umarłych. U bram nieba czekają na nią trzy Maryje. Matka Boska Częstochowska, Matka Boska Fatimska i Matka Boska z Guadalupe (kapitalne role Piotra Siekluckiego, Pawła Rupały i Łukasza Błażejewskiego). W tym momencie domyślam się, że nie będzie to grzeczny spektakl. Nie zobaczę akademii ku czci wielkiej polskiej wokalistki, pomnikowej Kory ani nabożnej opowieści o świętości. Będzie za to Teatr! Teatr "bezczelny", kolorowy, przewrotny, zabawny, wzruszający, chwilami szalony i absolutnie nieprzewidywalny.

Trzy Maryje reprezentują trzy cnoty boskie: wiarę, nadzieję i miłość. Piękne słowa. Tylko że w świecie Kory każde z nich natychmiast zaczyna mieć drugie dno.
Matka Boska Częstochowska staje się figurą wiary, Kościoła, Polski, polityki i systemu.
Matka Boska Fatimska symbolizuje nadzieję, niewinność, dziecko i tęsknotę.
Matka Boska z Guadalupe — miłość. Miłość wolną, prawdziwą, niepokorną. Miłość związaną z muzyką, szaleństwem i niemal indiańskim transem.
Zaczynam rozumieć, że te trzy Maryje są nie tylko sędziami Kory, ale także trzema lustrami, w których ma się przejrzeć.

Katarzyna Chlebny gra na bardzo różnych emocjach i robi to z niezwykłą swobodą. W jednej chwili siedzę i śmieję się z groteskowej sytuacji, a za chwilę mam wrażenie, że ktoś nagle otworzył przede mną drzwi do bardzo prywatnego, bardzo bolesnego miejsca. To chyba najbardziej mnie w tym przedstawieniu ujęło. Pod kolorową, momentami niemal prostą powierzchnią kryje się bardzo poważna opowieść o człowieku, kobiecie, dziecku, samotności, o potrzebie miłości, o chorobie, śmierci i wierze oraz o Polsce. Także o tym, co właściwie zostaje po nas, kiedy przestajemy być częścią tego świata.

Największe wrażenie robi oczywiście odtwórczyni roli głównej. Patrzę na nią i przez cały spektakl zastanawiam się, jak można tak precyzyjnie wejść w cudzą osobowość. To nie jest zwykła imitacja ani konkurs na najwierniejsze odtworzenie Kory. Chlebny nie próbuje w żadnym momencie udowodnić, że potrafi być Korą - próbuje zrozumieć Korę! To jest ogromna różnica! W jej interpretacji jest szacunek, czułość i ogromna sympatia do bohaterki. Ale jest też duża dawka humoru, bo sama Kora miała duże poczucie humoru. Była kobietą, która potrafiła spojrzeć na świat z dystansem, ironią i przekorą. Dlatego właśnie ta sceniczna Kora wydaje mi się tak prawdziwa. Polubiłem ją bardzo szybko.

Nagle znowu pojawia się muzyka. Spektakl wchodzi na zupełnie inny poziom, bo przecież nie sposób opowiedzieć o Korze bez Maanamu. To byłoby jak opowiadanie o morzu bez wspomnienia o wodzie. Piosenki są tutaj nie dodatkiem, lecz właściwie jednym z głównych bohaterów: "Kocham cię, kochanie moje”, "Oddech szczura", „Róża, „Szał niebieskich ciał”, „To tylko tango”. Kiedy słyszę te utwory, natychmiast wracają wspomnienia. Pewnie każdy widz ma własne. Dla mnie były to wspomnienia młodości, pierwszych miłości, słuchania audycji radiowych w trójce i dwójce, kaset i płyt. Muzyka Maanamu dla wielu ludzi była częścią ich życia, a tutaj, na scenie Teatru Nowego Proxima wraca żywa, aktualna, naturalna i niezwykle przekonująca.

Piosenki Maanamu i Kory się nie zestarzały. Zmieniły się czasy, dekoracje, technologie, może polityczne hasła, ale człowiek pozostał człowiekiem. Nadal przecież chcemy kochać, być wolni, cały czas boimy się samotności i potrzebujemy nadziei. Dlatego te piosenki wciąż tak na nas działają.

