Jazz ma swoich świętych patronów, a wśród nich szczególne miejsce zajmują Miles Davis i John Coltrane. Ich dorobek jest tak rozległy, wpływ tak wielki, a liczba muzycznych interpretacji tak ogromna, że każda kolejna próba zmierzenia się z ich twórczością może przypominać wejście na scenę po kimś, kto właśnie dał koncert życia. W 2026 roku dodatkowym kontekstem jest setna rocznica urodzin obu Artystów. Nietrudno przewidzieć, że jazzowe sceny i wydawnictwa są wypełnione projektami przypominającymi ich dokonania. To naturalne. Niektóre postacie są tak ważne dla historii Muzyki, że kolejne pokolenia muszą do nich wracać.
Dave Douglas — „TRANSCEND”
Ale co zrobić, gdy chcemy oddać hołd komuś równie wielkiemu, a jednocześnie nie mamy ochoty po raz kolejny odtwarzać znanych nagrań? Dave Douglas znalazł rozwiązanie, które bardzo mi odpowiada: zamiast budować muzyczne muzeum Duke'a Ellingtona, potraktował jego twórczość jako żywe źródło inspiracji.
„TRANSCEND” nie jest próbą wiernego odtworzenia dawnych kompozycji ani kolejnym albumem, na którym współcześni muzycy starają się udowodnić, że potrafią zagrać klasykę dokładnie tak, jak brzmiała przed laty. Douglas wybrał trudniejszą drogę. Zachował związki z muzycznym światem Ellingtona, ale przepuścił je przez własną wrażliwość i doświadczenie zespołu, którego brzmienie dalekie jest od tradycyjnego bigbandowego przepychu.
Efekt? Jazz, który nie odcina się od historii, lecz traktuje ją jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.
Zanim przejdę do samej płyty, warto przypomnieć, jak niezwykłą postacią był Ellington. Dla wielu słuchaczy pozostaje przede wszystkim wielkim kompozytorem i liderem orkiestry, autorem tematów, które weszły do kanonu jazzu. To prawda, ale jego znaczenie wykracza daleko poza zbiór znanych melodii. Ellington rozumiał orkiestrę jako organizm złożony z indywidualności. Pisał dla konkretnych muzyków, wykorzystywał ich unikalne brzmienia, budował aranżacje wokół charakterystycznych barw instrumentalnych. Jego muzyka była nie tylko kompozycją, lecz także sztuką słuchania ludzi, którzy tę kompozycję wykonywali.
Był również Artystą, który nieustannie poszerzał zakres własnych zainteresowań. W jego twórczości pojawiały się inspiracje bluesem, muzyką religijną, tradycjami latynoamerykańskimi i europejską muzyką koncertową. Szczególnie istotne miejsce zajmują jego koncerty sakralne, w których jazz łączył się z duchowością i refleksją nad kondycją człowieka. To właśnie do tej części dorobku odwołuje się Douglas. Jednak to nie rekonstrukcja dawnych aranżacji go zainteresowała. Znacznie ciekawsze okazało się pytanie, co z idei Ellingtona można przenieść do współczesności, w której gitarowe sprzężenia, elektronika i eksperymentalna rytmika stały się równie ważnymi elementami muzycznego języka jak tradycyjne instrumentarium jazzowe.
Dave Douglas, trębacz i kompozytor, otoczył się muzykami, którzy nie boją się stylistycznych eksperymentów. Obok niego występują wiolonczelistka Tomeka Reid, saksofonista tenorowy James Brandon Lewis, gitarzysta Rafiq Bhatia oraz perkusista Ian Chang. To zestawienie samo w sobie zapowiadało interesujące spotkanie. To nie jest tradycyjny kwartet jazzowy, w którym fortepian, kontrabas i perkusja tworzą przewidywalny fundament dla instrumentu melodycznego. Nie ma też wielkiej sekcji dętej, która pozwoliłaby odtworzyć rozmach orkiestry Ellingtona. Douglas zbudował zupełnie inną przestrzeń, opartą na współdziałaniu instrumentów o odmiennych właściwościach.
