Październik przyniósł mi cztery albumy, które ponownie pokazują, jak różnorodne potrafi być życie muzyczne. Z jednej strony Greta Van Fleet, czyli rock wyrastający z wielkiej tradycji lat siedemdziesiątych, ale coraz odważniej szukający własnego języka. Z drugiej Maciek Pysz i jego subtelna, przepełniona pamięcią muzyczna opowieść, a także dwa inne jazzowe projekty, które pokazują, że szacunek dla tradycji nie musi oznaczać stania w miejscu. Ale zacznę od tych dwóch pierwszych albumów, bowiem od tego miesiąca ze względu na czas i sporo różnych wydarzeń kulturalnych zaczyna brakować czasu na relacje i wyrzucanie z siebie tych wszystkich nagromadzonych emocji ☺️.
Greta Van Fleet i najnowsza płyta „PALACE FOR THE PEOPLE"
Greta Van Fleet posiada już ugruntowaną pozycję w świecie dobrego, klasycznego rocka. Z biegiem czasu coraz wyraźniej pokazuje, że ma własną opowieść do przekazania, a ja kibicuję im od samego początku, nawet jeśli ich pierwsze kroki wywoływały więcej dyskusji niż bezwarunkowego zachwytu. Kiedy bracia Kiszka i ich koledzy zaczynali podbijać rockowy świat, porównania z Led Zeppelin pojawiały się niemal automatycznie. Czasami trudno było zresztą udawać, że podobieństwa nie istnieją. Charakterystyczny sposób śpiewania Josha, bluesowe korzenie gitarowych riffów, rozmach kompozycji i atmosfera wielkiego rockowego widowiska przywoływały skojarzenia z epoką, w której Robert Plant, Jimmy Page, John Paul Jones i John Bonham wyznaczali standardy dla całych pokoleń muzyków.
Nigdy jednak nie rozumiałem, dlaczego samo czerpanie z muzycznej tradycji miałoby być zarzutem dyskwalifikującym. Rock od zawsze rozwijał się dzięki zapożyczeniom, przekształceniom i twórczym dialogom z przeszłością. Muzycy słuchają innych muzyków, podchwytują pomysły, przetwarzają je, czasami świadomie składają hołd swoim mistrzom, a czasami po prostu nie potrafią uciec od dźwięków, które ukształtowały ich muzyczną wyobraźnię. Przecież historia rocka nie zaczęła się od zera. Kiedy Keith Richards znalazł charakterystyczny motyw otwierający „(I Can't Get No) Satisfaction”, nie stworzył całego muzycznego świata z niczego. Rock wyrastał z bluesa, rhythm and bluesa, soulu i muzyki gospel. Każde pokolenie coś przejmowało, coś odrzucało, a potem dodawało własny podpis. Granica między inspiracją a naśladownictwem bywa oczywiście cienka, ale nie można jej wyznaczać wyłącznie na podstawie pierwszego skojarzenia.
W przypadku Grety Van Fleet najważniejsze jest dla mnie to, co wydarzyło się później. Zespół nie pozostał na zawsze młodszą kopią swoich idoli. Z albumu na album coraz wyraźniej poszerzał własne brzmienie, a jego muzyka zaczęła żyć czymś więcej niż tylko nostalgią za złotą epoką hard rocka. „PALACE FOR THE PEOPLE” traktuję jako kolejny etap tej drogi — dojrzały, melodyjny, bogato zaaranżowany i pełen momentów, w których klasyczne rockowe DNA spotyka się z ambicją stworzenia czegoś własnego.
Album otwiera „Into The Beginning” i już sam tytuł brzmi jak zaproszenie do przekroczenia muzycznego progu. Zamiast jednak od razu rzucać słuchacza w wir gitarowych riffów, zespół buduje atmosferę stopniowo. Narastające dźwięki, chóralne zaśpiewy i niemal rytualny charakter wstępu sprawiają wrażenie uczestnictwa w czymś znacznie większym niż zwykła rockowa sesja nagraniowa. Lubię takie otwarcia, bo dobrze przygotowana introdukcja działa jak podniesienie kurtyny w Teatrze. Jeszcze nie wiem, co dokładnie zobaczę za chwilę, ale czuję, że już za moment rozpocznie się opowieść. „Into The Beginning” może nawet sugerować koncepcję albumu podporządkowanego jednej historii, jednak bez dokładnego poznania tekstów nie zamierzam ogłaszać „PALACE FOR THE PEOPLE” konceptualnym dziełem. Pozostawiam sobie przyjemność odkrywania.
