Symbol miłości, znak zależności czy utrata własnej tożsamości? Rafał Masiulaniec i jego obraz "G6"

Opublikowano w 7 sierpnia 2026 15:17

Rafał Masiulaniec należy do Artystów, którzy wypracowali bardzo charakterystyczny język malarski. Jego obrazy zwykle funkcjonują na pograniczu surrealizmu, realizmu magicznego, symbolizmu i filozoficznej alegorii. Według mnie nie tyle opowiada jakieś historie, ile buduje stany psychiczne i egzystencjalne napięcia. Nie narzuca jednej interpretacji i raczej otwiera przestrzeń do refleksji. Spróbowałem przeanalizować jeden z moich ulubionych obrazów.

Pierwsze wrażenie jest niemal teatralne. Nie patrzymy na zwykłą scenę przedstawiającą kobietę i mężczyznę siedzących naprzeciw siebie. Patrzymy na przedstawienie, w którym wszystko jest symbolem. Tutaj nie istnieje nic przypadkowego. Czy to metafora ludzkiego spotkania/połączenia - kobiety i mężczyzny?
Pomimo nasycenia kolorami najbardziej uderzyła mnie cisza w tej opowieści. Jednakże pomimo, iż czuję/"słyszę" ją patrząc na obraz za każdym razem, gdzieś pod spodem trwa rozmowa. Albo inaczej - to Cisza, która przyszła po wielu słowach. Po rozmowie trwającej od lat, a może nawet od początku życia. Właśnie dlatego słowa przestały mieć znaczenie. Zostały tylko połączenia lub więzy.

Najbardziej niepokojącym elementem są oczywiście głowy, a właściwie ich brak - ludzie utracili twarze. W psychologii twarz jest miejscem tożsamości. Dzięki niej rozpoznajemy drugiego człowieka. Dzięki niej istnieją emocje, spojrzenie, uśmiech, gniew, łzy. Tutaj niczego takiego nie ma. Głowy zostały zastąpione czymś przypominającym wydłużone pnie drzew lub korzenie wyrastające z głowy. Można odczytać to na wiele sposobów.
Być może Autor mówi o relacjach, w których człowiek przestaje być sobą. Po wielu latach związku ludzie czasami zaczynają myśleć identycznie. Kończą nawzajem swoje zdania. Przewidują swoje reakcje, a ich indywidualność zaczyna się rozmywać.
Na obrazie zostało to pokazane dosłownie. Nie patrzą już na siebie. Splatają się w jeden organizm.
Te niezwykłe szyje przypominają korzenie drzew, a korzenie mają ciekawą symbolikę. Łączą i odżywiają, ale również unieruchamiają. Korzeń nie może odejść. Nie może zmienić miejsca i jest skazany na tę samą ziemię.
Może właśnie o tym mówi obraz? Niektóre relacje przestają być wyborem?

Jeszcze ciekawsze jest to, że oba "korzenie" skręcają się ze sobą, tworząc pień drzewa. Nie jest to zwykłe splecenie. To wzrost. Miłość, przywiązanie, wspomnienia, cierpienie, wspólne doświadczenia — wszystko to z czasem tworzy coś większego od samych ludzi.
A drzewo?
Drzewo w kulturze od tysięcy lat oznacza życie. Drzewo poznania, drzewo genealogiczne, drzewo pamięci i przetrwania. Tutaj wydaje się ono wyrastać właśnie z relacji. To niezwykle piękna metafora, bo drzewo nie powstaje obok nich. Ono wyrasta z nich.

W centrum obrazu znajduje się okno. Czy symbolizuje granicę rzeczywistości? Za oknem nie ma żadnego świata. Nie widać miasta, lasu, krajobrazu. Jest za to kosmos. Gwiazdy, księżyc. Nieskończoność. To bardzo charakterystyczny motyw dla malarstwa surrealistycznego. Okno nie jest oknem. Jest przejściem. Przejściem między światem materialnym a światem Idei. Między codziennością a wiecznością. Można odnieść wrażenie, że postaci siedzą już nie w domu, a gdzieś na granicy istnienia.

A co ze światłem? Z sufitu zwisa żarówka. Na pierwszy rzut oka wygląda zwyczajnie. Ale gdy spojrzymy uważniej... nie oświetla właściwie niczego. Znajduje się dokładnie nad miejscem, gdzie pień drzewa rozdziela się na dwie osoby. To może oznaczać świadomość - poznanie, olśnienie, a może coś bardziej gorzkiego, że zrozumienie przychodzi dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

Ściany są stare, popękane, pokryte wilgocią. Wydaje się, że dom jest w stanie rozpadu. Jednak ludzie nadal siedzą, nie próbują z niego uciekać. Czy można interpretować to jako symbol związku, miłości? Wszystko wokół ulega zniszczeniu, jednak więź pozostaje.

Kolorystyka jest bardzo przemyślana. Dominują: ochra, złoto, brązy, czerń, czerwień sukni, granat garnituru. Żółty nie jest tutaj kolorem słońca, a bardziej starego pergaminu, starego domu, czasu, przemijania.
Natomiast czerwień sukni kobiety od razu przyciąga uwagę. To jedyny naprawdę żywy kolor. Może oznaczać miłość, namiętność, może cierpienie albo po prostu życie.
Z kolei granat mężczyzny jest chłodniejszy, spokojniejszy. Jakby oboje reprezentowali dwa przeciwstawne żywioły.
Siedzą na zwykłych drewnianych krzesłach. Nie fotelach czy łóżku albo sofie. Krzesła są symbolem codzienności. To zwyczajni ludzie, dlatego ich dramat nie jest wyjątkowy.
Jest to dramat powszechny, codzienny, ludzki.