Trąbka lidera nie dominuje stale. Czasami wyznacza kierunek, innym razem pozostawia przestrzeń dla saksofonu Lewisa, którego ton ma charakterystyczną siłę i szorstkość. Wiolonczela Tomeki Reid wprowadza do zespołu kameralny wymiar, ale nie pełni funkcji klasycznego instrumentu smyczkowego podporządkowanego harmonii. Potrafi uczestniczyć w improwizacyjnych dialogach, dodawać dramaturgii i budować napięcie. Gitara Bhatia i perkusja Changa otwierają natomiast drzwi do świata, w którym jazz spotyka się z post-rockiem, eksperymentem elektronicznym i brzmieniową nieprzewidywalnością. Warto pamiętać, że obaj muzycy są związani z Son Lux, projektem Ryana Lotta, który z solowej inicjatywy przekształcił się w zespół poszukujący na styku elektroniki, alternatywnego rocka i muzyki eksperymentalnej. Ich obecność nie jest więc przypadkowym dodatkiem do jazzowej formacji. Wnoszą doświadczenia, które pozwalają Douglasowi wyjść poza tradycyjne rozumienie jazzowego zespołu.
Wśród kompozycji na albumie znajdują się dwa utwory bezpośrednio związane z repertuarem Ellingtona: „Come Sunday” oraz „Heaven”. Pojawia się również „Oclupaca”, tytuł będący odwróceniem słowa Acapulco, znany z „Latin American Suite”. To interesujące połączenie, ponieważ poszczególne kompozycje otwierają różne obszary muzycznej wyobraźni Ellingtona. „Come Sunday” ma silny związek z tradycją gospel i duchowością, podczas gdy „Oclupaca” przypomina o jego zainteresowaniu rytmami i kolorystyką muzyki latynoamerykańskiej. Douglas nie zamknął tych utworów w historycznej gablocie, lecz pozwolił im "oddychać" w nowych aranżacjach.
Szczególnie ciekawie wypada „Heaven”. Przestrzeń kompozycji pozwala natychmiast rozpoznać charakterystyczną barwę saksofonu Jamesa Brandona Lewisa. Jego frazowanie nie jest mechanicznym odtworzeniem tradycji tenorowej. Słychać w nim echa dawnych mistrzów, ale również własny sposób budowania melodii, oparty na mocnym tonie i wyrazistej ekspresji. Właśnie w takim momencie zrozumiałem sens całego przedsięwzięcia. Nie chodzi o to, aby Ellington zniknął pod warstwą współczesnych efektów, ale o to, by jego muzyka mogła wejść w dialog z teraźniejszością. I to się udaje.
Jednym z najbardziej intrygujących utworów jest „Energy Fields”, którego inspiracją była twórczość malarza Jacka Whittena. Artysta ten dedykował jedno ze swoich dzieł - „Golden Spaces” - Ellingtonowi, a jego powstanie wiązało się z rozmową o falach i polach energetycznych, którą Whitten odbył z Johnem Coltrane'em. Trudno o bardziej interesujący punkt wyjścia dla kompozycji jazzowej. Muzyka Douglasa nie ilustruje obrazu w dosłownym sensie. Raczej próbuje uchwycić ideę energii, przepływu i wzajemnego oddziaływania. Dźwięki nie układają się w prostą, przewidywalną narrację. Powstaje struktura, w której poszczególne elementy wpływają na siebie, zmieniają swoje znaczenie i tworzą nową jakość.
Wstęp utworu może przywołać skojarzenia z początkiem „Kattorny” Krzysztofa Komedy. Nie traktuję tego jako dowodu bezpośredniego zapożyczenia, lecz jako ciekawy moment, w którym różne tradycje jazzowe zdają się spotykać w podobnym nastroju.
„Energy Fields” przypomina mi, że jazz może działać podobnie jak malarstwo abstrakcyjne. Nie musi przedstawiać konkretnego przedmiotu, aby budzić emocje. Czasami wystarczy relacja między barwami, napięcie między liniami i poczucie, że kompozycja nieustannie się zmienia.
Jeżeli ktoś uważa, że jazz powinien być elegancką muzyką do kawiarnianych rozmów, „Curious Species” może skutecznie wyprowadzić go z błędu. Utwór rozpoczyna się od przetworzonych, przesterowanych dźwięków gitary. Zamiast klasycznego akompaniamentu otrzymujemy brzmieniowy niepokój, który natychmiast zmienia charakter całej kompozycji. Saksofon Lewisa pojawia się na tle gitarowych sprzężeń, a sekcja rytmiczna nie tyle utrzymuje stabilny puls, ile uczestniczy w budowaniu napięcia. W tym miejscu szczególnie mocno słychać, jak dobrze Douglas wykorzystuje doświadczenia swoich współpracowników. Rafiq Bhatia nie podporządkowuje się wyobrażeniu gitary jako instrumentu akordowego. Traktuje ją jako źródło szumu, faktury, rytmicznych impulsów i nieoczekiwanych barw.
