Wieczór w Teatrze zaczął się jak zwykle niewinnie. Powoli gasły światła, rozmowy na widowni cichły, a scena odsłaniała swój własny świat. Tym razem jednak trudno było uwierzyć, że to tylko teatralna przestrzeń. Wystarczyło spojrzeć na rodzinny dom, w którym nic nie znajdowało się na swoim miejscu, przedmioty pamiętały dawno minione czasy, a i pewnie ludzie żyli tak, jakby pojęcie jakiegokolwiek porządku zostało już dawno wykreślone ze słownika. Wtedy pojawiło się pytanie, które powracało przez cały wieczór: co właściwie dzieje się ze światem, kiedy wszystko wolno?
Sześćdziesiąt lat temu Sławomir Mrożek próbował odpowiedzieć na to pytanie, pisząc „Tango”. Dziś Jarosław Tumidajski przenosi ten dramat na scenę Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie i szybko okazuje się, że odpowiedź wcale się nie zestarzała. Przeciwnie. Im dłużej patrzymy na tę osobliwą rodzinę, tym mocniej zaczynamy rozpoznawać w niej własne czasy.
Mrożkowski absurd przestaje być więc bezpieczną literacką groteską. Zaczyna niepokoić. Śmieszy, ale ten śmiech coraz częściej zatrzymuje się gdzieś w gardle, bo za kolejnymi żartami, dziwactwami i rodzinnymi awanturami kryje się opowieść o świecie, który utracił hierarchię wartości, o pokoleniu zbuntowanym przeciwko wszystkim zasadom i o młodym człowieku, który odkrywa paradoksalną prawdę: kiedy nie ma już żadnych zakazów, bunt przeciwko zakazom przestaje mieć sens.
Tak właśnie zaczyna się częstochowskie „Tango” – spektakl, który bawi, zachwyca wizualnie, imponuje aktorskim kunsztem, a jednocześnie z każdą kolejną sceną coraz mocniej przypomina, że Mrożek wcale nie pisał o świecie, który przeminął.
"Tango" to dramat, który ma niezwykłą właściwość. Za każdym razem, gdy wydaje się, że należy już do historii literatury, rzeczywistość robi wszystko, by udowodnić, że jest boleśnie współczesne. Mrożek pisał go, kiedy świat wyglądał trochę inaczej, Polska była innym krajem, inne były lęki i nadzieje, inne ideologie. Wystarczy jednak kilka minut częstochowskiego przedstawienia, by zrozumieć, że autor nie opowiadał o roku 1965. Pisał o mechanizmach, o naturze człowieka i o historii, która – niczym wahadło – nieustannie wychyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Ta ponadczasowość jest jednym z najważniejszych założeń reżysera Jarosława Tumidajskiego, który podkreśla, że najistotniejszy jest nie sam język Mrożka, lecz temat: władzy, buntu, kryzysu elit i odpowiedzialności za świat. Tumidajski zdaje się doskonale o tym wiedzieć. Nie próbuje Mrożka poprawiać, ani dopisywać mu współczesnych sloganów. Reżyser nie zamienił go również w publicystyczny manifest. Pozostawił tekstowi jego inteligencję, ironię i wieloznaczność, dokonując jedynie niewielkich skrótów, które miały wydobyć rytm dialogów, nie naruszając charakterystycznego stylu Mrożka. W epoce Teatru, który często bardziej ufa własnym interpretacjom niż autorom, taka pokora wobec tekstu wydaje się czymś niemal rewolucyjnym, ale przecież właśnie dzięki niej dramat odzyskał swoją siłę. "Tango" nie potrzebuje współczesnych dopisków, bo samo w sobie jest współczesnością.