Patrząc dłużej, zaczynam mieć wrażenie, że człowiek przestaje być tutaj indywidualną osobą. Artysta pokazuje ludzi bardziej jako element większego organizmu. Trochę przypomina to filozofię Barucha Spinozy, dla którego człowiek nie istnieje oddzielnie od natury. Jest jej częścią i nie jest panem świata. Jest jednym z jego przejawów. Tutaj również ludzie dosłownie zamieniają się w drzewo. Nie dominują nad naturą, wracają do niej. Są biologicznym organizmem, nie boskim stworzeniem.

Natomiast patrząc z perspektywy psychologii Carla Gustava Junga obraz wydaje się jeszcze ciekawszy. Drzewo jest jednym z najważniejszych archetypów. Oznacza proces indywidualizacji, rozwoju psychiki i łączenia przeciwieństw. Kobieta i mężczyzna mogą symbolizować animę i animusa. Dwie części ludzkiej osobowości. Ich połączenie prowadzi do powstania czegoś pełniejszego. Nie nowej osoby, a nowej świadomości.

Patrząc na obraz jeszcze dokładniej przypomniała mi się filozofia Martina Bubera. Jego słynne rozróżnienie "Ja–Ty" i "Ja–To". W prawdziwym spotkaniu człowiek nie traktuje drugiego jak przedmiotu. Powstaje relacja. Tutaj relacja osiąga absolutne maksimum. Granice między "Ja" i "Ty" zanikają. Pozostaje tylko wspólne istnienie.
Jednak Masiulaniec zdaje się zadawać pytanie:
czy całkowite stopienie się z drugim człowiekiem naprawdę jest szczęściem? Czy może właśnie początkiem utraty siebie?

Filozofując dalej obraz można odczytać także przez pryzmat filozofii egzystencjalnej. Choć siedzą razem, między nimi nie ma kontaktu wzrokowego. Nie mogą już spojrzeć sobie w oczy, ich twarze zniknęły. To paradoks. Nigdy nie byli tak blisko i nigdy nie byli od siebie dalej.
To przypomina myśl, że człowiek pozostaje samotny nawet w najgłębszej relacji. Bliskość może zmniejszyć tę samotność, ale nie jest w stanie jej całkowicie usunąć. Być może dlatego za oknem nie widzimy miasta ani ludzi, lecz kosmiczną pustkę – przestrzeń, wobec której każda ludzka historia wydaje się jednocześnie krucha i niezwykle cenna.

Im dłużej patrzę na ten obraz, tym bardziej wydaje mi się, że nie opowiada o miłości, o małżeństwie, ani o samotności.
Opowiada o Czasie. Bo właśnie Czas sprawia, że dwoje ludzi zaczyna przypominać jedno drzewo. Czas splata wspomnienia, zaciera indywidualność, buduje wspólne korzenie. I Czas wystawia na próbę każdą więź.

To, co szczególnie cenię w malarstwie Rafała Masiulańca, to umiejętność budowania narracji bez dosłowności. Jego obrazy przypominają sen, ale sen podporządkowany własnej logice. Każdy przedmiot – drzewo, okno, żarówka, popękana ściana – jest znakiem, który prowadzi do kolejnych znaczeń. W tym sensie jego twórczość bywa zestawiana z tradycją surrealizmu, jednak nie jest prostym naśladownictwem. Zamiast epatować dziwnością dla niej samej, Artysta wykorzystuje surrealistyczne środki, aby opowiedzieć o doświadczeniach uniwersalnych: miłości, pamięci, przemijaniu, samotności i potrzebie bliskości czyli o Czasie, który to wszystko w sobie zawiera.

To także malarstwo niezwykle literackie. Patrząc na ten obraz, można odnieść wrażenie, że jest ilustracją do powieści, w której każdy dopisuje własny rozdział, własne dialogi, własne zakończenie. Dlatego obrazy Masiulańca nie wyczerpują się po jednym spojrzeniu – wraca się do nich jak do dobrej książki, odkrywając za każdym razem nowe symbole, metafory, alegorie.

Ostatecznie widzę w tym obrazie nie tyle historię dwojga ludzi, ile przypowieść o ludzkiej kondycji. Masiulaniec pokazuje, że najgłębsze więzi nie polegają wyłącznie na bliskości, lecz na nieustannej przemianie. Każde spotkanie pozostawia ślad, każda wspólna chwila oplata nas niczym korzenie, z których wyrasta drzewo pamięci. Możemy je postrzegać jako symbol miłości, ale równie dobrze jako znak zależności, poświęcenia czy utraty części własnej tożsamości.

To właśnie czyni ten obraz tak poruszającym. Stawia pytania, które pozostają z nami długo po odejściu od płótna: gdzie kończy się „Ja”, a zaczyna „My”? Czy prawdziwa bliskość wymaga zachowania odrębności, czy przeciwnie – prowadzi do stopienia się w jedną, wspólną historię? Czy owo splecione drzewo jest symbolem spełnienia, czy raczej subtelnym ostrzeżeniem przed ceną, jaką czasem płacimy za pragnienie bycia nierozłącznymi?
Ten obraz sprawił, że stałem się uczestnikiem cichej, metafizycznej rozmowy. Dlatego należy do tych, które trzymam w katalogu "Moje Arcydzieła Malarstwa".

@ak

Pozdrawiam Metaforą Upływającego Czasu 

Rock'n'RollinArt Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.