Największym jednak zaskoczeniem okazuje się dla mnie to, jak szybko spektakl przechodzi od zabawy do spraw bolesnych i bardzo osobistych. Kora opowiada o swoim dzieciństwie: o matce i braku matczynej miłości, o domu dziecka, o tęsknocie, o tym, że nie wolno było mówić słowa „mama”. Nagle wszystko cichnie. Jeszcze przed chwilą były żarty, groteska, kolorowe Maryje i rock'n'roll, a teraz siedzę i słucham historii małej dziewczynki. Dziewczynki, która po prostu chciała być... tylko kochana. Nic ponadto. Pomyślałem w tym momencie, jak wiele rzeczy w dorosłym człowieku zaczyna się właśnie tam — w dzieciństwie. Jak długo można udawać, że jest się silnym, przykrywać bezsilność agresją, buntowniczością czy ironią. Zaczynam patrzeć na Korę inaczej. Patrzę na dziewczynkę, która kiedyś bardzo, bardzo potrzebowała tylko i wyłącznie czyjejś obecności i dziecięcej miłości. To jeden z najbardziej poruszających aspektów tego spektaklu. Kora zostaje pozbawiona pomnika, ale dzięki temu staje się większa. Łatwo podziwiać legendę, trudniej zrozumieć człowieka, a Katarzyna Chlebny pozwoliła mi zobaczyć jedno i drugie. Widzę Korę — gwiazdę, wokalistkę, autorkę tekstów, kobietę o niezwykłej osobowości.
Ale widzę też Korę — córkę, matkę, partnerkę, kobietę, która cierpi, boi się i kocha.

Ważnym tematem poruszanym w spektaklu jest sama kobiecość. Kora nigdy nie była kobietą, którą łatwo można było zamknąć w jakiejś szufladzie. Była "niegrzeczna", często nieprzewidywalna. Z pewnością dla wielu nie była wygodną i nie chciała żyć według instrukcji. To dlatego stała się tak ważnym Symbolem Wolności. Kiedy oglądam ją na scenie, myślę o tym, jak bardzo potrzebujemy ludzi, którzy potrafią powiedzieć: Nie. Nie będę taka, jakiej mnie chcecie. Nie będę mówić tego, co wypada i nie będę żyć według waszych zasad. Będę sobą. Kora właśnie taka była. Jej obecność na scenie jest nadal tak mocna.

Niemal zapomniałbym powrócić do trzech Maryjek. Są one idealnym kontrapunktem dla Kory. Piotr Sieklucki jako Matka Boska Częstochowska, Paweł Rupala jako Matka Boska Fatimska i Łukasz Błażejewski jako Matka Boska z Guadalupe tworzą trio absolutnie niezwykłe! Są przerysowani, groteskowi i momentami absurdalni, ale są fantastyczni! Ich Maryje nie siedzą dostojnie na swoich tronach. One rozmawiają, kłócą się, komentują, plotkują, oceniają, mają swój indywidualny temperament, ale także okazują swoje słabości. Nade wszystko mają niesamowite poczucie humoru. Gdzieś przeczytałem, że to profanacja klasycznego wyobrażenia świętości. Co za bzdura! Ktoś kto to napisał nie oglądał przedstawienia. Twórcy mówią jasno i wyraźnie: boskość można też zobaczyć inaczej. Nie musi być odległa i może mieć ludzką twarz. Czasami może się pomylić i zaśmiać. Czy to źle?

W tym momencie „Kora. Boska” zaczyna być nie tylko opowieścią o jednej Artystce. Okazuje się, że to przedstawienie również o wierze, nadziei i miłości oraz o tym, jak te trzy słowa funkcjonują w naszym życiu.
Czy wiara daje nam siłę?
Czy nadzieja rzeczywiście pomaga przetrwać?
Czy miłość potrafi pokonać samotność?
Czy człowiek może przeżyć życie bez którejś z tych trzech rzeczy? Osobiście nie lubię dostawać gotowych odpowiedzi, wolę poszukiwać ich sam. Po prostu wolę pytania. Tutaj gotowych odpowiedzi nie dostaję. I bardzo dobrze.