Pierwsze minuty przedstawienia budują niezwykłe napięcie. Zamiast prostego realizmu otrzymujemy świat zawieszony gdzieś pomiędzy snem, cyrkiem, magazynem rodzinnych wspomnień a muzeum porzuconych idei. Scenografia Katarzyny Kornelii Kowalczyk nie przedstawia zwykłego mieszkania. To raczej wielopiętrowa mapa wspomnień, miejsce, w którym kolejne epoki nakładają się na siebie niczym warstwy starego obrazu. Przeszłość nie została uporządkowana. Leży tutaj porozrzucana po scenie, miesza się z teraźniejszością, drażni, prowokuje i przypomina o wszystkim, czego bohaterowie nie potrafili zakończyć. Krytycy zgodnie zwracali uwagę na niezwykłą siłę tej przestrzeni – jednocześnie chaotycznej, pięknej i pełnej znaczeń. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że ten chaos nie wydaje się obcy. Patrzymy na scenę i zaczynamy rozpoznawać własny świat. Dom pełen rzeczy, których nikt już nie potrzebuje. Ludzi mieszkających razem, ale żyjących osobno. Rozmów przypominających bardziej równoległe monologi niż prawdziwy dialog czy rodziny, która dawno utraciła wspólny język. Czyż nie jest to obraz naszych czasów?
Media społecznościowe stworzyły iluzję nieustannej komunikacji. Nigdy wcześniej ludzie nie mówili do siebie tak często. Nigdy wcześniej nie pisali tylu wiadomości i nigdy wcześniej nie publikowali tylu opinii. Paradoks polega na tym, że równocześnie chyba nigdy nie słuchali siebie tak mało, co Mrożek przewidział z zadziwiającą precyzją.
Jego bohaterowie nie prowadzą dialogu. Każdy wygłasza własny manifest, jest zamknięty we własnej prawdzie i każdy mówi. Nikt jednakże nie słucha.
Sam reżyser zwraca uwagę, że właśnie pozorność dialogu jest jednym z fundamentów dramatu. Bohaterowie wypowiadają tysiące słów, lecz nie potrafią naprawdę się usłyszeć. W tym sensie „Tango” okazuje się opowieścią nie tylko o rodzinie, ale również o współczesnym społeczeństwie i chyba dlatego przedstawienie działa z taką siłą. Reżyser po prostu otwiera przed nami lustro, a często najtrudniej patrzy się właśnie w lustro.
Pierwszy akt pulsuje komedią. Bohaterowie są lekko przerysowani, groteskowi, chwilami niemal farsowi. Publiczność śmieje się często i chętnie. Jednak ten śmiech z każdą kolejną sceną zaczynał mnie coraz bardziej uwierać. Reżyser konsekwentnie realizuje zapowiedzianą koncepcję przechodzenia od komedii do tragifarsy, dzięki czemu finał nie jest gwałtownym zwrotem, lecz logicznym następstwem wcześniejszych wydarzeń. To jeden z największych sukcesów tej realizacji - śmiech powoli zamienia się w niepokój, niepokój w ciszę, a cisza... okazała się najgłośniejszym dźwiękiem całego spektaklu.
Siedem postaci zamkniętych pod jednym dachem, które tworzą rodzinę jedynie z biologicznego obowiązku. Łączy ich wspólne nazwisko, wspólna przestrzeń i wspólna historia, lecz niemal nic więcej. Brakuje między nimi prawdziwej rozmowy, brakuje czułości, a przede wszystkim autorytetów. Brak jest nawet zwyczajnego zainteresowania drugim człowiekiem.
Każdy żyje we własnym świecie, wygłasza własne racje i każdy pragnie zwyciężyć. Nikt natomiast nie próbuje nikogo zrozumieć. Właśnie dlatego aktorzy stanęli przed niezwykle trudnym zadaniem. Nie mogli zagrać klasycznych relacji rodzinnych. Musieli stworzyć iluzję ludzi, którzy są obok siebie od wielu lat, a jednocześnie pozostają sobie niemal całkowicie obcy. Umiejętne zagranie samotności to wielkie wyzwanie.