Później pojawia się „Tear It Down”, a zespół zaczyna odsłaniać kolejne fragmenty swojego muzycznego charakteru. Greta Van Fleet potrafi budować napięcie, operować kontrastem i przechodzić od spokojniejszych fragmentów do momentów, w których rockowa energia zaczyna dominować nad całym otoczeniem.
Szczególnie podoba mi się „Heart And The Beat”. To jeden z tych utworów, w których gitara nie pokazuje niczego na siłę poprzez nadmierną komplikację. Wystarczył odpowiednio skonstruowany, surowy, ostry riff, trochę kanciasty, niemal szorstki, a jednocześnie niezwykle skuteczny. Jake Kiszka doskonale od początku rozumie, że dobry riff nie jest ozdobnikiem kompozycji, ale bywa jej kręgosłupem, charakterem i wizytówką. W tym momencie najłatwiej zrozumieć, dlaczego zespół nadal może budzić skojarzenia z Led Zeppelin. Nie chodzi jedynie o pojedyncze dźwięki, lecz o sposób myślenia o rocku: gitara ma być żywa, rytm ma oddychać, a kompozycja powinna mieć przestrzeń do rozwoju. Tyle że podobieństwo nie oznacza automatycznie tożsamości. Wspólne korzenie mogą prowadzić do różnych muzycznych ogrodów.
Wokal Josha jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów brzmienia zespołu, ale na tej płycie szczególnie interesuje mnie jego ekspresyjna różnorodność. W „Heart And The Beat” można usłyszeć charakterystyczne przeciągnięcia i wysokie zaśpiewy, które niektórym natychmiast przypomną Roberta Planta. Rozumiem takie skojarzenia, lecz nie uważam, żeby wyczerpywały temat. Josh potrafi budować frazę na wiele sposobów, a jego interpretacje coraz częściej mają własną dramaturgię. Nie ogranicza się do efektownego eksponowania wysokich rejestrów. Umie również śpiewać delikatniej, bardziej intymnie, pozwalając, aby emocja wyprzedziła demonstrację technicznych możliwości.
Najlepiej słychać to w „Saw You Stand”. Utwór rozpoczyna się od fortepianu, co od razu zmienia perspektywę. Zamiast tradycyjnego hardrockowego wejścia dostajemy zaproszenie do świata bardziej osobistego. Przyznam, że taka konstrukcja przywodzi mi na myśl balladowe oblicze Aerosmith, szczególnie ten rodzaj dramatyzmu, który kojarzymy z „Dream On”. Nie chodzi o bezpośrednie kopiowanie konkretnego utworu, ale o podobną umiejętność przechodzenia od lirycznej delikatności do potężnego, niemal teatralnego finału. Josh potrafi rozpocząć frazę tak, jakby zwierzał się komuś w półmroku, a po chwili przekształcić ją w pełen napięcia, ekspresyjny krzyk. Ta zmiana nie jest wyłącznie wokalnym popisem. Ma sens dramaturgiczny, ponieważ słuchacz dostaje emocjonalną drogę, a nie tylko serię efektownych dźwięków.
Równie ważny pozostaje Jake. Jego solówki na „Palace For The People” nie sprawiają wrażenia przypadkowych pokazów sprawności. Każda ma odmienny charakter, inną temperaturę i własny punkt ciężkości. Raz gitara staje się przedłużeniem wokalu, innym razem przejmuje rolę głównego narratora. To różnica między gitarzystą, który potrafi zagrać wiele nut, a muzykiem, który wie, po co dana nuta powinna wybrzmieć.
Wśród utworów szczególnie zwracających moją uwagę znajdują się „Boughten Bliss” oraz „Field Of Stars”. W obu słychać, że Greta Van Fleet nie zamierza budować całej swojej tożsamości na ciężkich riffach. Tu punktem wyjścia do bardziej rozbudowanych kompozycji staje się gitara akustyczna, a melodyjność nie jest dodatkiem do rockowej energii, lecz jej równorzędnym partnerem.
