Czasami wystarczy mi jakiś jeden zapach, kolor nieba, kształt starego drzewa albo kilka dźwięków dobiegających gdzieś z oddali, żeby nagle otworzyły się drzwi do świata, o którym wydawało mi się, że już dawno zapomniałem. Pamięć jest zresztą dziwnym lokatorem. Siedzi przez lata cicho w jakimś zakamarku naszej głowy, a potem niespodziewanie wyciąga z "szuflady" obraz, którego wcale nie szukałem. Prawdopodobnie dlatego właśnie tak bardzo spodobał mi się tytuł wystawy Adama Korszuna: „Zabierz mnie do miejsca, które znam”. Jest w nim coś z prośby, coś z tęsknoty, ale również coś bardzo osobistego. Adam Korszun pozwolił mi zamknąć oczy, abym zobaczył je dokładnie takim, jakim było przed laty.
Wystawa Adama Korszuna to podróż przez pejzaż, wspomnienia, dzieciństwo, własne słabości, pragnienia i niedopowiedzenia. Podróż, w której Artysta jest przewodnikiem, ale każdy z nas musi odnaleźć własną drogę. Uwielbiam również, kiedy nagle cudza historia niespodziewanie dotyka mojej. Adam Korszun zaprosił mnie właśnie do takiego świata. A właściwie – zgodnie z tytułem swojej wystawy – poprosił, żebym dał się zabrać do miejsca, które znam.
No dobrze, Adamie. Wsiadam. Zobaczymy, dokąd pojedziemy.
Adam Korszun - rocznik 1970, urodzony w Białej Podlaskiej (to również mój rocznik:)). Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Lublinie, dwuletniego Studium Nauczycielskiego w Białej Podlaskiej na kierunku wychowanie plastyczne oraz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1997 roku obronił dyplom w pracowniach dwóch znakomitych profesorów – Jana Tarasina i Gustawa Zemły.
To zestawienie samo w sobie jest już interesujące. Z jednej strony Tarasin – Artysta niezwykle ważny dla polskiej Sztuki współczesnej, fascynujący się znakiem, przestrzenią, rytmem i możliwością budowania własnego, niemal autonomicznego języka malarskiego. Z drugiej Gustaw Zemła – jeden z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy, artysta monumentalnej formy, materii i człowieka.
Być może gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami można szukać części artystycznej drogi Korszuna. Z jednej strony znak, wspomnienie i niedopowiedzenie, z drugiej – człowiek, ciało, przestrzeń i materialność. Ale Korszun nie próbuje wpisywać się grzecznie w żadną szufladkę. Sam stworzył dla swojej twórczości określenie, które już samą nazwą wywołuje uśmiech – „pseudo-neo-postsurrealizm”. Uwielbiam takie podejście. Sztuka nie zawsze musi być śmiertelnie poważna. Artysta może przecież mieć świadomość historii Sztuki, znać jej języki, korzystać z doświadczeń poprzedników, a jednocześnie mrugnąć do odbiorcy i powiedzieć: spokojnie, nie próbujmy wszystkiego definiować. Właśnie to jest w tej twórczości bardzo sympatyczne. Adam Korszun pozwala sobie na swobodę.
Jednym z najmocniejszych elementów jego malarstwa jest natura. Drzewa, krajobrazy, pola, przestrzenie przypominające wieś, światło i kolory, które nie są jedynie dekoracją. One mają swoją pamięć. Artysta wraca w swojej twórczości do Husinki, skąd pochodzi jego mama, oraz do Kijowca. To nie są więc przypadkowe punkty na mapie, ale miejsca związane z rodzinną historią, dzieciństwem, wspomnieniem, a więc z tym wszystkim, co kształtuje człowieka zanim jeszcze nauczy się analizować własne życie. Kiedy patrzę na takie obrazy, myślę o tym, że chyba każdy z nas ma swój własny Kijowiec czy Husinkę.
Dla jednego będzie to podwórko z trzepakiem, dla drugiego klatka schodowa pachnąca wilgocią, dla trzeciego wakacyjny domek dziadków, dla jeszcze innego boisko, na którym spędził całe dzieciństwo. Dla mnie wspomnienia także mają swoje miejsca, kolory i dźwięki, dlatego malarstwo Korszuna wydaje mi się tak bliskie. Przypomina mi, że ja również mam swoją historię.
Szczególnie ciekawym elementem wystawy są krótkie sentencje pojawiające się na obrazach. Niewiele słów, a jednak czasami kilka z nich potrafi zrobić więcej niż cały akapit. Słowo na obrazie zmienia sposób jego oglądania. Nagle przestajemy patrzeć wyłącznie na kolor, kompozycję, postać czy pejzaż. Zaczynamy szukać historii. Czyje to wspomnienie? Kogo dotyczą te słowa? Czy Artysta rzeczywiście o niczym innym nie myśli? Jakie dźwięki ma pamiętać odbiorca? I właśnie tutaj Korszun zostawia nam miejsce na własną interpretację. To trochę tak, jakby malarz uchylał drzwi do swojego pamiętnika, ale nie pozwalał nam przeczytać wszystkiego. Pokazuje jedną stronę, jedno zdanie, albo fragment obrazu. Resztę musimy dopisać sami.
