Lustro naszego świata - nowe nabytki w Galerii Bielskiej BWA

Opublikowano w 17 września 2026 14:41

Do Willi Sixta w Bielsku-Białej wszedłem z zainteresowaniem, bowiem jest to miejsce, w którym przeszłość spotyka się z teraźniejszością, a teraźniejszość próbuje odpowiedzieć na pytania dotyczące przyszłości. Willa sama w sobie jest już bowiem częścią opowieści. Jej historyczne wnętrza pamiętają ludzi, którzy żyli tutaj w zupełnie innym świecie, a dziś te same przestrzenie wypełniają obrazy, fotografie, rzeźby, instalacje i obiekty stworzone przez Artystów patrzących na rzeczywistość z perspektywy XXI wieku.

Tym razem przyjechałem zobaczyć wystawę „Nowe nabytki w Kolekcji Sztuki Galerii Bielskiej BWA”, której kuratorką jest Agata Smalcerz. Biorę krótką broszurę napisaną przez wyżej wymienioną i próbuję poruszać się po wystawie według jej "wskazówek". Bardzo szybko przekonuję się, że słowo „nabytki” jest tutaj trochę mylące. Brzmi niemal handlowo, jakby chodziło o zwyczajne powiększanie magazynu dzieł Sztuki. Może troszeczkę coś w tym jest, ale na pewno ma to konkretny cel: każdą nową pozyskaną pracę zachować dla przyszłości. Niby banalne, jednak niezwykle ważne, gdyż każda kolekcja staje się przede wszystkim rodzajem pamięci. I o tym myślę niemal od początku zwiedzania.

Jak dowiaduję się z krótkiego tekstu Kolekcja Sztuki Galerii Bielskiej BWA liczy obecnie ponad 1130 prac. To imponująca liczba, ale jeszcze bardziej interesuje mnie fakt, że kolekcja nie jest czymś zamkniętym. Cały czas powiększa się, zmienia i reaguje na współczesność. Wiele najnowszych dzieł trafiło do niej jako dary Artystów, część została zakupiona po wystawach, między innymi związanych z Biennale Malarstwa Bielska Jesień. Ważną rolę odgrywają także sponsorzy, dzięki którym Galerię stać na pozyskiwanie nowych prac.

Patrzę na obrazy i zaczynam sobie ponownie w takich miejscach uświadamiać, że muzealna kolekcja jest trochę jak kapsuła czasu. Artysta tworzy dzieło dzisiaj, ja oglądam je teraz, ale za kilkadziesiąt czy sto lat ktoś może patrzeć na tę samą pracę i próbować z niej odczytać świat, w którym żyliśmy. To duża odpowiedzialność. Sztuka współczesna często bywa oskarżana o to, że jest hermetyczna, trudna, oderwana od rzeczywistości. Tymczasem wystawa w Willi Sixta pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Te prace bardzo mocno tkwią w świecie, w którym żyjemy. Mówią o historii, polityce, ekologii, religii, naturze, migracji, przemocy, technologii, internecie, mieście, codzienności i o ludzkich emocjach. Innymi słowy — mówią o Nas.

Nie oglądam wystawy jak "egzaminu", na którym trzeba koniecznie odgadnąć „co autor miał na myśli”. Jak zawsze wolę pozwolić obrazom mówić własnym językiem. Czasami rozumiem go od razu, czasami po chwili, a często zostaję z pytaniem. To ostatnie bywa chyba najcenniejsze.

Pierwsze prace przypominają mi, że natura w Sztuce współczesnej dawno przestała być wyłącznie pięknym pejzażem. Rośliny mogą być symbolem, ostrzeżeniem, śladem przemijania, a nawet punktem wyjścia do opowieści o człowieku. Zatrzymuję się przy pracach Edyty Hul i co widzę? Jej wielkie abstrakcje można odbierać jako echo bujnej roślinności, choć nie są przecież prostym odwzorowaniem świata flory. Bardziej przypominają mi ślad po spotkaniu człowieka z naturą. To nie jest botaniczny atlas, ale przetworzona rzeczywistość, która przechodzi przez wyobraźnię Artystki i wraca do mnie już jako coś nowego. Czy na tym polega siła abstrakcji? Malarka nie mówi do mnie: „Oto drzewo”. Raczej słyszę ją mówiącą: „Tak odczuwam obecność drzewa”. To ogromna różnica.