Podobne podejście można odnaleźć w twórczości The Messthetics, zespołu, którego muzyka łączy post-hardcore'ową energię z improwizacją i eksperymentem. To skojarzenie jest szczególnie ciekawe ze względu na obecność muzyków związanych z Son Lux, ale nie sprowadza „Curious Species” do rockowej imitacji. Utwór zachowuje jazzową otwartość, a jednocześnie korzysta z narzędzi, które zwykle kojarzymy z innymi gatunkami. Dla mnie to jeden z najważniejszych momentów albumu, ponieważ pokazuje, że jazz nie musi wybierać pomiędzy tradycją a współczesnością. Może korzystać z obu, jeśli ma pomysł na ich połączenie.
Na szczególną uwagę zasługuje również „Argle-Bargle”, w którym wiolonczela Tomeki Reid odgrywa istotną rolę w budowaniu dramaturgii i prowadzeniu instrumentalnych rozmów. Reid nie jest jedynie dostarczycielką pięknej barwy. Jej instrument aktywnie uczestniczy w strukturze kompozycji, odpowiada innym muzykom, wprowadza kontrasty i poszerza przestrzeń brzmieniową zespołu. To zresztą jedna z największych zalet całej płyty. Douglas nie zbudował hierarchii, w której wszyscy mają podporządkować się liderowi. Pozwolił poszczególnym osobowościom rozwijać własne pomysły, ale jednocześnie utrzymał kompozycyjną dyscyplinę. W efekcie improwizacja nie daje chaosu, a zapisane struktury nie prowadzą do sztywności. Muzycy poruszają się pomiędzy tymi dwoma biegunami z wyczuciem, które świadczy o ich doświadczeniu i wzajemnym zrozumieniu.
„TRANSCEND” jest albumem dla słuchaczy, którzy nie oczekują od jazzu jedynie potwierdzenia znanych reguł. Dave Douglas sięga po dziedzictwo Duke'a Ellingtona, ale nie traktuje go jak zbioru obowiązkowych cytatów. Ważny dla niego jest sposób myślenia kompozytora, jego otwartość na różne tradycje i umiejętność tworzenia muzyki, która przekracza granice. Współczesne instrumentarium, elektronika, gitarowe sprzężenia i kameralne brzmienie wiolonczeli nie są tu ozdobnikami - stanowią integralną część muzycznej opowieści.
Podoba mi się również to, że album nie próbuje być łatwy w odbiorze za wszelką cenę. Wymaga skupienia, ale wynagradza je bogactwem szczegółów. Przy pierwszym przesłuchaniu można skupić się na mocnych partiach saksofonu i gitarowych eksperymentach. Przy kolejnych coraz wyraźniej słychać relacje pomiędzy instrumentami i konstrukcję poszczególnych kompozycji.
A sam tytuł „TRANSCEND”? Można odczytać go jako wezwanie do przekraczania granic. I to robi Douglas: przechodzi ponad podziałami pomiędzy jazzem tradycyjnym, współczesną improwizacją, muzyką kameralną i eksperymentem. Nie odrzuca przeszłości, ale pokazuje, że można ją zabrać w przyszłość. Znakomity album.
Tyshawn Sorey — „MEMBERS... DON'T!”
Tytuł „Members... Don't!” może na pierwszy rzut oka wydawać się zagadkowy, lecz kiedy poznamy jego źródło, staje się znacznie bardziej wymowny. To świadome nawiązanie do albumu „Members, Don't Git Weary” Maxa Roacha z 1968 roku — dzieła, które łączyło muzyczną innowacyjność z wyraźnym przesłaniem społecznym.
Tyshawn Sorey to znakomity perkusista, kompozytor i lider, od lat poruszający się pomiędzy różnymi obszarami współczesnego jazzu i muzyki improwizowanej. Jego twórczość obejmuje zarówno rozbudowane formy kompozytorskie, jak i projekty oparte na swobodnej improwizacji. Potrafi komponować muzykę wymagającą cierpliwości, ale nie oznacza to, że interesuje go wyłącznie abstrakcja.
