Chcę opowiedzieć Wam o dziewczynce, która dzięki uporowi i niezwykłemu talentowi podbiła Paryż – stolicę światowej Sztuki – i udowodniła Europie, że kobieta z Polski może stanąć obok największych malarzy swojej epoki. A wszystko zaczęło się bardzo daleko od paryskich salonów. Daleko od Luwru i gwaru Montmartre'u.
W dniu 8 grudnia 1854 roku, w niewielkim Złotopolu, położonym na żyznych ziemiach dzisiejszej Ukrainy, należących wówczas do rozległego Imperium Rosyjskiego, przyszła na świat Anna Maria Bilińska. Były to ziemie naznaczone historią dawnej Rzeczypospolitej, gdzie polskie dwory, kościoły i tradycje wciąż trwały mimo rosyjskich represji. Język polski rozbrzmiewał ciszej niż kiedyś, ale nadal był językiem domów. Tutaj pamięć o ojczyźnie przekazywano podczas rodzinnych rozmów, świątecznych spotkań i wieczornego czytania Mickiewicza.
Anna od pierwszych chwil wyrastała więc pomiędzy dwoma światami. Z jednej strony był świat rosyjskiego imperium – ogromnego, chłodnego, pełnego wojskowych mundurów, urzędników i nakazów. Z drugiej istniał świat polskiej kultury, której nie udało się wymazać ani ukazami carów, ani kolejnymi represjami. W domu Bilińskich nie trzeba było mówić głośno o patriotyzmie. Wystarczało pielęgnować język, książki, muzykę i Sztukę.
Ojciec Anny był lekarzem. Zawód ten wymagał nie tylko ogromnej wiedzy, ale także ciągłego przemieszczania się. Leczył mieszkańców Kijowa i wielu mniejszych miejscowości Kijowszczyzny, dzięki czemu rodzina często zmieniała miejsce pobytu. Dla dziecka mogło to być męczące, ale jednocześnie otwierało oczy na różnorodność świata. Anna już jako kilkuletnia dziewczynka obserwowała ludzi różnych narodowości i wyznań. Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi, Ormianie – wszyscy tworzyli niezwykłą mozaikę tych ziem. Później będzie malowała twarze z podobną ciekawością. Nie będzie szukała ideałów, ale po prostu człowieka.
Ojciec dostrzegał niezwykłą wrażliwość córki. Był człowiekiem wykształconym, rozumiał wartość edukacji. W domu nie brakowało książek ani muzyki. Anna od najmłodszych lat uczyła się gry na fortepianie i wydawało się, że to właśnie muzyka stanie się jej przyszłością. Miała doskonały słuch, wyczucie rytmu i ogromną pracowitość. W XIX wieku taka droga wydawała się zresztą znacznie bardziej odpowiednia dla dobrze wychowanej młodej kobiety niż zawodowe malarstwo. Ale zanim przyszły decyzje o przyszłości, nadszedł rok 1863. Wybuchło Powstanie Styczniowe.
Wydarzenia te odcisnęły piętno na całym pokoleniu. Klęska powstania przyniosła falę represji. Sybir zapełnił się polskimi zesłańcami. Zamykano polskie szkoły, ograniczano używanie języka polskiego, konfiskowano majątki. Paradoks historii sprawił jednak, że właśnie dzięki tym represjom Anna spotkała człowieka, który otworzył jej drogę do Sztuki.
Rodzina Bilińskich zamieszkała w Wiatce, odległym mieście położonym setki kilometrów od Moskwy. Tam trafiali polscy zesłańcy. Wśród nich znajdował się niezwykle utalentowany rysownik, ilustrator i malarz – Michał Elwiro Andriolli. Los potrafi być przewrotny. Carska władza zesłała go za działalność niepodległościową. Na zesłaniu został nauczycielem przyszłej wielkiej malarki.
Andriolli nie był zwyczajnym pedagogiem. Był artystą obdarzonym niezwykłą wyobraźnią. Kilka lat później stworzy ilustracje do "Pana Tadeusza", które do dziś należą do kanonu polskiej Kultury. Ale zanim stał się jednym z najwybitniejszych ilustratorów XIX wieku, siedział w odległej Wiatce, ucząc polskie dzieci rysunku.
