Bywają chwile, kiedy już od pierwszych kroków ma się poczucie uczestnictwa w czymś ważniejszym niż zwykła wystawa. Tak właśnie było 22 maja 2026 roku w Regionalnym Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Częstochowie, w legendarnej Konduktorowni, gdzie odbył się wernisaż wystawy „kwARTet”.
„kwARTet” — słowo, które jednocześnie przywołało muzyczną harmonię, dialog i wielogłosowość. I rzeczywiście, tego wieczoru Sztuka nie milczała. Prowadziła rozmowę. Czasem cichą i melancholijną, czasem gwałtowną i pełną emocji.
Konduktorownia od lat ma w sobie coś niezwykłego. To miejsce, które nie onieśmiela chłodnym muzealnym dystansem. Wręcz przeciwnie — pozwala Sztuce swobodnie oddychać. Stare mury, przestrzeń oswojona przez Artystów, światło miękko rozlewające się po ścianach i czasami ten charakterystyczny półmrok, w którym obrazy zdają się żyć własnym rytmem. I tego wieczoru miejsce pulsowało rozmowami, śmiechem, skupieniem i wzruszeniem ludzi, którzy przyszli tu nie tylko oglądać obrazy, ale doświadczać i właśnie rozmawiać
Jak wspominał Tomasz Lubaszka pomysł narodził się podczas pleneru w Istebnej. Czterech artystów. Cztery osobowości. Cztery zupełnie odmienne drogi malarskie. A jednak pomiędzy obrazami istniała niewidzialna nić porozumienia. Można było przechodzić od jednej ściany do drugiej i odnosić wrażenie, że uczestniczy się w długiej dyskusji o człowieku, o pamięci, o emocjach, o pejzażu wewnętrznym i świecie ukrytym pod powierzchnią codzienności.
Pomysłodawcą tego spotkania był wspomniany Tomasz Lubaszka, Artysta od lat niezwykle ważny dla częstochowskiego środowiska plastycznego. I trudno było nie odczuwać podczas tego wieczoru ogromnego szacunku wobec jego drogi twórczej. Ponad sto wystaw indywidualnych i przeszło sto pięćdziesiąt zbiorowych rozsianych po świecie — od Niemiec i Włoch, przez Danię, Kanadę i Francję, aż po Chiny czy USA — brzmią imponująco nawet wtedy, gdy czyta się je w katalogu. Ale dopiero stojąc przed jego obrazami człowiek rozumie, że za tym imponującym dorobkiem kryją się dziesięciolecia konsekwentnej pracy, nieustannego poszukiwania i wierności własnemu językowi malarskiemu.
W twórczości Lubaszki jest coś niezwykle muzycznego. Kolory nie są u niego jedynie barwą: stają się melodią. Linie prowadzą wzrok niczym frazy w partyturze. Można było długo stać przed jego pracami i odnosić wrażenie, że obrazy opowiadają historie bez używania słów. Nic dziwnego, że właśnie on stał się inicjatorem tego spotkania czterech tak różnych temperamentów artystycznych.
Obok jego prac niezwykle mocno wybrzmiewały obrazy Michała Bacy. Artysta urodzony w Krakowie, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, uczeń profesora Juliusza Joniaka, wniósł do tej wystawy coś bardzo szlachetnego: malarstwo skupione i dojrzałe. W jego pracach było coś z krakowskiej tradycji malarskiej: uważność wobec światła, subtelność napięć kolorystycznych, melancholia ukryta pod powierzchnią kompozycji.
Patrząc na obrazy Bacy miałem wrażenie, że są jak fragmenty snów albo wspomnień, których nie potrafimy do końca nazwać. Nie narzucały się. Nie próbowały epatować efektem. Raczej zapraszały do spokojnego, wnikliwego oglądania. W czasach, kiedy wszystko dzieje się szybko i agresywnie walczy o uwagę odbiorcy, jego malarstwo proponowało coś znacznie cenniejszego — zatrzymanie się i wyciszenie.