"Members... Don't!” pokazuje, że eksperyment może mieć bardzo konkretny punkt odniesienia. Może wyrastać z historii, wspomnień i społecznego niepokoju. Może być nie tylko poszukiwaniem nowych brzmień, lecz również sposobem stawiania pytań o świat, w którym żyjemy.
Żeby zrozumieć znaczenie albumu Soreya, trzeba na chwilę cofnąć się do roku 1968. Stany Zjednoczone przeżywały wówczas okres głębokich napięć społecznych i politycznych. Walka o prawa obywatelskie, protesty, przemoc i zabójstwo Martina Luthera Kinga sprawiły, że kwestie równości i sprawiedliwości nie mogły pozostawać na marginesie życia publicznego.
Max Roach był jednym z najważniejszych perkusistów w historii jazzu. Współtworzył język bebopu, rozwijał hard bop, ale jego znaczenie nie ograniczało się do instrumentalnej wirtuozerii. Interesował się również tym, w jaki sposób muzyka może reagować na rzeczywistość społeczną.
„Members, Don't Git Weary” było dziełem zakorzenionym w przekonaniu, że człowiek nie powinien rezygnować z godności i nadziei nawet wtedy, gdy otaczający go świat wydaje się niesprawiedliwy. Tytuł wzywał do wytrwałości: nie poddawajcie się, nie traćcie sił, nie pozwólcie, aby trudności odebrały wam możliwość dalszego działania.
Album Roacha wykraczał poza ramy muzycznej wypowiedzi. Był świadectwem czasu, ale również próbą przekroczenia jego ograniczeń.
Tyshawn Sorey nie próbuje odtworzyć tamtego momentu historycznego z muzealną dokładnością. Nie chce, aby jego album stał się rekonstrukcją dawnego nagrania. Zamiast tego pyta: co pozostało aktualne z przesłania Roacha i jak można je przełożyć na współczesny język muzyczny.
To ważna różnica. Historia nie staje się żywa wtedy, gdy kopiujemy jej powierzchnię. Staje się żywa, gdy potrafimy rozpoznać w niej problemy, które nadal nas dotyczą.
„Members... Don't!” zostało nagrane podczas występu w nowojorskim Jazz Gallery. To istotne, ponieważ muzyka tego zespołu opiera się na napięciu pomiędzy kompozycją a improwizacją.
Na płycie słyszymy Soreya przy perkusji, Adama O'Farrilla na trąbce i elektronice, Marka Shima na saksofonie tenorowym, Lexa Kortena przy fortepianie oraz Tyrone'a Allena II na kontrabasie. W zamykającym album utworze dołącza wokalistka Fay Victor.
To skład, który potrafi operować zarówno subtelnością, jak i ogromną ekspresją. Muzycy czerpią z bluesa, tradycji Charlesa Mingusa, spiritual jazzu, radykalnych poszukiwań free jazzu lat sześćdziesiątych, a także z bardziej kameralnego myślenia o formie.
Najciekawsze jest jednak to, że nie próbują sprowadzić wszystkich tych wpływów do jednego łatwego do sklasyfikowania stylu.
Niektóre fragmenty są gwałtowne, niemal konfrontacyjne. Inne wymagają cierpliwości i skupienia. Czasami rytm wydaje się napierać na słuchacza, innym razem muzyka pozwala mu odetchnąć. Kompozycje nie rozwijają się według przewidywalnego schematu, ale nie są też przypadkowym zbiorem dźwięków.
Sorey jest nie tylko perkusistą, lecz także kompozytorem i aranżerem. Ta podwójna rola ma ogromne znaczenie. Potrafi dać muzykom przestrzeń do indywidualnej wypowiedzi, jednocześnie zachowując kontrolę nad konstrukcją całości. Dzięki temu nawet najbardziej ekspresyjne momenty pozostają częścią większej opowieści.
Album obejmuje siedem kompozycji: „Effi”, „Absolutions”, dwuczęściowe „Equipoise”, „Libra” oraz finałowe „Members, Don't Git Weary”. Konstrukcja sugeruje, że nie mamy do czynienia z zestawem niezależnych piosenek, lecz z materiałem, który warto odbierać jako większą całość.