Przy pracy Dory Hary „Cień”, wykonanej farbami wodnymi na jedwabiu, znów pojawia się natura, ale tym razem w niezwykle delikatnej formie. Jedwab sam w sobie sprawia wrażenie materiału kruchego, niemal ulotnego. Patrzę na tę pracę i myślę o cieniu — czymś, co istnieje tylko dzięki obecności czegoś innego. Cień nie jest samodzielnym bytem. Jest śladem. A przecież życie człowieka też pozostawia przede wszystkim ślady. Między innymi dlatego tak bardzo interesuje mnie Sztuka. Obraz, fotografia czy rzeźba są przecież rodzajem śladu pozostawionego po człowieku. Nawet wtedy, gdy przedstawiają coś zupełnie abstrakcyjnego.

Michał Slezkin prowadzi mnie jeszcze dalej w stronę świata roślin. Jego czarno-biały portret lilii z cyklu „Kwiaty zła” przywołuje oczywiście skojarzenie z Baudelaire'em i jego słynnymi „Kwiatami zła”. Piękno i mrok, natura i śmierć oraz delikatność i niepokój. To zestawienie fascynuje mnie od dawna. Kwiat kojarzy się przecież z życiem, pięknem, zapachem, młodością. A jednocześnie każdy kwiat jest częścią biologicznego procesu, którego końcem jest przemijanie. Kwitnienie od początku zawiera w sobie zapowiedź przekwitnięcia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobnie jest z człowiekiem. Żyjemy tak, jakbyśmy mieli przed sobą nieskończoność, choć doskonale wiemy, że jej nie mamy. To jedna z tych sprzeczności, których Sztuka nie musi rozwiązywać. Wystarczy, że je pokazuje.

W pracach duetu Sławomir Rumiak i Kanon Myokoin pojawia się pałka wodna, przekształcona w obiekt fotografii kreacyjnej „Zagrożenia utraty równowagi systemu”. Już sam tytuł brzmi jak ostrzeżenie. Patrzę na tę pracę i myślę o tym, jak łatwo człowiek uwierzył, że świat jest jego własnością. Budujemy, eksploatujemy, przetwarzamy, wycinamy, kopiujemy, produkujemy, a potem dziwimy się, że natura zaczyna wystawiać rachunek.
Irmina Rusicka pokazuje mi z kolei równo posadzone drzewa jednego gatunku. „Kto by się chciał wychylić z przyjaznego mroku” nie przypomina naturalnej puszczy. To raczej natura podporządkowana ludzkiej potrzebie porządku i użyteczności. Drzewa stoją jak żołnierze - równo, w szeregu, jednakowo. Ta pozorna harmonia zaczyna mnie niepokoić. Człowiek lubi porządek, ale natura — różnorodność. Może dlatego tak często próbujemy ją poprawiać.

W pewnym momencie pojawia się praca Karoliny Jarzębak. Obiekt wykonany z drewna techniką intarsji przedstawia górski pejzaż z ośnieżonymi szczytami i jeziorem. Po tafli wody płyną jednak dziwaczne postaci, które doskonale znamy ze współczesnego świata Internetu. I nagle góry spotykają się z Internetem. Tradycyjna technika zderza się z cyfrową wyobraźnią.
Drewno, czyli materiał bardzo stary, niemal pierwotny, zostaje wykorzystane do opowiedzenia historii o świecie, w którym człowiek spędza coraz więcej czasu w przestrzeni wirtualnej. Patrzę na ten pejzaż i mam wrażenie, że artystka pyta mnie, gdzie właściwie dzisiaj znajduje się rzeczywistość. Czy jeszcze tutaj? Czy może już w telefonie, w komputerze, w mediach społecznościowych? W przestrzeni, której fizycznie nie można dotknąć, a która potrafi wpływać na nasze emocje, poglądy, relacje i decyzje bardziej niż niejeden realny krajobraz?
Nigdy wcześniej człowiek nie miał takiej możliwości tworzenia alternatywnych światów i nie był tak blisko sytuacji, w której może pomylić mapę z terytorium.

Historia wraca na tej wystawie bardzo mocno. Willa Sixta zaczyna działać na mnie szczególnie intensywnie. Jacek Dyga, którego obraz bez tytułu z 1994 roku trafił ostatnio do kolekcji, odnosi się do świata przyrody niszczonej przez człowieka. Uproszczony pejzaż, zbudowany z czarnych linii, jest daleki od klasycznego piękna natury. To ostrzeżenie, nie przysłowiowa "pocztówka".
Jeszcze mocniej odczuwam historię przy obrazie „Maus 1” Wilhelma Sasnala. To pierwsza z prac artysty nawiązujących do słynnego komiksu Arta Spiegelmana, który opowiedział historię swojego ojca Władka, więźnia Auschwitz. Bielsko-Biała pojawia się w opowieści Spiegelmana i pojawiają się żydowscy mieszkańcy oraz pamięć miasta. Przeszłości nie można wymazać. Patrzę na pracę Sasnala i myślę o tym, jak dziwnie działa czas. Człowiek umiera, miasto się zmienia, budynki znikają, powstają nowe, a pokolenia odchodzą. A jednak historia potrafi powrócić w postaci obrazu. Wystarczy kilka linii, jeden kadr, jedna fotografia i... Mamy opowieść.