Z kolei Bogusław Jagiełło wniósł do całego kwartetu energię, z którą przez lata poruszał się pomiędzy wieloma dziedzinami sztuki. Grafik warsztatowy, ilustrator, twórca plakatów, scenografii, witraży, aranżacji sakralnych. Ta różnorodność doświadczeń była widoczna niemal w każdym jego "geście" artystycznym. W jego pracach czuło się dyscyplinę rysunku, świadomość kompozycji i niezwykłą wyobraźnię symboliczną.
W jego obrazach było coś teatralnego, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nie chodziło o dekoracyjność, lecz o umiejętność budowania napięcia. Jagiełło zdawał się prowadzić widza przez kolejne plany znaczeń. Raz bardziej dosłownych, innym razem ukrytych głęboko pod warstwą formy. Nie mogłem oderwać się od jego obrazów.
I wreszcie Michał Smółka - Artysta, którego twórczość wydaje się utkana z podróży, ze światła i nieustannego zachwytu nad światem. Już sama biografia Smółki brzmi jak opowieść o nieustannym ruchu: Włochy, Egipt, Krym, Madagaskar, Zanzibar, Gambia… Wszystkie te miejsca gdzieś pobrzmiewają w jego malarstwie. Nawet wtedy, gdy nie przedstawia konkretnych pejzaży, w obrazach pozostaje ślad drogi, doświadczenia, spotkania z inną kulturą i innym światłem.
Jest w jego twórczości ogromna swoboda. Momentami niemal akwarelowa lekkość, a jednocześnie głęboka świadomość formy wyniesiona z katowickiego Wydziału Grafiki oraz spotkań z takimi mistrzami jak Jerzy Duda-Gracz, Roman Nowotarski czy Bronisław Chromy. Patrząc na jego obrazy miałem wrażenie, że Artysta nie tyle maluje świat, ile próbuje uchwycić jego ulotność.
Najpiękniejsze na wernisażu było jednak to, że żaden z Artystów nie próbował dominować nad pozostałymi. Ta wystawa naprawdę była kwaRTetem. Dialogiem. Spotkaniem różnych wrażliwości, które wzajemnie się uzupełniały. Trzech twórców obracających się wokół szeroko pojętej figuracji i jeden balansujący na granicy abstrakcji oraz poetyckiej metaforyczności stworzyło przestrzeń niezwykle harmonijną mimo wszystkich różnic.
Ludzie długo spacerowali pomiędzy obrazami. Rozmawiali. Wracali do wybranych prac. Ktoś zatrzymywał się na chwilę w milczeniu. Ktoś inny dyskutował o kolorach, fakturach, skojarzeniach. I właśnie wtedy najbardziej poczułem sens takich wydarzeń. Wernisaż nie był jedynie oficjalnym otwarciem wystawy. Stał się spotkaniem ludzi, którzy nadal wierzą, że Sztuka potrafi zatrzymać człowieka choćby na moment i przypomnieć mu o czymś ważnym.
Wychodząc z Konduktorowni miałem poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że zobaczyłem znakomite malarstwo. Także dlatego, że ta wystawa przypomniała mi, iż prawdziwa Sztuka rodzi się ze spotkania z ludźmi — z rozmowy, wzajemnej inspiracji, otwartości i odwagi bycia sobą.
„kwARTet” okazał się czymś znacznie większym niż sumą czterech indywidualności. Był opowieścią o tym, że mimo różnych języków artystycznych można stworzyć wspólną przestrzeń pełną emocji, piękna i autentyczności. I właśnie takie wieczory sprawiają, że chce się wracać do Galerii Sztuki. Nie po same obrazy, ale po doświadczenie obecności czegoś wyjątkowego.
@ak
Pozdrawiam Dialogiem Różnorodności.
Rock'n'RollinArt Lives
Dodaj komentarz
Komentarze
Świetny tekst 👍. Zachęcająco 🙂