"Prześwit". Podróż, która zaczyna się tam, gdzie kończy się horyzont

Opublikowano w 24 września 2026 13:05

Lubię podróżować. Nie tylko dlatego, że droga nigdy nie prowadzi mnie wyłącznie z tego samego punktu A do tego samego punktu B. Od dawna wiem, że najciekawsze rzeczy potrafią wydarzyć się pomiędzy. Czasami za szybą samochodu, kiedy przede mną ciągnie się kilkadziesiąt kilometrów autostrady i nagle gdzieś z boku pojawia się las zalany poranną mgłą. Czasami na parkingu, z którego zamiast kolejnej kawy wybieram krótki spacer. Najczęściej chyba w jakimś małym miasteczku albo na wsi, do których trafiłem przypadkiem.

I wtedy myślę: szkoda, że nie mogę tego zatrzymać. Nie zawsze robię zdjęcie, bo najczęściej wystarczy tylko zapamiętać to co zobaczę, a poza tym najczęściej nie chce się ciągle trzymać w rękach aparatu.

Dobrze czuję się wśród pejzaży, bo pejzaż jest trochę jak podróż. Wystarczy spojrzeć przed siebie. Kiedy więc wybrałem się wreszcie z Kolegą do Galerii Dobrej Sztuki Muzeum Częstochowskiego i zobaczyłem wystawę Anny Ujmy-Lubaszki „Prześwit”, poczułem, że trafiłem w miejsce, które znam, choć przecież nie znam przedstawionych na obrazach konkretnych miejsc. Znam natomiast to uczucie, moment, kiedy jadę drogą, za oknem przesuwają się pola, drzewa, wzgórza i niebo, a świat nagle na kilka sekund zwalnia. Tutaj droga zatrzymała się na płótnie, a ja mogłem wreszcie wysiąść.

Wystawa była prezentowana od 24 lipca do 6 września 2026 roku. Oficjalny opis ekspozycji mówi o powinowactwie Artystki z naturą, fascynacji jej bogactwem i tajemniczością, o świetle, mgle, pamięci i tym, co w pejzażu pozostaje niezmierzone. Ale kiedy stałem przed tymi obrazami, szybko doszedłem do wniosku, że wszystkie te słowa można sprowadzić do jednego: Zatrzymaj się! Nie przechodź od razu dalej. Nie pytaj, co przedstawia obraz. Patrz. Po prostu patrz!
To z pozoru bardzo proste "polecenie" w naszych czasach staje się niemal aktem buntu. Patrzenie wymaga bowiem czasu, a czasu ciągle mamy za mało.

Na co dzień żyjemy trochę właśnie jak kierowca na autostradzie. Droga przed nami, nawigacja mówi, ile jeszcze zostało kilometrów, ktoś czeka na załadunek, ktoś inny na rozładunek, trzeba pilnować czasu, przepisów, dokumentów. Człowiek jedzie i jedzie. Kilometr. Drugi. Kolejny... A potem nagle wyłania się piękny krajobraz i przez chwilę zapominam, że jestem w pracy.
Widziałem takie momenty w Niemczech, Austrii, Włoszech, Słowenii, Chorwacji, Hiszpanii... Widziałem gęste poranne mgły, góry, które pojawiały się gdzieś na horyzoncie, zanim zacząłem sobie to uświadamiać. Widziałem krajobrazy całkowicie zwyczajne i może właśnie one najbardziej mnie intrygowały. Bo "wielkie" widoki łatwo zapamiętać. Trudniej zapamiętać zwyczajność. Zwyczajne pole za miastem, kilka drzew, jakaś droga prowadząca wydaje się donikąd, stara stodoła, samotny słup, mgła unosząca się nad łąką. Światło, które trwało może pięć minut, a potem nagle zniknęło.

Anna Ujma-Lubaszka właśnie z takich ulotnych momentów buduje swoją opowieść. Oglądając jej obrazy wydaje mi się, że Artystka nie jest zainteresowana wyłącznie tym, co znajduje się w krajobrazie. Interesuje ją to, co krajobraz robi z człowiekiem i to jest chyba najważniejsza różnica. Można namalować las, ale można też namalować ciszę lasu. Każdy malarz potrafi namalować pole, ale niewielu maluje poczucie przestrzeni. Mogę namalować również zachód słońca, ale czy potrafię przedstawić na płótnie tę krótką chwilę, kiedy patrzymy na zachodzące słońce i przez moment wszystko inne przestaje mieć znaczenie? I mam wrażenie, że właśnie tę drugą drogę wybiera Artystka.