„Boughten Bliss” należy do najbardziej wyrafinowanych momentów albumu. Szczególnie ciekawie wypada warstwa aranżacyjna, w której pojawiają się smyczki. Zamiast banalnie podkreślać emocje, tworzą odrębną przestrzeń dźwiękową. Ciemniejsze barwy wiolonczel spotykają się z cieplejszymi skrzypcami, a różnice między nimi budują głębię, której nie dałoby się osiągnąć samą gitarą i sekcją rytmiczną. Takie rozwiązania przekonują mnie, że zespół dojrzewa. Nie próbuje udowadniać swojej wielkości poprzez nieustanne zwiększanie głośności. Rozumie, że czasami o sile kompozycji decyduje to, co znajduje się pomiędzy dźwiękami.
„Field Of Stars” rozwija z kolei bardziej przestrzenny, melodyjny wymiar płyty. Jest w tym utworze coś z rockowej romantyczności, ale bez konieczności popadania w cukierkową przesadę. Greta Van Fleet potrafi być podniosła, a jednocześnie zachować odpowiednią lekkość. Warto zwrócić uwagę także na „Play Your Games”. To interesujący przypadek utworu, który może funkcjonować jako singiel, a jednocześnie niekoniecznie najlepiej reprezentuje cały album. Rozumiem, dlaczego właśnie taki numer może zostać wybrany do promocji: ma własny charakter, jest stosunkowo łatwy do wyodrębnienia z całości i pokazuje nieco inne oblicze grupy. Mnie jednak przekonuje mniej niż kompozycje, w których zespół rozwija pełnię swoich możliwości aranżacyjnych. Nie każda decyzja promocyjna musi zresztą odpowiadać osobistym preferencjom słuchacza. Single bywają wizytówkami, ale nie zawsze są najważniejszymi utworami na płycie. Czasami największe skarby czekają na tych, którzy zdecydują się posłuchać całego albumu, zamiast poprzestać na pierwszym spotkaniu.
Ważnym elementem „PALACE FOR THE PEOPLE” jest rozbudowanie palety brzmieniowej. Greta Van Fleet już wcześniej eksperymentowała z orkiestrowymi rozwiązaniami, między innymi na „The Battle at Garden's Gate”, a następnie rozwijała własne pomysły na „Starcatcher”. Tutaj słychać dalsze poszukiwania, choć nie sprowadzają się one do mechanicznego dodawania kolejnych warstw.
„Lost In The Golden” przynosi delikatnie orientalizującą aurę, która nadaje kompozycji odmienny kolor. „Touch Again” zwalnia tempo i wprowadza więcej zadumy. „Born Into This” hipnotyzuje nastrojem, a partia harmonijki dodaje mu organicznego, niemal bluesowego oddechu. Właśnie ten ostatni instrument szczególnie lubię w rocku. Harmonijka przypomina, że nawet najbardziej rozbudowane aranżacje mogą wyrastać z prostych, pierwotnych źródeł muzycznej ekspresji. Nie potrzeba monumentalnej orkiestry, żeby opowiedzieć o samotności, przemijaniu czy nadziei. Czasami wystarczy kilka dźwięków, które trafiają dokładnie tam, gdzie powinny.
W całym tym bogactwie nie ginie podstawowy skład zespołu: Josh Kiszka przy mikrofonie, Jake Kiszka na gitarze, Sam Kiszka obsługujący bas i instrumenty klawiszowe oraz Danny Wagner za perkusją. To istotne, ponieważ rozbudowane aranżacje mogą łatwo przytłoczyć muzyków, którzy nie mają wystarczająco silnej tożsamości. Tutaj fundament pozostaje rockowy, a dodatkowe instrumenty poszerzają przestrzeń zamiast zastępować zespół. Produkcja Grety Van Fleet i Mike'a Elizondo służy właśnie temu połączeniu. Elizondo ma doświadczenie w pracy z artystami reprezentującymi różne muzyczne światy, co samo w sobie nie gwarantuje określonego brzmienia, ale dobrze współgra z ideą albumu otwartego na więcej niż jeden stylistyczny kierunek.