W centrum opowieści stoi Artur. To jedna z najbardziej fascynujących postaci polskiej dramaturgii XX wieku. Przez lata interpretowano go na dziesiątki sposobów. Bywał romantycznym buntownikiem, neurotykiem, fanatykiem, konserwatystą, filozofem, rewolucjonistą i śmiesznym chłopcem, który chciał naprawić świat. Mariusz Urbaniec nie wybrał żadnej z tych dróg w sposób jednoznaczny. Stworzył bohatera przede wszystkim zagubionego. Nie został herosem ani groteskowym błaznem. Pozostał młodym człowiekiem, który rozpaczliwie próbuje znaleźć punkt oparcia w świecie pozbawionym wszelkich punktów odniesienia. To Bohater niezwykle współczesny. Patrząc na niego, trudno nie pomyśleć o całym pokoleniu młodych ludzi, którzy dorastają w rzeczywistości oferującej nieograniczoną wolność, lecz coraz rzadziej dającej odpowiedź na pytanie, co z tą wolnością zrobić.
Paradoks Mrożka pozostaje aktualny. Przez stulecia młodzi buntowali się przeciwko zakazom - Artur buntuje się przeciwko ich brakowi. Nie chce kolejnej rewolucji, pragnie zasad. Nie pragnie większej swobody, pragnie granic.
Jarosław Tumidajski trafnie zauważył, że Artur nie posiada wielkiej idei. Próbuje przywrócić światu formę, lecz bardzo szybko okazuje się, że sama forma nie wystarcza. Ślub, ceremonia czy rytuał pozostają pustymi gestami, jeśli nie stoi za nimi prawdziwa treść. Dlatego jego bunt od początku nosi w sobie zalążek porażki. Urbaniec znakomicie wydobywa tę wewnętrzną sprzeczność. Jego Artur jest nerwowy, impulsywny, momentami wręcz histeryczny. Nigdy jednak nie przestaje być autentyczny. Pod cienką warstwą groteski nieustannie pulsuje dramat młodego człowieka, który nie potrafi odnaleźć sensu w świecie zbudowanym przez starsze pokolenia. To właśnie ta kruchość czyni jego kreację tak przejmującą. Artur nie jest fanatykiem, tylko człowiekiem, który coraz bardziej boi się przyszłości. Chyba właśnie dlatego finał boli tak bardzo, bo wraz z klęską Artura przegrywa także nadzieja.
Sporym odkryciem przedstawienia okazuje się Ala. Przez wiele lat reżyserzy traktowali tę postać niemal użytkowo: była narzeczoną, jakimś symbolem czy też elementem planu Artura. U Tumidajskiego stała się "pełnoprawnym" człowiekiem. Kamila Bartkowiak zbudowała swoją postać niezwykle subtelnie. Na początku wydaje się jedynie atrakcyjną dziewczyną funkcjonującą przede wszystkim w męskich wyobrażeniach. Jest piękna, zmysłowa, pewna siebie, jakby świadoma spojrzeń kierowanych w jej stronę. Jednak z każdą kolejną sceną spod tej maski zaczyna wyłaniać się ktoś zupełnie inny - młoda, samotna kobieta spragniona miłości. Pragnąca być dostrzeżoną nie jako symbol, ale jako człowiek. Reżyser wielokrotnie podkreślał, że Ala dojrzewa szybciej od Artura. To ona jako pierwsza odkrywa, że nie da się zbudować związku na ideologii ani uczucia na społecznych eksperymentach. W tej interpretacji jej historia staje się jednym z najważniejszych wątków spektaklu. Bartkowiak gra niezwykle oszczędnie, ale każdy gest, spojrzenie, zawahanie czy milczenie zagrane są niezwykle przekonująco.
Stomil i Eleonora to pokolenie, które uwierzyło, że wolność nie potrzebuje odpowiedzialności, a Adam Hutyra i Agata Ochota-Hutyra stworzyli kolejny bardzo ciekawszy duet tego przedstawienia. Ich bohaterowie mogliby zostać pokazani jako groteskowe karykatury dawnych rewolucjonistów, Tumidajski wybrał jednak drogę znacznie ciekawszą. Pozwolił również i w nich zobaczyć po prostu ludzi, a nie idee czy symbole.
Stomil Hutyry nie jest jedynie ekscentrycznym artystą. To człowiek zmęczony własną wolnością. Kiedyś wierzył, że burzenie wszystkich zasad uczyni świat lepszym, a dzisiaj sam już nie wie, po co właściwie burzył. Jego eksperyment zakończył się sukcesem, który... okazał się katastrofą.