Claude Monet szukał w naturze światła i nieustannej zmienności. William Turner potrafił niemal rozpuścić rzeczywistość w atmosferze, mgle i blasku światła. Wojciech Gerson czy Józef Chełmoński patrzyli na polski krajobraz z zupełnie innej perspektywy, zapisując jego konkret, charakter i rytm.
Anna Ujma-Lubaszka nie powtarza żadnej z tych dróg. Historia malarstwa nie jest przecież katalogiem obowiązkowych recept, które trzeba odhaczyć, żeby zasłużyć na własny pejzaż. Każdy Artysta musi znaleźć swój sposób patrzenia. Tutaj tym sposobem jest wyciszenie.

Pejzaż jest jednym z najstarszych i najbardziej pojemnych tematów malarskich. Zmieniał się wraz ze Sztuką i wraz ze sposobem patrzenia człowieka na naturę. Bywał tłem dla opowieści, później stał się samodzielnym bohaterem obrazu. Raz był realistycznym zapisem świata, innym razem przestrzenią światła, emocji, impresji albo niemal abstrakcyjnego doświadczenia. Anna Ujma-Lubaszka nie prowadzi rekonstrukcji natury. Jej obrazy nie są mapami. Nie są pocztówkami, ani też fotograficznymi zapisami miejsc. Powiedziałbym, że są śladem spotkania Artystki z krajobrazem i naszego spotkania z jej obrazem.

Właśnie słowo „spotkanie” wydaje mi się tutaj bardzo ważne. Bo kiedy podróżuję, często mam wrażenie, że najciekawsze miejsca nie są tymi, które wcześniej zaplanowałem. Zdarza się, że jadę gdzieś w konkretnym celu, a po drodze zauważam coś, co bardziej rozwija moje patrzenie na otaczającą rzeczywistość.

Tytuł wystawy – „Prześwit” – jest pod tym względem niezwykle trafny. Prześwit kojarzy mi się najpierw z czymś bardzo konkretnym. Na przykład jadę przez las, drzewa stoją blisko siebie. Wszystko jest zielone, ciemne i zwarte i nagle między nimi pojawia się jasna szczelina. Kawałek nieba. Może światło i otwarta przestrzeń. To właśnie Prześwit. Ale przecież Prześwit może znaczyć znacznie więcej. Może być np. chwilą, kiedy coś zaczynamy rozumieć albo momentem, kiedy za tym, co widzialne, dostrzegamy coś jeszcze. Nie potrafimy tego dokładnie nazwać, ale czujemy, że tam jest. I o tym opowiada Anna Ujma-Lubaszka. O szczelinie pomiędzy tym, co widzimy, a tym, co odczuwamy.

Najbardziej podoba mi się w tych obrazach to, że nie są agresywne wobec mnie. W Sztuce współczesnej można czasami odnieść wrażenie, że obraz musi natychmiast coś powiedzieć. Najlepiej tak, żeby widz nie miał żadnych wątpliwości, co powinien pomyśleć. Tutaj jest inaczej. Artystka zostawia przestrzeń. Nie zamyka obrazu i dzięki temu zaczyna się w nim miejsce dla mnie. Dla mojego doświadczenia, moich podróży oraz wspomnień.

Patrzę na jeden obraz i przypominam sobie niemiecką drogę. Inny przywołuje mi włoskie światło. Jeszcze inny – polskie pola. A przecież Artystka wcale nie musi malować tych miejsc. To ja je do nich dopisuję. Tutaj właśnie Sztuka robi coś niezwykłego. Przestaje być wyłącznie tym, co stworzył Artysta, a staje się również tym, co dopowiada widz. Każdy ma własny pejzaż i własny horyzont. Każdy ma miejsca, które zapamiętał, choć często nawet nie wiemy dlaczego.