Mocniej uświadamiam to sobie przy instalacji TNCBH duetu Memorymorph — Małgorzaty Łuczyny i Jacka Złoczowskiego. Artyści odtworzyli zarys synagogi, która istniała w tym miejscu w latach 1881–1939. Dokumentacja fotograficzna i projekcja wideo stają się tutaj rodzajem przywołania nieobecności. Patrzę na przestrzeń i próbuję wyobrazić sobie budynek, którego już nie ma. Po chwili dochodzę do jednej z najważniejszych refleksji podczas całej wystawy: nieobecność potrafi być równie mocna jak Obecność. Czasami pusty plac mówi więcej niż stojący na nim pomnik, bo pustka zmusza wyobraźnię do pracy. Muszę sam dopowiedzieć sobie to, czego już nie mogę zobaczyć. W tym sensie Sztuka Memorymorph działa na mnie trochę jak archeologia pamięci. Nie rekonstruuje przeszłości po to, żeby stworzyć jej doskonałą kopię, tylko pokazuje ranę po czymś, co kiedyś istniało. Od razu mam skojarzenie z Heideggerem i jego refleksją nad byciem oraz nieobecnością. Człowiek istnieje zawsze wobec czasu, a rzeczywistość nie jest tylko tym, co znajduje się przed naszymi oczami. Jest także tym, czego już nie ma, ale co nadal wpływa na nasze rozumienie świata. Patrzę więc na miejsce po synagodze i myślę, że historia miasta nie kończy się wraz ze zniknięciem budynku. Ona trwa dopóki ktoś pamięta.

Patrzę w tekst Agaty Smalcerz i wiem, gdzie mam udać się dalej. Jacek Świdziński zabiera mnie do zupełnie innego momentu historii. Jego „Festiwal”, słynny komiks odnoszący się do Światowego Festiwalu Młodzieży w Warszawie w 1955 roku, pojawia się tutaj w postaci fragmentów nadrukowanych na koszuli zaprojektowanej na wystawę „Pokój”. Znów przeszłość zostaje przefiltrowana przez współczesność, a historia nie siedzi grzecznie w podręczniku. I znowu prosty wniosek - Historia jest przecież wszędzie. Problem polega tylko na tym, że często jej nie zauważamy.

W pewnym momencie wystawa skręca w stronę religii. Robi się jeszcze ciekawiej. Urszula Broll była buddystką. Jej prace inspirowane są symbolami buddyzmu, pojawiają się w nich mandale, a mandala od razu kojarzy mi się z kołem, a koło nie ma początku ani końca. To symbol całości, harmonii i porządku. Patrząc na te prace myślę o człowieku, który od tysięcy lat próbuje odnaleźć jakiś porządek w świecie, który często wydaje się chaotyczny. Pewnie właśnie dlatego potrzebujemy religii, filozofii i Sztuki. Nie potrafią odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale pomagają nam znieść fakt, że nie na wszystkie pytania istnieją odpowiedzi.

Ewa Ciepielewska wprowadza symbole chińskiego zodiaku, między innymi poprzez „Rok Tygrysa” z 2022 roku. Andrzej Ziółkowski pokazuje w fotografiach różne religie współistniejące w Azji Południowo - Wschodniej. Tomasz Kulka tworzy własną mitologię w malarskim tryptyku „Game Over”, gdzie bóstwem staje się ogromna człekokształtna roślina. I znowu wracam myślami do natury. Człowiek stworzył bogów na własne podobieństwo, ale być może teraz zaczyna odkrywać, że powinien spojrzeć na świat także z perspektywy innych form życia. Może przyszła pora, aby roślina przestała być wyłącznie rośliną, a człowiek przestał być wyłącznie człowiekiem.