„Effi” otwiera przestrzeń dla muzyki, która nie odsłania od razu wszystkich kart. Sorey nie spieszy się z budowaniem oczywistego rytmicznego fundamentu. Pozwala, aby poszczególne głosy zaczęły funkcjonować w relacji do siebie, a słuchacz stopniowo rozpoznawał reguły tego świata.
"Absolutions” prowadzi ku bardziej napiętej atmosferze. W takiej muzyce istotne jest nie tylko to, co słyszymy, ale także to, czego nie otrzymujemy wprost. Brakuje łatwego rozwiązania, które pozwoliłoby szybko uporządkować emocje. Zamiast tego pozostajemy w przestrzeni pytań i niejednoznaczności.
Szczególnie interesujące wydaje mi się dwuczęściowe „Equipoise”. Samo słowo oznacza równowagę, ale w kontekście tej płyty nie należy rozumieć jej jako spokojnego, statycznego stanu. Bardziej chodzi o równowagę utrzymywaną pomimo przeciwstawnych sił.
Muzyka może być gwałtowna, a jednocześnie precyzyjnie kontrolowana. Instrumentaliści mogą sprawiać wrażenie, jakby zbliżali się do granicy rozpadu struktury, a mimo to pozostawać w porozumieniu. Ta równowaga między wolnością a dyscypliną nadaje albumowi szczególną siłę.
„Libra” również wpisuje się w ten sposób myślenia. Nie otrzymujemy od muzyków łatwego podziału na napięcie i odprężenie, hałas i ciszę, chaos i porządek. Te elementy przenikają się, zmieniają proporcje i wzajemnie wpływają na swoje znaczenie.
Słuchanie takiej muzyki wymaga odrobiny cierpliwości, ale czy naprawdę każda płyta musi natychmiast podać nam wszystko na tacy? Czasami warto pozwolić dźwiękom pracować dłużej, zanim zdecydujemy, co właściwie nam robią.
Najbardziej poruszający moment albumu przynosi finałowa kompozycja „Members, Don't Git Weary”, w której pojawia się Fay Victor. Jej głos nie funkcjonuje jedynie jako kolejny instrument w aranżacji. Wnosi do muzyki bezpośredniość, która zmienia sposób odbioru całej suity. Wcześniej słuchaliśmy instrumentów prowadzących dialog, tworzących napięcie i rozwijających abstrakcyjne struktury. W finale pojawia się głos, który potrafi nadać tym poszukiwaniom bardzo konkretny, ludzki wymiar.
Nie oznacza to, że Muzyka nagle staje się prostsza. Przeciwnie, wokal Victor nie zamyka wszystkich znaczeń, lecz wydobywa z nich emocjonalny rdzeń. Słowa i ich interpretacja stają się punktem, wokół którego koncentruje się napięcie nagromadzone we wcześniejszych kompozycjach. To kulminacja, która działa dlatego, że została przygotowana. Gdyby głos pojawił się na początku, jego znaczenie mogłoby być inne. Po całej drodze przez kolejne warstwy instrumentalne brzmi jak wezwanie, którego nie można już zignorować.
Tytuł powraca do przesłania Maxa Roacha. Nie traćcie sił. Nie rezygnujcie. Zachowajcie godność, nawet jeśli rzeczywistość nie daje łatwych powodów do optymizmu. Nie jest to tani slogan motywacyjny. W kontekście historii, z której wyrasta album, brzmi jak przypomnienie, że wytrwałość bywa aktem odwagi. Zwłaszcza wtedy, gdy zmiana nie następuje natychmiast, a niesprawiedliwość potrafi trwać znacznie dłużej, niż chcielibyśmy przyznać.
Od czasu do czasu powraca pytanie, czy Muzyka powinna angażować się w sprawy społeczne, czy lepiej, aby pozostawała poza polityką i skupiała się na czystej formie.
Dla mnie takie przeciwstawienie jest zbyt proste. Muzyka nie musi być publicystycznym komentarzem, aby wyrażać określone wartości. Nie musi też rezygnować z artystycznej autonomii, aby mówić o rzeczywistości.
Historia jazzu dostarcza wielu przykładów twórców, którzy traktowali muzykę jako przestrzeń osobistej wolności, ale również jako sposób reagowania na otaczający świat. Max Roach należał do tych Artystów, dla których oba wymiary były ze sobą związane.