Może właśnie dlatego pejzaż jest tak bliski człowiekowi. Nie wymaga od nas znajomości historii Sztuki. Nie musimy znać terminologii, czy posiadać akademickiej wiedzy o tym, czym jest konkretna technika. Możemy po prostu spojrzeć i przypomnieć sobie własne życie. Ja pomyślałem o dzieciństwie, wakacjach, pierwszych podróżach do lasu. O polu za domem dziadków i drogach, które już nie istnieją. O miejscach, które zmieniły się tak bardzo, że trudno je dzisiaj rozpoznać.

Szczególnie mocno przemawia do mnie to, że Anna Ujma-Lubaszka jest częstochowianką. Ukończyła malarstwo na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w 1988 roku, później studiowała także modę i wzornictwo na Politechnice Łódzkiej oraz rozwijała kompetencje artystyczne i projektowe w Warszawie. Przez wiele lat była nauczycielką Zespołu Szkół Przemysłu Mody i Reklamy im. W.S. Reymonta w Częstochowie. Ma również doświadczenie plenerowe i wystawiennicze w Polsce oraz we Włoszech, Słowenii i Grecji, a w 2010 roku otrzymała główną nagrodę krakowskiego konkursu „Obrazy Muzyką Malowane / Polski Pejzaż”. Ta biografia pokazuje człowieka, który przez lata funkcjonował pomiędzy różnymi dziedzinami Sztuki. Być może dlatego jej pejzaże nie są zamknięte w jednej formule. Nie mam wrażenia, że patrzę na malarkę, która po prostu wychodzi w plener, znajduje jakiś krajobraz i przenosi go na płótno. Odnoszę wrażenie, że patrzę na osobę, która przetwarza pejzaż przez własną wrażliwość. Właśnie to przetworzenie jest dla mnie kluczowe. Bo natura sama w sobie jest doskonałym malarzem. O świcie sama zmienia kolory. Jesienią sama komponuje niezwykłe zestawienia. Zimą ogranicza paletę, ale latem eksploduje różnorodnością kolorów. Podczas burzy potrafi stworzyć spektakl, którego nie wymyśliłby żaden scenograf. Artysta nie może z nią konkurować. Może tylko spróbować ją zrozumieć, albo jeszcze lepiej – spróbować zrozumieć własną reakcję na nią. To właśnie wydaje mi się robi Anna Ujma-Lubaszka.

Wystawa jest również opowieścią o świetle. Światło potrafi całkowicie zmienić krajobraz. Ten sam widok o szóstej rano może wyglądać zupełnie inaczej niż w południe. Wieczorem znów staje się czymś innym. Mgła jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Rozmywa granice i odbiera szczegóły. Zostawia atmosferę. Chyba dlatego mgła jest tak interesująca dla malarza - nie pozwala zobaczyć wszystkiego, a właśnie wtedy zaczyna działać wyobraźnia. To bardzo ważna rzecz - nie dostrzegać wszystkiego.

W świecie, w którym mamy dostęp do niemal każdego miejsca, każdego obrazu i każdej informacji, tajemnica zaczyna być dobrem deficytowym. Mogę zobaczyć ulice obcego miasta w internecie. Mogę obejrzeć zdjęcia muzeum, zanim do niego pojadę. Mogę sprawdzić trasę i przeczytać opinie. Mogę zobaczyć niemal wszystko. A jednak nadal chcę podróżować. Dlaczego? Bo obraz nigdy nie zastąpi doświadczenia. Tak samo obraz namalowany przez Artystkę nie zastąpi natury. Może natomiast zrobić coś innego. Może przypomnieć nam, że doświadczenie jest ważniejsze od samego widoku.

Dlatego „Prześwit” odbieram jako wystawę bardzo współczesną pomimo, że jej głównym bohaterem jest temat stary jak samo malarstwo.
Pejzaż.
Nie jest to ucieczka od współczesności. To próba znalezienia w niej oddechu. Wystawa mówi coś prostego: zwolnij. Popatrz. Posłuchaj ciszy. Nie musisz cały czas coś robić.