Szczególne wrażenie robią na mnie prace artystów aborygeńskich — Barbary Reid Napangarrdi, Mary Dixon Nungurrayi i Walali Tjapaltjarri. Na pierwszy rzut oka ich obrazy mogą wyglądać jak abstrakcja. Patrzę na nie dłużej i rozumiem, że takie spojrzenie byłoby ogromnym uproszczeniem. Te obrazy są przecież związane z mitami o przodkach, z opowieściami o bóstwach, które przybyły z kosmosu i obdarzyły ludzi wiedzą. Jednocześnie pełnią funkcję map — pozwalają wskazywać konkretne miejsca, źródła wody czy miejsca pochówku. To niezwykłe połączenie mitu, pamięci, geografii i Sztuki. Europejczyk często patrzy na mapę i widzi przede wszystkim przestrzeń. U tych Artystów mapa być może jest opowieścią, terytorium pamięcią, a krajobraz może być świętością. Tak to odbieram. Nasza zachodnia cywilizacja przyzwyczaiła się do dzielenia rzeczywistości na osobne szuflady. Tu religia, tu geografia, a tu historia, tam Sztuka, a tam codzienność. A może nigdy nie powinny być rozdzielane?

Kolejne prace sprowadzają mnie już zdecydowanie do świata współczesnego. Mariola Brillowska pokazuje „Dwa roboty” w fosforyzujących, jaskrawych barwach. Ewa Zawadzka w monochromatycznej pracy „Na krawędzi światła” odwołuje się do nowoczesnej architektury. Technologia, beton, światło, maszyny. To świat, który stworzyliśmy własnymi rękami. Świat, który miał uczynić nasze życie łatwiejszym. I rzeczywiście uczynił. Wystawa przypomina mi jednak, że techniczny postęp nie rozwiązał najstarszych problemów człowieka. Nadal się boimy, nadal walczymy, migrujemy i szukamy sensu naszego życia. Niestety również cały czas niszczymy to, co jest nam potrzebne do życia. Być może więc największym paradoksem cywilizacji jest to, że potrafimy wysłać sondę w kosmos, a jednocześnie nie potrafimy porozumieć się z człowiekiem stojącym kilka metrów dalej.

Idę dalej za radą kuratorki wystawy Agaty Smalcerz. Michał Slezkin w „Apokalipsie” dotyka problemu konfliktu. Zbigniew Gula w serii „pocztówek” pokazuje podpalane przez protestujących miasta. „Pocztówka z Paryża” brzmi niemal ironicznie. Pocztówka kojarzy się przecież z czymś pięknym. A tutaj pokazuje płomienie. Piękny obraz miasta zostaje zastąpiony obrazem gniewu.
Adam Kozicki w pracy „Budzę się w miejscu, w którym żaden człowiek nie zdoła żyć” dotyka problemu migracji z biednego Południa do bogatej Północy. Ponownie Sztuka przestaje być dla mnie wygodnym miejscem i zaczyna uwierać. Można dyskutować o polityce migracyjnej, granicach, odpowiedzialności państw i konsekwencjach wielkich ruchów ludności. Ale obraz przypomina mi o jednej rzeczy, o której łatwo zapomnieć: zanim człowiek stanie się migrantem, uchodźcą, statystyką albo nagłówkiem gazety, jest po prostu człowiekiem. Sztuka potrafi przywrócić temu słowu jego właściwy ciężar.

„The Way of The Empty Hand” Piotra Gromniaka i „Amnezja” Olgi Dmowskiej prowadzą mnie dalej przez mniej oczywiste obszary konfliktu. Nie zawsze potrzebujemy sceny wojny, żeby mówić o przemocy. Czasami konflikt jest wewnątrz człowieka. „Amnezja” jest dla mnie właśnie takim słowem - kluczem. Zapominanie może być wybawieniem, ale najczęściej jest zagrożeniem. Człowiek bez pamięci jest wolny od części własnego bólu, ale jednocześnie traci kawałek własnej tożsamości. To samo dotyczy społeczeństw. Jeżeli zapominamy historię, możemy zyskać chwilowy spokój, ale płacimy za niego ryzykiem powtarzania dawnych błędów.

Niewielki rysunek Olafa Brzeskiego „Oko w jaskini” pokazuje mi, że wielkość dzieła nie zależy od jego rozmiaru. Oko -Jaskinia Łza. Ta łza wypływająca z kącika oka sugeruje smutek i przygnębienie. Znowu przypominam sobie, że człowiek nie zawsze potrzebuje wielkiej narracji. Jeden szczegół potrafi powiedzieć więcej niż monumentalna kompozycja.