Sorey kontynuuje tę tradycję, ale robi to własnym językiem. Jego Muzyka nie jest prostą ilustracją społecznego przesłania, ale wymaga uwagi, ponieważ sens nie zostaje zamknięty w kilku deklaracjach. Rozwija się poprzez napięcie, kontrast, relacje pomiędzy instrumentami i sposób, w jaki całość prowadzi do finału.
„Members... Don't!” pokazuje, że zaangażowanie i artystyczna złożoność nie muszą się wykluczać. Muzyka może stawiać ważne pytania, a jednocześnie pozostawać ambitnym dziełem kompozytorskim.
"Members... Don't!” jest albumem wymagającym, ekspresyjnym i świadomie zakorzenionym w historii. Tyshawn Sorey nie przywraca dawnego jazzu w jego pierwotnej formie. Pokazuje to, co z tamtej tradycji można wykorzystać do rozmowy o teraźniejszości.
Zespół porusza się pomiędzy bluesem, spiritual jazzem, awangardą i bardziej kameralnym sposobem budowania muzycznej formy. Wykonawcy imponują umiejętnościami, ale nie zamieniają albumu w pokaz instrumentalnej sprawności. Każdy element ma swoje miejsce w większej konstrukcji.
Powtórzę się: szczególne wrażenie robi finał z udziałem Fay Victor. To właśnie wtedy przesłanie zawarte w tytule staje się najbardziej bezpośrednie. Nie jest już tylko historycznym odniesieniem do płyty Maxa Roacha, lecz głosem, który przypomina, że pewne pytania nie tracą aktualności.
Muzyka Soreya nie oferuje łatwego pocieszenia i nie obiecuje, że wszystko dobrze się skończy. Daje natomiast coś innego: możliwość nazwania napięcia, zachowania pamięci i znalezienia siły do dalszego działania. A czasami właśnie tego najbardziej potrzebujemy od Sztuki.
Październikowe zestawienie jest dla mnie szczególnie interesujące, ponieważ każdy z tych albumów (również z pierwszej części) na swój sposób odpowiada na pytanie o relację między tradycją a własnym głosem.
Greta Van Fleet sięga po klasyczny rock, ale rozwija go poprzez bogatsze aranżacje, większą różnorodność emocjonalną i coraz wyraźniejszą tożsamość kompozytorską. Maciek Pysz buduje intymną opowieść o pamięci i przemijaniu, w której niewielki skład instrumentalny potrafi stworzyć ogromną przestrzeń emocjonalną. Dave Douglas traktuje twórczość Duke'a Ellingtona jako żywe źródło inspiracji, przekładając jej idee na współczesny język improwizacji. Tyshawn Sorey wraca do społecznego przesłania Maxa Roacha, pokazując, że jazz może być jednocześnie wyrafinowany artystycznie i głęboko ludzki.
Nie są to płyty, które należy ze sobą porównywać według jednego kryterium. Każda realizuje inną wizję muzyki, a ich wspólnym mianownikiem pozostaje świadomość, że twórczość nie powstaje w próżni. Zawsze ma swoje korzenie, swoje inspiracje i własną drogę, którą musi przebyć, aby stać się czymś więcej niż powtórzeniem znanych rozwiązań.
Kocham za to Muzykę. Za to, że potrafi jednocześnie przypominać o przeszłości i otwierać przyszłość. Za to, że jeden wieczór możemy spędzić z potężnym gitarowym riffem, a następnego dnia odnaleźć się w subtelnej rozmowie gitary z bandoneonem. Że możemy słuchać jazzu, który przekracza granice gatunków, a chwilę później zanurzyć się w muzyce, która przypomina nam o odpowiedzialności za innych.
Dobry album nie musi zmieniać całego świata. Wystarczy, że zmieni nam wieczór, uporządkuje myśli albo przypomni o czymś, o czym na co dzień zapominamy.
A jeśli przy okazji sprawi, że sięgniemy po kolejną płytę, odkryjemy dawnego mistrza albo wrócimy do zespołu, któremu kibicujemy od lat — tym lepiej.
Tak właśnie widzę muzyczne albumy października: cztery różne światy, cztery odmienne wrażliwości i jeden wspólny powód, by wciąż słuchać z ciekawością.
@ak
Pozdrawiam Różnorodnością Intymną i Ideą Artystyczną
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze