Uwielbiam Galerię Tichauer w Tychach przede wszystkim za industrialny klimat i zawsze profesjonalnie przygotowane wystawy. Z przyjemnością wybrałem się do niej kilka dni temu, aby zobaczyć twórczość Zbigniewa Oporskiego. Nigdy nie widziałem na żywo jego obrazów, ale obserwuję go od dłuższego czasu w mediach społecznościowych. Nie ukrywam, że moją uwagę przykuł klimatem przypominającym trochę wizje Zdzisława Beksińskiego, którego bardzo cenię.
Zastanawiałem się do jakiej kategorii należy wystawa "Exsilium” i długo nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów, choć już sam tytuł stał się jakby pierwszym obrazem. Łacińskie exsilium – wygnanie. Banicja. Dobrowolne lub przymusowe opuszczenie miejsca, które nazywaliśmy domem. Oczywiście Oporski nie opowiada o emigracji rozumianej geograficznie. Nie interesują go granice państw ani mapy. Jego Bohater opuszcza własne poczucie bezpieczeństwa i wyrusza w podróż przez samotność, lęk i przemijanie. To wygnanie odbywa się wewnątrz człowieka.
Przestrzeń Tichauer Art Gallery sprawia wrażenie, że galeria przestaje być galerią i zamienia się w miejsce zawieszone pomiędzy snem a jawą oraz pomiędzy wspomnieniem a proroctwem. Industrialne wnętrza dawnego browaru znakomicie współgrają z obrazami Oporskiego. Surowość architektury podkreśla metafizyczny charakter jego malarstwa a cisza wydaje się być tutaj jednym z elementów ekspozycji. Szybko przestałem oglądać obrazy, tylko wszedłem do ich Świata.
Zbigniew Oporski mówi o sobie z niezwykłą skromnością i nie nazywa siebie Artystą. Mówi po prostu, że jest człowiekiem malującym obrazy. Paradoksalnie właśnie ta pokora sprawia, że jego twórczość brzmi jeszcze bardziej autentycznie. Nie ma tu pozy, efekciarstwa ani chęci szokowania. Jest za to ogromna potrzeba opowiedzenia o tym, czego nie da się wypowiedzieć w żadnym języku.
Sam Artysta - będę go tak nazywał - określa swoje malarstwo mianem wizualnej muzyki. To bardzo trafne określenie, bo jego obrazy rzeczywiście nie opowiadają historii linearnie. Jak dla mnie budują nastrój niczym długie, ambientowe kompozycje, w których pojedyncze motywy powracają niczym muzyczne refreny: twarze bez oczu, monumentalne bryły, ptaki, mgły, pękające zegary, schody prowadzące donikąd, bezkresne przestrzenie i światło, które nigdy nie jest do końca ziemskie.
Nieprzypadkowo Oporski ukończył architekturę. W jego kompozycjach czuje się architektoniczne myślenie o przestrzeni. Nawet najbardziej fantastyczne konstrukcje wydają się posiadać własną logikę. Monumentalne formy mają ciężar rzeczywistych budowli, choć istnieją wyłącznie w świecie wyobraźni. Czułem, że porzez malarstwo Oporski rozmawia z samym sobą.
Jednym z najbardziej wyraźnych i akcentowanych motywów wystawy okazał się Czas. Na jednym z obrazów ogromna głowa zdaje się stapiać z rozpadającą się tarczą zegara. Rzymskie i arabskie cyfry, pęknięcia, kurz, pył. Całość wygląda niczym archeologiczne znalezisko odnalezione po końcu świata. Można było odnieść wrażenie, że Artysta nie maluje zegara, ale Czas i Pamięć. A Czas u Oporskiego nie płynie. Odnosiłem wrażenie, że on kruszy człowieka, rozpada się razem z nim i wnika w jego twarz. Pokrywa skórę niczym kurz, a jednocześnie pozostaje czymś absolutnie nieuchwytnym.
Patrząc na ten obraz, przypomniały mi się słowa św. Augustyna, który pisał, że kiedy nikt nie pyta go, czym jest czas – wtedy wie. Gdy jednak ma to wyjaśnić – już nie potrafi. Oporski również nie odpowiada - pozostawia pytanie zawieszone pomiędzy Światłem a Mgłą. Niestety po raz kolejny okuje się, że Czas jest naszym przeciwnikiem.
Najbardziej poruszającym obrazem całej ekspozycji wydała mi się monumentalna kompozycja przedstawiająca ludzi unoszących nad sobą własne głowy. To obraz niemal apokaliptyczny. Dziesiątki postaci bez twarzy, bez indywidualności. Jedynie nagie, kruche ciała oraz głowy przypominające świecące planety lub wypalone słońca. A w centrum znajduje się Człowiek krzyczący. Nie wiedziałem, czy jego krzyk jest buntem, modlitwą czy rozpaczą. W tym jednym obrazie można odnaleźć dziesiątki interpretacji. Czy są to ludzie zmuszeni nosić ciężar własnej świadomości? Czy może odłączyli rozum od serca? A może utracili własną tożsamość? W oczy rzucają się subtelne detale: krople krwi, różaniec, pochylone sylwetki, światło wydobywające się z czaszek. To nie ozdobniki - to symbole. Obraz działał z tak wielką siłą, bo Artysta nie narzucił żadnych znaczeń, pozostawił widzowi całkowitą wolność. Właśnie dlatego można odnaleźć w nim własne lęki.