„Tytan” Bartłomieja Flisa przenosi mnie natomiast w świat oniryczny. Mała, świetlista postać człowieka poszukuje wsparcia i ratunku w ogromnym bocianie. To obraz, który pozostaje ze mną na dłużej. Człowiek jest mały - Przyroda ogromna, ale nie odczuwam tego jako zagrożenia. Przeciwnie. Wiem, że Przyroda jest moim opiekunem.
Michał Slezkin pokazuje dyptyk „Noc, prawie poranek”. „Pola magnetyczne” to impresjonistycznie malowane pnące róże, a „Julia” przedstawia dziewczynę wydmuchującą dym. Jest w tych pracach coś ludzkiego, a po tych wszystkich konfliktach, katastrofach, pytaniach o przyszłość i ekologicznych zagrożeniach nagle pojawia się zwyczajny moment. Nazwałbym go piękną metaforą nadziei.

Tomek Ratajczak dodaje do tej opowieści poezję. Typograficzne prace z cytatami pokazują, że słowo nadal może być obrazem, a Sztuka nie zawsze musi być logiczna w sensie matematycznym. Czasami jej logika jest logiką skojarzeń.
Aleksander Garncarek wraca natomiast do świata wiejskich widoków i zwierząt gospodarskich. To już rzeczywistość bardzo prosta, bo człowiek składa się nie tylko z wielkich problemów, ale przede wszystkim właśnie z codziennych, prostych chwil.

Wystawę zamyka „Pomnik anonimowej pracownicy kultury” Józefa Nowaka. Naturalnej wielkości rzeźba młodej kobiety spogląda śmiało, choć nie bez obawy, w przyszłość. Staję przed nią i mam wrażenie, że to bardzo dobre zakończenie całej wystawy. Kończymy na człowieku, na młodej kobiecie i na kimś, kto jeszcze nie wie, co przyniesie przyszłość. To spojrzenie jest jednocześnie odważne i niepewne, bo tak naprawdę nie jestem pewien, co mnie czeka.

Wychodzę z Willi Sixta, ale wystawa nie kończy się we mnie wraz z przekroczeniem progu. Odnoszę wrażenie, że dopiero wtedy zaczyna się jej druga część. Zabieram ze sobą obrazy natury, pamięć o nieistniejącej synagodze, opowieść o Auschwitz, mandale Urszuli Broll, aborygeńskie mapy i mity, roboty Marioli Brillowskiej, płonące miasta Zbigniewa Guli, migranta Adama Kozickiego, łzę Olafa Brzeskiego, wielkiego bociana Bartłomieja Flisa, róże Michała Slezkina i wreszcie tę młodą kobietę Józefa Nowaka, która patrzy w przyszłość. Nagle rodzą się w mojej głowie pytania: Kim jesteśmy? Skąd przyszliśmy? Co zrobiliśmy z naszym światem? Co zrobiliśmy z naturą i co zrobimy dalej?

W Willi Sixta dostaję ponad tysiąc możliwych śladów. Ponad 1130 prac w całej kolekcji (może kiedyś zobaczę wszystkie?), a każda z nich jest innym spojrzeniem na całą problematykę o której myślę. W tym tkwi największa wartość kolekcji Galerii Bielskiej BWA, która nie próbuje zamknąć współczesności w jednej definicji. Oczywiście może największym błędem, jaki można popełnić wobec Sztuki, jest oczekiwanie, że ma nam wszystko wyjaśnić. Jednak Sztuka nie jest instrukcją obsługi świata, a lustrem, które czasami pokazuje mi twarz, którą znam, a czasem taką, której wolałbym nie zobaczyć. Często widzę również twarz świata, którego jeszcze nie znam.

Przypomina mi się tutaj Camus i jego przekonanie, że człowiek musi żyć pomimo świadomości absurdu. Nie chodzi o to, żeby znaleźć ostateczne rozwiązanie wszystkich problemów, ale o to, żeby mimo ich istnienia nadal podejmować życie. Podobnie działa ta wystawa. Pokazuje katastrofy, ale daje nadzieję. Pokazuje śmierć, ale mówi o pamięci. Pokazuje niszczenie natury, ale przypomina o jej pięknie. Pokazuje historię, ale pozwala patrzeć w przyszłość. Pokazuje religię, ale nie narzuca jednej odpowiedzi. I wreszcie pokazuje Człowieka małego wobec świata, ale nie pozbawia go znaczenia.
Może więc wystawa „Nowe nabytki w Kolekcji Sztuki Galerii Bielskiej BWA” jest w gruncie rzeczy opowieścią o naszej niedoskonałej próbie zrozumienia rzeczywistości.

@ak

Pozdrawiam Lustrem Naszego Świata 

Rock'n'RollinArt Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.