To ostatnie szczególnie mocno do mnie trafia. Przez wiele lat pracowałem w szkole. Widziałem, jak coraz więcej czasu zajmują dokumenty, procedury, sprawozdania, cele i kolejne wymagania. Człowiek miał czasami wrażenie, że najważniejsze jest udowodnienie, że coś zrobił, a nie samo zrobienie tego. Później przyszedł zupełnie inny rodzaj życia zawodowego. Ciężarówka - droga - Europa. Długie godziny za kierownicą. I paradoksalnie właśnie tam nauczyłem się ponownie patrzeć, bo kiedy jedziesz przez kilka godzin, zaczynasz zauważać rzeczy, które wcześniej umykały. Zmieniające się światło. Pola, kwitnące wiosną drzewa. Ach,...powtarzam się... Ale wtedy dostrzegłem i zrozumiałem, że świat nie musi cały czas dostarczać atrakcji. Wystarczy, że istnieje.

Prawdopodobnie dlatego rozumiem i czuję malarstwo Anny Ujmy-Lubaszki. Nie dostarczyło mi fajerwerków, ale otrzymałem od niego coś cennego - Oddech.
Kiedy patrzę na pejzaż na jednym z obrazów, zaczynam myśleć o horyzoncie. Horyzont jest chyba jednym z najpiękniejszych wynalazków natury. Widać go, ale nie można go dotknąć. Wydaje się blisko, a jednak zawsze jest dalej. Można jechać w jego stronę przez godzinę, dwie albo cały dzień, a on nadal pozostanie przed nami. To bardzo piękna metafora życia. Lubimy przecież patrzeć w dal, bo dal oznacza Możliwość i coś, co jest jeszcze przed nami.

„Prześwit” mówi mi, że nie wszystko, co ważne, znajduje się po tej stronie horyzontu. Czasami trzeba spojrzeć przez niego, albo poza niego. A może nawet – w Siebie. To już nie jest tylko malarstwo pejzażowe. To rozmowa o człowieku czyli o jego potrzebie przestrzeni, wolności, o potrzebie ciszy i o tym, że nawet człowiek bardzo mocno zanurzony w cywilizacji nadal potrzebuje stanąć na polnej drodze i tylko popatrzeć przed siebie.

Myślę też o tym, jak bardzo natura jest związana z naszym poczuciem czasu. W mieście czas płynie według zegarka. W naturze – według światła.
Świt. Dzień. Zmierzch. Noc.
Wiosna. Lato. Jesień. Zima.
Natura nie zna naszych terminów. Nie wie, że coś miało być „na wczoraj”. Nie przejmuje się deadline'em. Nie sprawdza poczty i nie odbiera telefonu. Po prostu trwa. Czy dlatego kontakt z nią tak dobrze działa na człowieka? Przypomina, że nie jesteśmy centrum świata.

Wystawa "Prześwit" opowiada o momencie, w którym patrzenie przechodzi w odczuwanie. Kiedy obraz zaczyna działać poza swoją fizyczną powierzchnią. Kiedy widzę przestrzeń, ale zaczynam myśleć o Wolności. To jest właśnie ten moment.
Prześwit.
W przypadku Anny Ujmy-Lubaszki nie chodzi więc o jednorazowe zainteresowanie pejzażem, lecz o konsekwentne poszukiwanie własnego języka. I ten język jest bardzo osobisty.

Kiedy następnym razem będę jechał ciężarówką przez Europę i zobaczę gdzieś pomiędzy drzewami jasny kawałek nieba, być może pomyślę o „Prześwicie”. Kiedy rano nad polem będzie wisiała mgła, też. I również wtedy, kiedy słońce przed zachodem zrobi z całego krajobrazu kilka odcieni złota. I także, kiedy...

Świat nie musi być spektakularny, żeby był piękny. Czasami wystarczy, że "prześwituje". Chyba właśnie dlatego lubię ten tytuł.
"Prześwit". Bo prześwit jest chwilą. Szczeliną. Możliwością. Jest czymś pomiędzy. Pomiędzy światem zewnętrznym a tym, który nosimy w sobie. I właśnie tam spotykam malarstwo Anny Ujmy-Lubaszki.
Pejzaż nie kończy się więc na horyzoncie. Może nawet nigdy się tam nie zaczyna. Zaczyna się w człowieku.
Prześwit. A przez niego – kawałek świata, którego wcześniej nie zauważaliśmy. Tam zaczyna się prawdziwa podróż.
@ak

Pozdrawiam "Prześwitem" pomiędzy Wnętrzem a Zewnętrzem

Rock'n'RollinArt Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.