Bardzo podoba mi się również obecna w tej twórczości autoironia. Wiele męskich postaci pojawiających się na obrazach Korszuna to jego własne autoportrety. Artysta wykorzystuje więc własną postać nie po to, aby stworzyć klasyczny, reprezentacyjny portret, ale aby przyjrzeć się sobie. Własnym emocjom, słabościom i ułomnościom. To jest, moim zdaniem, znacznie ciekawsze niż próba pokazania siebie jako człowieka doskonałego. Sztuka bywa czasami lustrem. Problem tylko w tym, że nie każdy lubi patrzeć w lustro, kiedy odbicie pokazuje coś więcej niż korzystne światło i dobrze ułożoną fryzurę. Korszun najwyraźniej nie boi się takiego lustra, posiada je w swojej pracowni.
W jego pracach rzeczywistość nie zawsze zachowuje się tak, jak powinna, bo przecież gdyby wszystko było dokładnie takie jak w realnym świecie, wystarczyłaby fotografia. Malarstwo ma tą cudowną możliwość, że może rzeczywistość trochę przesunąć. Powiększyć, zniekształcić, połączyć dwa odległe wspomnienia, zderzyć naturę z człowiekiem, wprowadzić erotyzm, melancholię, humor czy niepokój. U Korszuna szczególnie interesujące jest to napięcie pomiędzy lokalnością a subtelnym erotyzmem. Z jednej strony mamy pejzaż, drzewa, rodzinne miejsca, wspomnienia i świat dzieciństwa. Z drugiej – ciało, emocje, relacje, pragnienia i to wszystko, o czym człowiek czasami nie mówi głośno. Dlatego tytuł „Zabierz mnie do miejsca, które znam” można odczytać na wiele sposobów. Może chodzić o konkretne miejsce, o dzieciństwo, wspomnienia albo o miłość.
Podczas poznawania twórczości Adama Korszuna szybko okazuje się, że trudno byłoby zamknąć go wyłącznie w formule „malarz”. Owszem, malarstwo jest niezwykle ważną częścią jego działalności, ale Artysta zajmuje się także rzeźbą, instalacją rzeźbiarską i muzyką syntezatorową. Ma również bardzo bogate doświadczenie związane z Kulturą, edukacją i Teatrem. Jak można o nim przeczytać pracował jako nauczyciel plastyki, historii Sztuki i malarstwa. Przez lata związany był z Galerią Podlaską w Białej Podlaskiej, zajmował się upowszechnianiem Sztuki, organizacją wystaw, scenografią, rekwizytami, światłem, efektami dźwiękowymi i oprawą muzyczną. Współpracował także z Teatrem, nie tylko od strony technicznej, ale również aktorskiej. To wszystko czuć. Jego obrazy nie wydają mi się dziełem człowieka zamkniętego wyłącznie w pracowni i patrzącego na świat przez sztalugę. To twórczość człowieka, który od lat funkcjonuje pomiędzy różnymi dziedzinami kultury.
Bardzo lubię Artystów, którzy nie ograniczają się do jednej dziedziny. Korszun od lat tworzy muzykę syntezatorową i często podczas swoich wernisaży nie tylko pokazuje obrazy, ale również sam buduje muzyczną atmosferę spotkania. To bardzo ciekawy pomysł. W końcu obraz jest nieruchomy, ale emocje, które wywołuje, już nie. Muzyka może je przedłużyć. Może sprawić, że wystawa przestaje być wyłącznie wizualnym doświadczeniem, kiedy pojawia się dźwięk, rytm, atmosfera. Niestety nie udało mi się osobiście posłuchać, jak gra na syntezatorze.
Należy również wspomnieć, że Adam Korszun ma za sobą długą drogę wystawienniczą. Jego prace prezentowane były między innymi w Galerii Podlaskiej w Białej Podlaskiej, warszawskich galeriach Art i Promocyjnej, w duńskim Baunhøj Mølle w Grenaa, w Galerii ZPAP w Gdańsku, a także wcześniej w częstochowskim Regionalnym Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. W ostatnich latach jego wystawy pojawiały się między innymi w Nałęczowie, Puławach, Wisznicach, Janowie Podlaskim, Białej Podlaskiej, Parczewie czy Łukowie.
Wracając do wystawy w Konduktorowni szczególnie mocno kojarzy mi się ona z dzieciństwem. Nie tym idealizowanym, wyretuszowanym dzieciństwem z reklam i folderów turystycznych, a z dzieciństwem, które naprawdę pamiętam. Z jego kolorami, zapachami i dźwiękami. Z drzewem, pod którym siedziałem się godzinami. Z drogą, którą znałem na pamięć. Twórczość Korszuna stała się dla mnie czymś więcej niż kolejną wystawą malarstwa - zostałem zaproszony do powrotu do miejsca, które mam w sobie. I dlatego po tej wystawie mam ochotę odpowiedzieć na tytuł Adama Korszuna własnym zdaniem:
Dobrze. Zabierz mnie. Tylko daj mi chwilę. Muszę sobie przypomnieć, gdzie właściwie jest to miejsce, które znam.
@ak
Pozdrawiam Znanym Miejscem Odnalezionym
Rock'n'RollinArt Lives
Dodaj komentarz
Komentarze