Ogromną rolę odgrywa scenografia i kostiumy Łukasza Błażejewskiego. Mamy i kolor i przepych, jest dym, różnokolorowe światła, co tworzy całą ukochaną teatralność. Momentami mam wrażenie, że patrzę na żywy obraz, który ktoś właśnie wyjął z kolorowego snu, a jednocześnie ta cała wizualna przesada pasuje do Kory. Przecież Ona sama nigdy nie była szara. Jej świat był pełen kolorów, kontrastów i emocji. Taki dokładnie jest ten spektakl.
Do tego dochodzi ruch sceniczny przygotowany przez Karola Miękinę. Kora nie może przecież po prostu stać i mówić. Ona musi być w ruchu, musi tańczyć, śpiewać, gestem dopowiadać to, czego nie da się powiedzieć. Katarzyna Chlebny robi to fenomenalnie.

W pewnym momencie spektakl dociera do miejsca, w którym przestaję już myśleć o tym, czy to jest recital, przedstawienie, performance czy koncert. Przestaje mnie to obchodzić, bo po prostu oglądam Teatr. Teatr na bardzo wysokim poziomie! - śmieszny, wzruszający, nie bojący się ryzyka.

Zapomniałbym jeszcze o scenie związanej z Kamilem Sipowiczem, w której pojawia się jego tekst. Mówi o żonie i wierzy, że jeszcze kiedyś się spotkają w jakiejś innej rzeczywistości. Jest to moment, w którym wszystkie wcześniejsze żarty, groteska i prowokacje schodzą na drugi plan. Poczułem wtedy tęsknotę, bo kiedy kogoś kochamy, nie chcemy uwierzyć, że śmierć naprawdę oznacza koniec. Chcemy wierzyć, że gdzieś jeszcze istnieje możliwość spotkania. Katarzyna Chlebny jako Kora patrzy na publiczność. Uśmiecha się. Przez chwilę mam gęsią skórkę. Czuję, że właśnie się spotkały. Kora z Kasią, Kora i Kamil. Kora i publiczność. Kora i My wszyscy.
Za to właśnie Uwielbiam Teatr. Potrafi robić rzeczy, których rzeczywistość nie ogarnia.

Na koniec zaczynam rozumieć, dlaczego ten spektakl nosi tytuł „Kora. Boska”. Kora nie jest boginią i twórcy nie chcą postawić ją na piedestale. Wprost przeciwnie. Pokazują Kobietę, która dzięki Sztuce otrzymuje coś w rodzaju nieśmiertelności, a Teatr staje się jej niebem. Niebo nie jest gdzieś daleko, wcale nie trzeba szukać go pośród chmur. Niebo zobaczyłem na Scenie.

Jak można to spotkanie z Korą podsumować? „Kora. Boska” po pięciu latach nadal działa, tym bardziej, że poruszana jest również kwestia polityki. Kora przecież nigdy od niej nie uciekała i w spektaklu również nie zamierza. „Oddech szczura” brzmi jak komentarz do Polski, którą dobrze znamy, a Kora jak zwykle patrzy, komentuje, ocenia i nie jest neutralna. Nigdy zresztą nie była i również za to ją lubiłem. Artysta powinien mieć odwagę powiedzieć, co myśli nawet, jeśli komuś się to nie podoba. A Kora taką odwagę miała.

Coraz częściej zdarza mi się myśleć o Artystach, którzy odeszli. O tym, jak dziwne często jest słuchanie ich muzyki po śmierci. Nie ma człowieka, ale słyszę Jego głos. Płyta się kończy, jednak piosenka i ten głos pozostają w głowie. Sztuka jest tak potężna, że potrafi przeżyć swojego twórcę. Kora nie może już wyjść na scenę, ale Katarzyna Chlebny sprawiła, że wyszła na nią raz jeszcze. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Ponad sto razy, a jeśli spektakl będzie grany dalej — być może setki razy.
Wychodzę z Proximy z uśmiechem. Kora nadal tu jest i mam przeczucie, że jeszcze długo będzie. Śmierć została na chwilę pokonana.
@ak

Pozdrawiam Miłością, Nadzieją i Wiarą

Rock'n'RollinTheatre Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.