Wyobraźmy sobie tę scenę.
Za oknem rosyjska zima. Śnieg skrzypi pod butami, drewniane domy toną w białym puchu. W niewielkim pokoju pochylony nad kartką Andriolli pokazuje kilkunastoletniej Annie, jak prowadzić linię. Uczy ją, że najpierw trzeba nauczyć się patrzeć, bo rysunek nie zaczyna się od ręki. Rysunek zaczyna się od oka i wyobraźni.
Może właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszała, że świat nie składa się z przedmiotów, lecz z relacji światła i cienia. Że twarz człowieka to nie tylko nos i oczy, ale historia zapisana w zmarszczkach, spojrzeniu i geście. Nie zachowały się zapisy tych lekcji, ale ich efekty widać będzie przez całe życie Bilińskiej. Nigdy nie straci szacunku do rysunku, nigdy nie będzie lekceważyć warsztatu i nigdy nie uwierzy, że wystarczy tylko talent. Właśnie dlatego jej późniejsze portrety będą tak niezwykle przekonujące.
Kiedy rodzina przeniosła się do Warszawy, Anna była już młodą kobietą, a miasto końca XIX wieku była miastem osobliwym. Formalnie należało do Imperium Rosyjskiego., ale duchowo pozostawała polska. Na ulicach słychać było język rosyjski urzędników i polski język mieszkańców. Nad miastem unosił się ciężar klęski Powstania Styczniowego, ale jednocześnie rodziło się nowe pokolenie inteligencji, przekonane, że naród można ocalić nie tylko szablą, lecz także Kulturą. To właśnie w takiej Warszawie dojrzewała Anna Bilińska.
Początkowo wydawało się, że zostanie pianistką. W latach 1875–1877 studiowała w konserwatorium muzycznym. Muzyka fascynowała ją swoją architekturą. Podobnie jak malarstwo wymagała dyscypliny, cierpliwości i codziennych ćwiczeń, ale z czasem zrozumiała coś niezwykle ważnego: dźwięk znika, a obraz pozostaje.
Nie była to decyzja łatwa. Kobieta pragnąca zostać zawodową malarką należała wówczas do rzadkości. Akademie Sztuk pięknych w większości krajów Europy wciąż zamykały przed kobietami swoje pracownie, zwłaszcza te, w których studiowano nagie modele – podstawę profesjonalnego wykształcenia.
Anna wiedziała, że wybiera drogę znacznie trudniejszą. Mimo to zapisała się do prywatnej Klasy Rysunkowej prowadzonej przez Wojciecha Gersona.
Gerson był jednym z najwybitniejszych polskich nauczycieli malarstwa. Przez jego pracownię przewinęły się dziesiątki artystów. Już po kilku miesiącach zauważył, że młoda Bilińska posiada coś wyjątkowego - niezwykłą umiejętność obserwacji. Podczas gdy inni uczniowie starali się przede wszystkim imponować techniką, Anna godzinami analizowała twarz modela. Szukała charakteru. Chciała zrozumieć człowieka, zanim zacznie go malować. To podejście pozostanie z nią do końca życia.
Jednocześnie sytuacja materialna rodziny nie była dobra. Nie mogła pozwolić sobie na luksus studiowania bez pracy. Sprzedawała więc pierwsze obrazy i udzielała lekcji. Przyjmowała drobne zamówienia. Każda sprzedana akwarela oznaczała możliwość kupienia kolejnych farb. Każdy portret był inwestycją we własną przyszłość.
Od 1876 roku zaczęła wystawiać prace w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. Dla młodej malarki było to wydarzenie ogromnej wagi. Krytycy zauważyli jej talent niemal natychmiast. Pisano o pewności rysunku, o niezwykłej dojrzałości i wyjątkowej pracowitości. Co ciekawe, już wtedy dostrzegano cechę, która stanie się znakiem rozpoznawczym całej jej twórczości. Umiała patrzeć na ludzi bez osądzania. Nie upiększała ich i nie idealizowała. Ale też nigdy nie była okrutna, bowiem malowała człowieka z ogromnym szacunkiem.