„PALACE FOR THE PEOPLE” odbieram jako płytę dojrzałą, pięknie zaaranżowaną i pełną melodii. Nie oznacza to, że każdy utwór trafia w mój gust z jednakową siłą. „Play Your Games” pozostawia mnie bardziej obojętnym niż „Heart And The Beat”, „Boughten Bliss” czy „Saw You Stand”. Nie przeszkadza mi to jednak w pozytywnej ocenie całości. Najważniejsze jest to, że Greta Van Fleet coraz swobodniej porusza się we własnym muzycznym świecie. Led Zeppelin pozostaje częścią jej historii, podobnie jak blues, hard rock i wielka tradycja albumowego rocka. Nie ma potrzeby udawać, że tych inspiracji nigdy nie było. Pytanie brzmi raczej, co Artyści potrafią z nimi zrobić.
A tutaj dzieje się sporo. Jest przestrzeń, są emocje, są pomysłowe partie gitarowe, świetna praca wokalna, smyczkowe faktury i kompozycje, które potrafią rozwijać się przez kilka muzycznych krajobrazów. Lubię zespoły, które przypominają mi, dlaczego w ogóle zakochałem się w rocku. Nie dlatego, że odtwarzają przeszłość nuta po nucie, ale dlatego, że potrafią przywrócić jej energię, a następnie wykorzystać ją do opowiedzenia własnej historii.
Greta Van Fleet robi to coraz pewniej i dlatego nadal jej kibicuję.
Maciek Pysz — „PONT DE VIE”
Zdarza mi się włączać płytę bez szczególnych oczekiwań. Nie czytam wcześniej recenzji, nie sprawdzam, kto z kim nagrywał, nie próbuję dopasować muzyki do określonej szufladki. Po prostu uruchamiam odtwarzacz, albo jakąś platformę i pozwalam dźwiękom działać. Czasami po kilku minutach wiem, że czeka mnie przyjemne, ale niezobowiązujące spotkanie, innym razem muzyka zatrzymuje mnie na dłużej. Nagle odkrywam, że zamiast wykonywać codzienne czynności, siedzę w ciszy i słucham, jakby od kolejnych nut zależało coś więcej niż tylko moje muzyczne zadowolenie. Tak właśnie odbieram „PONT DE VIE” Maćka Pysza.
Album zachwyca pięknem, ale nie pięknem powierzchownym. Nie chodzi o efektowną melodię, którą mogę zanucić po pierwszym przesłuchaniu, ani o instrumentalną wirtuozerię, która ma przekonać mnie, że oto znalazłem się w obecności wybitnych muzyków. Tutaj piękno rodzi się z dialogu, z oddechu między frazami, z umiejętności pozostawienia przestrzeni drugiemu instrumentowi. I z czegoś jeszcze: ze wspomnień, które potrafią zamienić stratę w muzykę.
Tytuł oznacza „Most życia” i otwiera kilka interpretacyjnych drzwi. Most łączy dwa brzegi, pozwala przejść z jednego miejsca do drugiego, czasami prowadzi przez rzekę, której nie da się pokonać inaczej. Może być symbolem spotkania, pojednania, przejścia, ale także rozstania. W przypadku tej płyty nabiera szczególnego znaczenia, ponieważ Maciek Pysz dedykuje ją pamięci swojego ojca, który zmarł w 2024 roku. Muzyka przestaje być wówczas wyłącznie pięknie skonstruowaną opowieścią instrumentalną, a staje się osobistym gestem, próbą zachowania więzi, która nie kończy się w chwili śmierci drugiego człowieka.
Ważnym punktem odniesienia dla całego albumu jest „La Chanson d'Helene”, utwór wywodzący się z filmu Claude'a Sauteta „Les Choses de la vie”, znanego w Polsce jako „Okruchy życia”. To historia, w której przemijanie i utrata nie stanowią jedynie dodatków do fabuły, a są jej emocjonalnym centrum. Muzykę skomponował Philippe Sarde, rozpoczynając w ten sposób wieloletnią współpracę z Sautetem. Szczególną sławę zdobyła późniejsza rozrywkowa wersja tematu, wykonana przez Romy Schneider i Michela Piccoliego.