Agata Ochota-Hutyra zbudowała postać Eleonory z podobną precyzją. To kobieta, która kiedyś chciała żyć bez ograniczeń, a dziś nie potrafi odróżnić wolności od obojętności. Pod błyskotliwym humorem obojga aktorów bardzo wyraźnie wyczuwa się smutek, bowiem nie grają ludzi szczęśliwych. Pokazują ludzi, którzy przegrali z własnymi marzeniami.
Nic dziwnego, że wielu recenzentów zwracało uwagę na niezwykłą równowagę pomiędzy groteską a psychologiczną prawdą tych kreacji. Dzięki temu bohaterowie nie stają się karykaturami, lecz pełnokrwistymi ludźmi i właśnie tutaj objawiła się największa siła całego zespołu.
Nikt z aktorów nie próbuje grać Mrożka "na siłę". Nie ma przeszarżowanych min, kabaretowych popisów. Tumidajski wyznaczył chyba jakieś granice, bo mamy tutaj precyzyjne aktorstwo, które całkowicie ufa tekstowi. Mrożek często pisał, że największy dramat często ukrywa się tuż pod powierzchnią śmiechu, a ja najpierw śmiałem się z bohaterów, dopiero później przypomniałem sobie, że śmiałem się tak naprawdę z samego siebie.
Po kilkunastu minutach przyszedł taki moment w „Tangu”, kiedy zaczynałem rozumieć, że to nie Artur, Stomil, Eleonora czy Ala są najważniejszymi bohaterami tej historii. Nawet nie cała ta osobliwa rodzina. Najważniejszy okazał ktoś, kto przez większą część spektaklu wydawał się niemal niewidoczny. Siedzi z boku, przysłuchuje się, nie filozofuje, nie wygłasza manifestów i nie udowadnia swojej racji. Czeka.
To jedna z największych intuicji Mrożka. Prawdziwa przemoc prawie nigdy nie wchodzi do świata z hukiem. Najpierw stoi w kącie, przygląda się, uczy się naszych słabości. A potem wykorzystuje moment, w którym wszyscy inni zajęci są własnymi sporami. Tak "rodzi się" Edek. Waldemar Cudzik nie gra go jako brutalnego potwora od pierwszego wejścia. To byłoby zbyt proste. Znacznie bardziej przerażający jest człowiek zwyczajny. Trochę nieporadny, wycofany, wręcz nijaki. Przez długi czas można było odnieść wrażenie, że jest jedynie dodatkiem do tej ekscentrycznej rodziny, jakby znalazł się tam przypadkiem. Ta pozorna zwyczajność staje się właśnie największym źródłem niepokoju. Dlaczego? Bo najgroźniejsi ludzie bardzo rzadko wyglądają groźnie.
Reżyser mówi o Edku w interesujący sposób. Edek nie jest już figurą określonej klasy społecznej ani prostym symbolem "chama". Współczesna „edkowatość” nie ma pochodzenia społecznego. Jest postawą i sposobem myślenia. Gotowością do przekraczania granic bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Co więcej – Tumidajski podkreśla, że największym problemem nie jest sam Edek, lecz społeczeństwo, które pozwala mu dojść do głosu. To chyba najważniejsza myśl całego spektaklu: zło bardzo rzadko zwycięża wyłącznie dzięki własnej sile; znacznie częściej zwycięża dlatego, że dobro okazuje się zmęczone, albo skłócone. A może przekonane, że ktoś inny rozwiąże problem.
Cudzik znakomicie rozumie tę logikę i nie buduje swojej postaci na krzyku, ale na cierpliwości. Na spokojnym przejmowaniu przestrzeni i na pewności siebie człowieka, który wie, że wcześniej czy później wszyscy inni sami oddadzą mu władzę.
Im bardziej spektakl zbliża się do finału, tym bardziej Edek rośnie moralnie. A raczej... niemoralnie. Zaczyna zajmować miejsce tych, którzy przez całe życie byli przekonani, że zawsze będą decydować o świecie. Chyba dopiero wtedy śmiech całkowicie zamiera. Nagle okazało się, że groteska była jedynie drogą prowadzącą do tragedii.