Na początku 1882 roku los ponownie zapukał do jej drzwi. Przyjaciółka Anny, Klementyna Krassowska, ciężko zachorowała. Bilińska postanowiła towarzyszyć jej w podróży po Europie. Wyjazd miał służyć zdrowiu chorej, a dla Anny stał się objawieniem. Berlin. Monachium. Salzburg. Wiedeń. Rzym. Każde z tych miast było dla niej jak kolejny rozdział wielkiej księgi historii Sztuki. Największe wrażenie zrobiło na niej Monachium. W Starej Pinakotece godzinami stała przed obrazami Rembrandta. Patrzyła, jak światło wydobywa twarze z mroku. Jak zwyczajny starzec może stać się bohaterem, a cisza może być bardziej przejmująca od największego historycznego dramatu.
Oglądała monumentalne płótna Rubensa. Podziwiała Murilla, ale równie mocno poruszyły ją obrazy Arnolda Böcklina. Ich tajemniczość i melancholia. Choć sama nigdy nie zostanie symbolistką, zrozumiała, że obraz może opowiadać nie tylko o tym, co widać, ale o tym, co czuje człowiek.
Odwiedzała także pracownie polskich malarzy przebywających w Monachium. Rozmowy z nimi uświadomiły jej coś bardzo ważnego. Prawdziwe centrum świata Sztuki znajduje się gdzie indziej: w Paryżu.
W Wiedniu kopiowała odlewy rzeźb Michała Anioła, Donatella i Sansovina. Godzinami studiowała anatomię renesansowych mistrzów. Wiedziała już, że wielkie malarstwo rodzi się z pokory wobec rzemiosła. Podczas tej podróży poznała także Wojciecha Grabowskiego, młodego malarza. Między nimi szybko narodziło się uczucie, jednak nie wiedzieli jeszcze, jak dramatyczną próbę przygotował dla nich los. Kiedy podróż dobiegła końca, Anna była już innym człowiekiem. Nie wróciła do Warszawy z pamiątkami, ale z podjętą , ważną decyzją. Musiała wyjechać do Paryża. Tylko tam mogła przekonać się, czy naprawdę jest Artystką.
Jesienią 1882 roku spakowała swoje szkicowniki, kilka ubrań, niewielką ilość pieniędzy i ogromną odwagę. Nie mogła jeszcze wiedzieć, że za kilka lat francuscy krytycy będą pisać o polskiej malarce z takim samym uznaniem jak o najwybitniejszych artystach Europy. Jedno wiedziała już wtedy na pewno: że najdłuższa podróż nie prowadzi z Warszawy do Paryża, ale od marzenia do jego spełnienia.
Jesienią 1882 roku pociąg wtoczył się na dworzec w Paryżu. Dla większości ludzi było to po prostu wielkie miasto. Dla Anny Bilińskiej – centrum wszechświata. Żadne inne miejsce w Europie nie przyciągało wówczas tylu malarzy, rzeźbiarzy i marzycieli. W drugiej połowie XIX wieku Paryż był tym dla Sztuki, czym Florencja była w czasach renesansu. Tutaj rodziły się nowe kierunki, tutaj jedni zdobywali nieśmiertelność, inni odchodzili w zapomnienie. W kawiarniach Montmartre'u i na bulwarach lewego brzegu Sekwany można było spotkać ludzi, którzy kilka lat później mieli zmienić historię malarstwa. Ale Anna nie przyjechała tutaj oglądać sław. Przyjechała stać się jedną z nich.
Pierwsze dni były dalekie od romantycznych wyobrażeń. Paryż zachwycał, lecz także przytłaczał. Miasto pulsowało nieustannym ruchem. Powozy sunęły szerokimi bulwarami wytyczonymi przez Haussmanna, gazowe latarnie rozświetlały wieczorne ulice, kawiarnie tętniły rozmowami w dziesiątkach języków. Dla młodej Polki, wychowanej pomiędzy Kijowszczyzną a Warszawą, wszystko wydawało się większe, szybsze i bardziej wymagające.
Jej celem była Academie Julian – szkoła wyjątkowa. Nie była akademią państwową, ale prywatną uczelnią, założoną przez Rodolphe'a Juliana, człowieka, który rozumiał coś, czego wiele oficjalnych instytucji jeszcze nie chciało przyjąć: że kobiety mają taki sam talent jak mężczyźni. Brzmi to dziś banalnie. W latach osiemdziesiątych XIX wieku było niemal rewolucją.
Francuskie Ecole des Beaux-Arts przez długie lata pozostawało zamknięte dla kobiet. Nie mogły uczestniczyć w zajęciach z aktu, nie mogły rywalizować o najważniejsze nagrody, nie mogły także zdobywać takiego wykształcenia jak mężczyźni. Academie Julian stworzyła dla nich osobne pracownie. Nie oznaczało to jednak równości, bo kobiety płaciły na przykład wyższe czesne i musiały pracować ciężej. Każdy sukces musiały udowodnić podwójnie. Anna doskonale o tym wiedziała o podobno nigdy nie prosiła o taryfę ulgową. Od pierwszych dni zachowywała się tak, jakby chciała powiedzieć profesorom: "Nie oceniajcie mnie jako kobiety. Oceniajcie mnie jako malarza."
Jej nauczycielami byli najwybitniejsi akademicy epoki: William-Adolphe Bouguereau, Tony Robert-Fleury, Jules Lefebvre, a później także Olivier Merson. Każdy reprezentował nieco inny sposób myślenia o Sztuce.
Bouguereau był mistrzem doskonałości. Uważał, że obraz powinien być dopracowany do granic możliwości. Skóra miała wyglądać jak żywa, tkaniny jak prawdziwy aksamit, światło jak poranne słońce. Robert-Fleury wymagał przede wszystkim dyscypliny kompozycyjnej. Lefebvre fascynował się psychologią twarzy.
Anna chłonęła wszystko. Nie kopiowała swoich mistrzów, ale uczyła się od nich myślenia. Szybko stało się jasne, że Polka należy do najlepszych studentek. Już po roku zdobyła drugą nagrodę w wewnętrznym konkursie Academie Julian. Profesorowie zaczęli zwracać uwagę na niezwykłą pewność jej rysunku. Rzadko poprawiała rozpoczęte linie, jakby od początku wiedziała, gdzie powinny się znaleźć.
Ale życie poza pracownią było znacznie trudniejsze. Pieniędzy brakowało niemal zawsze. Utrzymywała się z lekcji rysunku i muzyki. Czasami sprzedawała niewielkie portrety za kwoty, które ledwie wystarczały na czynsz i farby. Bywały dni, kiedy wybierała między obiadem a nowym płótnem. Nigdy jednak nie narzekała. Była zbyt dumna i zbyt świadoma celu.
Na szczęście Paryż nie był dla niej wyłącznie miejscem samotności. Tutaj odnalazła polskie środowisko artystyczne. Zaprzyjaźniła się z Józefem Chełmońskim, który miał już opinię jednego z najwybitniejszych polskich realistów. Rozmawiali o malarstwie, o Polsce, o tym, jak trudno jest odnaleźć własny język artystyczny na emigracji. Bywała także w domu Władysława Mickiewicza – syna Adama Mickiewicza. Tam spotykała ludzi, dla których Polska nie była jedynie krajem na mapie, lecz ideą, pamięcią i obowiązkiem. Te wieczory miały szczególny charakter. Rozmawiano o literaturze, czytano poezję, dyskutowano o sztuce europejskiej. Wierzono, że naród może przetrwać dzięki Kulturze.
Anna słuchała uważnie, ale następnego ranka wracała do pracowni. Jej językiem nie były słowa. Były nim obrazy. Z czasem Rodolphe Julian powierzył jej kierowanie jedną z pracowni dla kobiet. Był to dowód ogromnego zaufania. Jeszcze kilka lat wcześniej nieznana Polka ledwie wiązała koniec z końcem, a teraz sama stawała się autorytetem.
Niestety zdarza się dość często, że życie rozdaje cierpienie małymi porcjami. Annie Bilińskiej los postanowił podać je naraz. Rok 1884 rozpoczął się jeszcze nadzieją, a zakończył ogromną pustką. Najpierw zmarł ojciec, człowiek, który jako pierwszy uwierzył w jej talent i jej największe oparcie. Jego śmierć przyszła nie tylko jako dramat emocjonalny, ale przyniosła również katastrofę finansową. Anna została praktycznie bez środków do życia daleko od domu i od rodziny. Musiała malować jeszcze więcej i jeszcze szybciej.