Na innym płótnie, a właściwie na blasze (Artysta maluje na aluminiowych blachach), nad ruinami miasta unosi się ogromny ptak przypominający feniksa. Miasto wygląda jak pozostałość dawnej cywilizacji. Zegary się zatrzymały, budynki rozpadają się, schody prowadzą do pustki. A jednak nad tym wszystkim rozpościerają się skrzydła.
Feniks od wieków pozostaje symbolem odrodzenia. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie o tym opowiada Oporski. Każde wygnanie może zakończyć się powrotem. Każdy koniec może stać się początkiem, a każda katastrofa nosi w sobie zalążek nowego życia. To niezwykle delikatny promień nadziei obecny w całym cyklu, który jednak nie dominuje. Gdybym miał dać tytuł temu obrazowi byłoby to "Miasto po końcu świata".
Jednym z najbardziej poetyckich obrazów ekspozycji jest pejzaż przedstawiający ogromny lej pośród spokojnej tafli wody. Wokół płoną dziesiątki świec, a nad wszystkim rozciąga się niebo przypominające Drogę Mleczną. Jest w tym obrazie coś z romantycznego misterium. Lej może oznaczać ranę, może być wejściem albo przejściem pomiędzy światami. Świece przypominają modlitwę, ale nie jest to modlitwa religijna w dosłownym znaczeniu. To raczej medytacja nad Pamięcią, nad tymi, którzy odeszli. Nad miejscami, których już nie ma. Nad człowiekiem, który wciąż próbuje zrozumieć samego siebie. A może świece to symbol samego Człowieka? My też przecież powoli "wypalamy się", gaśniemy.
Na innym obrazie wyrastają monumentalne, niemal piramidalne konstrukcje. Ich wnętrza pozostają ciemne. Ani nie zapraszają do środka, ani nie odstraszają. Po prostu są, istnieją. Przed nimi wyrasta cienka, niemal biała gałąź. To drobny detal, ale jednak właśnie to on skupia największą uwagę. Oporski znakomicie pokazał tutaj Kruchość przeciwstawioną Monumentalności - życie wobec wieczności - delikatność wobec ogromu. To motyw, który przewija się przez całą twórczość Oporskiego i często najmniejszy element okazuje się najważniejszy!
Wyjątkowym pomysłem całej ekspozycji jest połączenie malarstwa z poezją Zbigniewa Kowalkowskiego. To rozwiązanie mogłoby łatwo zamienić się w ilustracyjność, na szczęście dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Słowo nie tłumaczy obrazu, a obraz nie ilustruje słowa. Oba światy prowadzą dialog.
Poeta proponuje jedną z możliwych interpretacji, widz tworzy następną, Artysta pozostawia trzecią. Tak odebrałem ten dialog, dzięki czemu wystawa nie skończyła się na ścianach galerii, a trwała we mnie jeszcze długo po wyjściu.
Choć twórczość Oporskiego często klasyfikowana jest jako malarstwo fantastyczne, jest to fantastyka niezwykle szczególna. Nie znajdziemy tu smoków, rycerzy ani baśniowych światów. To fantastyka psychologiczna. Najgroźniejszym potworem jest tutaj Samotność, największą przepaścią Pamięć, a największym labiryntem – ludzki Umysł. W tym sensie wydaje mi się, że bliżej Oporskiemu do symbolistów i surrealistów niż do klasycznej fantastyki.
Jego obrazy przypominają sny zapisane niezwykle precyzyjnym językiem malarskim. Każda faktura, światło, mgła czy odblask wydają się przemyślane. Malowane na aluminiowych płytach obrazy posiadają niezwykłą głębię światła. Metaliczne podłoże sprawia, że niektóre fragmenty niemal świecą własnym blaskiem, wzmacniając wrażenie obcowania z czymś ulotnym i nie do końca materialnym.
Paradoks tej wystawy polega na tym, że choć opowiada o samotności, nie czułem się samotnym. Wręcz przeciwnie. Każdy obraz prowokował do rozmowy z samym sobą. Czy to z lękami czy z nadzieją.
Wygnanie okazało się nie końcem, lecz początkiem drogi. Dobrowolnym opuszczeniem hałaśliwego świata na rzecz przestrzeni, w której można usłyszeć własne myśli. Zbigniew Oporski stworzył cykl niezwykle spójny, konsekwentny i głęboko osobisty, a zarazem zaskakująco uniwersalny. Każdy, kto choć raz doświadczył poczucia obcości, przemijania lub tęsknoty za miejscem, którego nie potrafi już nazwać domem, odnajdzie w tych obrazach cząstkę siebie.
Miałem poczucie, że zostałem zaproszony przez Twórcę do wspólnej wędrówki i że obejrzałem fragment czyjegoś wewnętrznego świata. A może – co bardziej prawdopodobne – własnego? Być może dlatego właśnie właściwe znaczenie „Exsilium” zacząłem odkrywać dopiero wiele godzin później.
@ak
Pozdrawiam Zaproszeniem w Głąb Własnej Duszy
Rock'n'RollinArt Lives
Dodaj komentarz
Komentarze