Jednym z największych atutów częstochowskiego przedstawienia jest niezwykle mądre potraktowanie postaci drugoplanowych. W wielu inscenizacjach Babcia i Eugeniusz bywają przede wszystkim źródłem komizmu. Tutaj, u Tumidajskiego, są czymś znacznie więcej. Małgorzata Marciniak tworzy Eugenię pełną zaskakującej energii.
To nie staruszka pogodzona z losem, ale kobieta, która uparcie nie chce poddać się upływowi czasu. Bywa trochę dziewczyną, trochę ekscentryczką, a trochę dzieckiem. Jej włosy, błyskotki i nieustanna żywiołowość nie służą wyłącznie wywołaniu śmiechu. Przypominają raczej, że starość nie musi oznaczać rezygnacji z życia. Krytycy słusznie zauważali, że ta Eugenia wymyka się stereotypom i staje się jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci spektaklu.
Z kolei Michał Kula jako Eugeniusz daje prawdziwy aktorski popis, a przecież to aktor, którego historia splata się z historią samego „Tanga”. Przed wieloma laty na tej samej scenie grał Artura. Dziś powraca jako wuj Eugeniusz i to piękna teatralna klamra. Przede wszystkim może wielka lekcja pokory wobec czasu.
Bohater Kuli gra z niezwykłą precyzją, balansuje między śmiesznością a wzruszeniem. Może jest trochę safandułą, trochę filozofem, a trochę człowiekiem zagubionym. Z pewnością jest ostatnim świadkiem świata, który już bezpowrotnie odchodzi. W jego spojrzeniu jest coś bardzo ludzkiego. Prawdopodobnie przeczuwa katastrofę, ale nie ma już siły jej zatrzymać.
Największe przedstawienia teatralne bardzo rzadko opierają się na jednej wybitnej roli. Powstają wtedy, gdy cały zespół zaczyna funkcjonować niczym dobrze nastrojona orkiestra. Tak właśnie dzieje się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie.
Niemal wszystkie recenzje, które czytałem zgodnie podkreślają klarowność dialogów, znakomite tempo przedstawienia oraz fakt, że praktycznie nie ma tu słabej kreacji. Tak, zgadzam się z nimi również. „Tango” to jeden z najbardziej wymagających dramatów aktorskich w polskim repertuarze, a spektakl częstochowskiego Teatru to Teatr zespołowy w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Szybko w trakcie spektaklu zauważamy, że przestajemy widzieć role, zaczynamy wierzyć ludziom (postaciom), a o to chodzi w Teatrze. Teatr naprawdę zaczyna się dopiero wtedy, kiedy właśnie przez chwilę wierzymy, że to wszystko dzieje się naprawdę. W częstochowskim „Tangu” takich chwil jest zaskakująco wiele.
Odnoszę wrażenie, że "Tango" Mrożka tańczymy każdego dnia. Szczególnie wtedy, kiedy przeglądam media społecznościowe widzę, jak ten dramat pozostaje wciąż tak niebezpiecznie aktualny. Ileż wokół nas "Edków"?! Jednak to nie Edek sam z siebie jest najgroźniejszy. Najgroźniejsze jest społeczeństwo, które pozwala mu urosnąć.
Tę myśl Tumidajski wyraża niezwykle mocno także w swoich wypowiedziach. To nie Edek jest prawdziwym problemem. Problemem jesteśmy My, kiedy przestajemy reagować, kiedy odpowiedzialność za wspólnotę oddajemy innym. To niezwykle gorzka diagnoza, ale Teatr nie zawsze ma poprawiać nastrój.
Na koniec przypomnę: reżyser świadomie zachował charakter języka Mrożka, dokonując jedynie niezbędnych skrótów, ponieważ – jak sam podkreślał – najważniejszy pozostaje temat, a nie chwilowa moda na określony sposób mówienia. To wielka lekcja dla współczesnego Teatru, że czasem największą odwagą nie jest dopisywanie nowych znaczeń, a zaufanie autorowi tekstu.
@ak
Pozdrawiam Niepokojącym Absurdem Zatrzymanym w Czasie
Rock'n'RollinTheatre Lives
Dodaj komentarz
Komentarze