Los jednak nie powiedział ostatniego słowa. Jeszcze w tym samym roku zmarła Klementyna Krassowska, najlepsza przyjaciółka. Na szczęście pamiętała o Annie i w testamencie zabezpieczyła ją finansowo. To był niezwykły gest. Jakby wiedziała, że talent Bilińskiej nie może umrzeć z biedy.
Anna nie zdążyła jeszcze otrzeć łez, a rok później spadł kolejny cios. W czerwcu 1885 roku umarł Wojciech Grabowski, jej narzeczony, jej miłość. Człowiek, z którym planowała wspólne życie. Trzy śmierci. W ciągu kilkunastu miesięcy.
Każda z tych strat odebrała jej część świata. Po trzeciej zabrakło już sił. Załamała się. Dzisiaj powiedzielibyśmy zapewne o ciężkiej depresji, wówczas mówiono o wyczerpaniu nerwowym. Przyjaciele bali się o jej życie. Przestała malować. Jakby nagle cały sens pracy zniknął.
Na ratunek przybyła Maria Gażycz. Młoda malarka zabrała Annę do niewielkiej miejscowości Pourville-les-Bains w Normandii. Nie było tam salonów. Było morze, wiatr i cisza. To właśnie tam wydarzyło się coś niezwykłego. Nie tyle wróciła do malarstwa, co odkryła je na nowo.
Normandzkie światło różniło się od paryskiego. Było bardziej miękkie, "wilgotne", jakby przesiane przez mgłę. Morze nie miało gwałtownych kolorów. Oddychało błękitami, szarościami i srebrem. Anna godzinami patrzyła na fale. Nie malowała jeszcze ludzi.
Najpierw malowała ciszę. Powstały wtedy pejzaże i niewielkie studia nadmorskie, które do dziś zachwycają niezwykłą prostotą. Może nie są efektowne, ale są niezwykle prawdziwe.
Kiedy patrzymy na "Nad brzegiem morza", widzimy kobietę i dziecko. Ale tak naprawdę oglądamy samotność. W tym obrazie nie ma teatralnego smutku - jest pogodzenie się. Z czym? Artystka jakby zrozumiała, że cierpienie nie odchodzi. Uczy jedynie inaczej patrzeć. To właśnie w Pourville narodziła się druga Anna Bilińska - silniejsza i dojrzalsza. Już nie dziewczyna marząca o sukcesie, lecz Artystka świadoma ceny, jaką trzeba za niego zapłacić.
Autoportret Anny Bilińskiej powstał w 1887 roku. Na obrazie nie widać ozdobności, biżuterii, teatralnych póz, kokieterii. Anna nie próbuje podobać się komukolwiek. Widzimy jedynie, albo aż, kobietę. Człowieka. Artystkę. Patrzy prosto na widza swoim niezwykłym spojrzeniem. Spokojnym, pewnym siebie, inteligentnym i całkowicie wolnym od lęku.
W XIX wieku taki obraz był niemal manifestem. Większość kobiecych portretów tworzonych przez mężczyzn przedstawiała kobiety jako piękne, delikatne, romantyczne. Bilińska nie chciała być piękna. Chciała być traktowana poważnie, dlatego ubrała się skromnie. Wzięła do ręki pędzle i nie pokazała swojej urody, ale swój zawód.
To była prawdziwa rewolucja artystyczna! Jej twarz nie uśmiecha się, ale też nie jest smutna. To twarz człowieka, który przeszedł przez cierpienie. W oczach można odnaleźć ślady wszystkich wcześniejszych doświadczeń. Rosyjskiej prowincji, Warszawy, biedy, Paryża i Normandii. Śmierci ojca i śmierci Wojciecha. Każde z tych wydarzeń zostawiło tam swój cień. A jednak z tego cienia rodzi się siła.
Autoportret jest również niezwykle nowoczesny pod względem malarskim. Choć Bilińska pozostawała wierna realizmowi i akademickiemu warsztatowi, sposób prowadzenia światła, swoboda pociągnięć pędzla oraz ograniczona gama barw zdradzają, że doskonale znała dokonania impresjonistów. Co ciekawe, sama nie była entuzjastką impresjonizmu. Uważała, że zbyt często poświęca on konstrukcję obrazu na rzecz chwilowego wrażenia. Ale wielcy Artyści nie kopiują - wybierają.
Bilińska przejęła od impresjonistów światło. Pozostała wierna rysunkowi i dzięki temu stworzyła styl całkowicie własny.
Kiedy w 1887 roku Autoportret pokazano na Salonie Paryskim, krytycy nie widzieli już młodej Polki. Zobaczyli wielką malarkę.
Dwa lata później obraz zdobył srebrny medal na Wystawie Światowej w Paryżu i zapewnił Annie międzynarodową sławę oraz prestiżowe prawo wystawiania hors concours, przysługujące jedynie artystom o ugruntowanej pozycji. Jednakże znaczenie tego obrazu wykracza daleko poza zdobyte medale, jest czymś znacznie ważniejszym. To jeden z pierwszych w historii polskiej Sztuki portretów kobiety, która nie prosi o miejsce przy sztaludze. Ona już przy niej stoi i patrzy na nas z niezwykłą pewnością, jakby chciała powiedzieć:
"Nie oceniajcie mnie przez pryzmat tego, że jestem kobietą. Patrzcie na moje obrazy. To one są moją prawdziwą biografią."
Po sukcesie "Autoportretu" przestała być obiecującą studentką z Polski. Stała się jedną z najbardziej cenionych portrecistek europejskiego realizmu. Stała się "Portrecistką Europy"! To był moment niezwykły. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej młoda dziewczyna z Warszawy sprzedawała niewielkie obrazy, aby kupić kolejne płótna. Teraz jej nazwisko pojawiało się w tych samych katalogach, w których drukowano nazwiska najwybitniejszych malarzy Europy. Nie było w tym przypadku. Każdy sukces okupiony był tysiącami godzin pracy, a każda wystawa była kolejnym egzaminem. Paryski Salon nie wybaczał przeciętności. Anna wracała tam regularnie i za każdym razem udowadniała, że jej wcześniejsze sukcesy nie były szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Coraz częściej zamawiano u niej portrety, bowiem zauważono, że nie maluje postaci, a osobowość. Patrząc na jej obrazy, trudno oprzeć się wrażeniu, że za chwilę sportretowana osoba poruszy dłonią albo zacznie mówić. Była mistrzynią psychologii. W każdym człowieku odnajdywała godność i może właśnie dlatego jej portrety wydają się tak współczesne. Patrzą na nas z empatią.
W 1889 roku cały niemal świat przyjechał do Paryża na Wystawę Światową. Nad miastem górowała nowo wybudowana Wieża Eiffla. Jedni zachwycali się techniką, inni Sztuką. Wśród tysięcy dzieł znalazł się także "Autoportret" Anny Bilińskiej. Obraz otrzymał srebrny medal. Dla polskiej malarki był to sukces niemal niewyobrażalny. Ale jeszcze ważniejsze było coś innego. Przypomnę, że uzyskała prawo wystawiania hors concours, co było jednym z najwyższych wyróżnień świata Sztuki. Oznaczało, że jej obrazy nie muszą już walczyć o dopuszczenie do Salonu.
Stała się wtedy Artystką uznaną. Bez nazywania "kobieta malarka".
Sława zaczęła przekraczać granice Francji. Londyn, Royal Academy, Berlin, Monachium, Nowy Jork, Chicago... Nazwisko Bilińskiej pojawiało się w katalogach najważniejszych wystaw świata. W Berlinie zdobyła złoty medal. W Londynie zachwycano się subtelnością jej portretów. W Ameryce oglądano obrazy polskiej malarki z takim samym zainteresowaniem jak dzieła uznanych francuskich mistrzów. Była pierwszą! Polką, która osiągnęła taką pozycję w międzynarodowym świecie Sztuki. I nie dlatego, że była kobietą, ale dlatego, że była znakomita.
Krytycy próbowali wyjaśnić fenomen jej obrazów. Pisali o perfekcyjnym rysunku, o niezwykłej kulturze koloru, o mistrzowskim oddawaniu faktury materiałów. To wszystko było prawdą, ale chyba najważniejszego nie potrafili nazwać. Bilińska malowała ludzi tak, jakby ich naprawdę znała.
Dziś już łatwo powiedzieć, że Anna Bilińska była wybitną malarką. Znacznie trudniej zrozumieć, co naprawdę oznaczało to w XIX wieku. Świat, w którym żyła, nie był światem równych szans. To był świat zamkniętych drzwi. Kobieta mogła być muzą, modelką, ale bardzo rzadko pozwalano jej zostać wielkim Artystą. Nie wypadało przecież. To nie było zajęcie dla damy, no ... nie przystoi.
Anna słyszała podobne opinie przez całe życie. Nigdy jednak z nimi nie dyskutowała. Odpowiadała pracą, a każdy ukończony obraz był jej argumentem. Każdy zdobyty medal – odpowiedzią, a każda zagraniczna wystawa – zwycięstwem nad stereotypem.
Anna nie uczestniczyła w politycznych sporach. Jej feminizm rodził się przy sztaludze i był niezwykle skuteczny. Kiedy namalowała swój "Autoportret", pokazała kobietę, która nie czeka na pozwolenie. Pokazała profesjonalistkę. To był obraz Wolności wywalczonej codziennym wysiłkiem.
Bilińska wiedziała doskonale, jak trudną drogę muszą przejść młode artystki. Sama przecież przeżyła ją od początku: brak akademii, brak pieniędzy i wiary otoczenia. Dlatego zaczęła marzyć o czymś znacznie większym niż kolejne sukcesy. Chciała stworzyć szkołę malarstwa dla kobiet. Prawdziwą akademię, taką, jaką znała z Paryża. Miejsce, w którym kobiety mogłyby studiować anatomię, perspektywę, kompozycję i akt z taką samą powagą jak mężczyźni. To marzenie było równie śmiałe jak jej wyjazd do Francji, a może nawet śmielsze. Nie dotyczyło bowiem już tylko jej, ale całych przyszłych pokoleń kobiet.
Dzisiaj historycy sztuki często nazywają Annę Bilińską pierwszą nowoczesną polską malarką. Z pewnością nie dlatego, że malowała impresjonistycznie i że odrzuciła akademizm. Wręcz przeciwnie. Była akademiczką z przekonania, ale nowoczesna była jej postawa. Uważała, że o wartości Artysty decyduje talent i praca. Nie płeć.
Dopiero wiele lat później podobne przekonania staną się czymś oczywistym. Ona żyła nimi już w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Wyprzedziła swój czas, dlatego współczesność tak dobrze ją rozumie.
W 1892 roku wydarzyło się coś, na co czekała od dawna. Poślubiła doktora Antoniego Bohdanowicza. Po latach samotności, cierpienia i nieustannej pracy odnalazła wreszcie spokój. Małżeństwo nie oznaczało jednak końca marzeń, a stało się początkiem nowych planów. Razem postanowili wrócić do Warszawy. Wracała, ponieważ chciała oddać Polsce wszystko, czego nauczyła się we Francji. Przywoziła doświadczenie i nowoczesne myślenie o edukacji. Przywoziła marzenie - szkołę malarstwa dla kobiet.
Można wyobrazić sobie Annę spacerującą ulicami Warszawy. Być może już widziała oczami wyobraźni pracownie pełne młodych dziewcząt. Może planowała program nauczania i zastanawiała się, których profesorów zaprosić.
Nigdy się tego nie dowiemy, bo los po raz kolejny okazał się okrutny. Od dawna chorowała na serce, ale pracowała pomimo bólu. Nie chciała się poddać, ale organizm miał swoje granice.
W dniu 8 kwietnia 1893 roku zmarła. Miała zaledwie trzydzieści osiem lat. Trzydzieści osiem! Wiek, w którym wielu artystów dopiero osiąga pełnię możliwości.
Jej ostatnim ukończonym dziełem był Portret młodej kobiety z różą. Trudno patrzeć na ten obraz bez wzruszenia. Młoda kobieta trzyma kwiat. Na jej twarzy nie widać dramatyzmu. Jest cisza.
Kilka miesięcy później obraz pokazano na wystawie. Ozdobiono go czarną wstęgą. Tak żegnano Artystkę.
Warszawa straciła kobietę, która mogła zmienić historię polskiej edukacji artystycznej. Europa straciła jedną z najwybitniejszych portrecistek końca XIX wieku.
A Polska... Polska straciła marzenie, które nie zdążyło się spełnić.
XX wiek okazał się dla twórczości Anny Bilińskiej równie okrutny, jak XIX był dla jej życia. Przyszły wojny. Zmieniały się granice i zmieniały się państwa. Niektóre jej obrazy zaginęły. Wydawało się, że już na zawsze. Tak było z Murzynką – jednym z najpiękniejszych portretów w całym jej dorobku. Obraz zniknął podczas II wojny światowej wraz z tysiącami innych dzieł polskiej kultury. Przez dziesięciolecia uznawano go za bezpowrotnie utracony. Aż wydarzył się niemal cud. W ubiegłym roku (2011) obraz został odnaleziony i odzyskany (trafił w tym roku do Muzeum Narodowego w Warszawie). Jakby sama historia postanowiła oddać Annie choć niewielką część tego, co wcześniej jej odebrała. Jednak znacznie trudniej odzyskać pamięć niż płótno. Przez większą część XX wieku nazwisko Bilińskiej pozostawało w cieniu.
Dlaczego? Bo historię sztuki przez dziesięciolecia opowiadano głównie nazwiskami wielkich mężczyzn: Matejko, Chełmoński, Malczewski, Gierymski, Wyspiański. Ich wielkość chyba nie podlega dyskusji. Ale obok nich istniała także Anna. Może nie malowała monumentalnych bitew oraz nie tworzyła patriotycznych alegorii czy też narodowych mitów.
Malowała człowieka. Czy właśnie dlatego łatwiej było o niej zapomnieć? Pamiętajmy, że najczęściej cisza zawsze przegrywa z hukiem.
@ak
Powyższy tekst napisany został w 2012 roku, kilka miesięcy po odzyskaniu obrazu "Murzynka". Publikuję go bez żadnych poprawek.
(Poniżej tekst dopisany w roku bieżącym)
Współczesność zaczęła Annę odkrywać na nowo. Historycy Sztuki wrócili do jej listów, do szkicowników i rrozproszonych po świecie obrazów. Kulminacją tego procesu stała się wielka wystawa „Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” zorganizowana w 2021 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie. Pokazała ona nie tylko znakomitą portrecistkę, ale także kobietę o niezwykłej odwadze i europejskim formacie. Dzisiaj coraz częściej mówi się o niej nie jako o "najwybitniejszej malarce XIX wieku", ale o jednej z najwybitniejszych polskich malarzy. Bo właśnie tak chciała być zapamiętana - przez Sztukę.
Kiedy dziś staję przed jej "Autoportretem", trudno oprzeć się wrażeniu, że patrzy na mnie nie z końca XIX wieku, lecz zaskakująco współcześnie. I nie prosi o współczucie, nie domaga się sprawiedliwości i nie żali się na swój los. Po prostu patrzy spokojnie i pewnie. Z godnością. Jakby chciała powiedzieć, że prawdziwy Artysta nie żyje tyle, ile bije jego serce. Żyje tak długo, jak długo ktoś zatrzyma się przed jego obrazem. A przed obrazami Anny Bilińskiej zatrzymujemy się coraz częściej.
Może właśnie to jest najpiękniejszy epilog tej historii. Są artyści, którzy zdobywają sławę za życia, ale są też tacy, których czas nadchodzi dopiero po wielu dziesięcioleciach. Anna Bilińska należy do obu tych światów. Najpierw zachwyciła Paryż, potem niemal zniknęła z pamięci, a dziś, po ponad stu trzydziestu latach od swojej śmierci, wraca tam, gdzie od początku było jej miejsce.
Do grona najwybitniejszych polskich artystów XIX wieku.
Trudno oprzeć się myśli, że gdyby dane jej było przeżyć jeszcze dwadzieścia lub trzydzieści lat, historia polskiego malarstwa wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie dlatego, że przyćmiłaby Matejkę czy Chełmońskiego, ale dlatego, że otworzyłaby drzwi kolejnym pokoleniom kobiet, które nie musiałyby już pytać, czy wolno im zostać Artystkami. Tego jestem pewien.
@ak
Pozdrawiam Autoportretem Jednej z Najpiękniejszych Historii
Rock'n'RollinArt Lives
Dodaj komentarz
Komentarze