Historia tej piosenki jest niemal tak poruszająca jak sama melodia. Sautet obawiał się, że umieszczenie wersji wokalnej w filmie zbyt dosłownie dopowie emocje, które kino powinno pozostawić widzowi. Piosenka nie znalazła się więc w ostatecznej wersji obrazu, ale została nagrana przez oboje aktorów. To nagranie ma w sobie niezwykłą autentyczność. Romy Schneider nie śpiewa jak zawodowa wokalistka. Jej głos jest delikatny, bliski mowie, jakby słowa wypowiadane były tylko do jednej osoby. Piccoli odpowiada jej podobnym tonem. Powstało wrażenie prywatnej rozmowy dwojga ludzi, którzy wiedzą, że ich wspólna historia dobiega końca.
Maciek Pysz sięgnął po ten materiał w wersji instrumentalnej. Bez słów melodia nie straciła na znaczeniu, lecz otworzyła się na kolejne możliwości. Mogę wypełnić ją własnymi wspomnieniami, twarzami, rozmowami i chwilami, które z perspektywy czasu nabrały dla mnie szczególnej wartości. Nie muszę znać całej historii filmu Sauteta, aby zrozumieć tę muzykę (choć film oglądałem). Wystarczy, że kiedykolwiek za kimś tęskniłem i tęsknię.
„PONT DE VIE” to znakomity skład. Maciek Pysz gra na gitarze klasycznej i akustycznej, Daniele di Bonaventura wnosi brzmienie bandoneonu i fortepianu, a Yuri Goloubev odpowiada za kontrabas.
Gitara Pysza jest delikatna, niemal "przezroczysta", ale nie pozbawiona zdecydowania. Jej dźwięk ma w sobie coś intymnego. Nie narzuca mi się w żadnym momencie. Czasami melodia rozwija się tak, jakby muzyk prowadził rozmowę z samym sobą. Innym razem gitara staje się przewodnikiem dla pozostałych instrumentów, podsuwa im temat, pozostawia przestrzeń i cierpliwie czeka na odpowiedź.
Bandoneon Danielego di Bonaventury dodaje całości szczególnej barwy. Tego dźwięku nie pomylę łatwo z czymkolwiek innym. Ma w sobie melancholię, pewną chropowatość, a jednocześnie ogromną zdolność do subtelnego modelowania emocji. W odpowiednich rękach potrafi przywoływać skojarzenia z tangiem, muzyką kameralną, włoskim kinem i pejzażami, w których słońce nie zawsze oznacza beztroskę. Nie należy przy tym utożsamiać bandoneonu z akordeonem, choć instrumenty są ze sobą spokrewnione. Bandoneon, szczególnie mocno związany z historią tanga argentyńskiego, ma własną konstrukcję i charakterystyczną paletę brzmieniową. Jego melancholijna ekspresja potrafi nadać nawet prostej melodii nieoczekiwaną głębię.
Kontrabas Yuriego Golouveva spaja te dwa światy. Nie podkreśla nieustannie rytmu ani nie demonstruje swojej obecności. Wyznacza muzyce stabilny punkt odniesienia. Szczególnie pięknie wypada jego smyczkowa partia w „La Chanson d'Helene”, gdzie niskie rejestry stają się fundamentem dla delikatniejszej, bardziej ulotnej narracji.
Takie trio pozwala mi zrozumieć, czym może być prawdziwe muzyczne porozumienie, które nie polega na tym, że wszyscy grają jednocześnie to samo, ale polega na tym, że każdy słucha pozostałych.
Tytuły kompozycji układają się w swoistą mapę emocjonalną. „Into the Forest”, „Flow”, „Beija Flor”, „Woke Up & Sang”, „The Bridge (Intro)”, „Le Pont De Passage”, „Paris Dreams”, „Sogno Di Primavera”, „Heart”, „Surrender” i „Cjavali” sugerują różne przestrzenie, nastroje oraz języki.
Już „Into the Forest” zaprasza do świata, w którym nie muszę się spieszyć. Las bywa w literaturze miejscem zagubienia, ale także schronieniem. Można się w nim oddalić od codziennego hałasu, odnaleźć rytm, którego nie wyznacza zegarek, i przypomnieć sobie, że cisza nie musi oznaczać pustki.
„Flow” niesie w samym tytule ideę płynięcia, naturalnego ruchu, który nie wymaga ciągłej kontroli. W takiej muzyce ważne staje się nie tylko to, dokąd zmierzamy, ale również to, jak przebiega droga.
Z kolei „Beija Flor” przywołuje portugalską nazwę kolibra. To piękne skojarzenie, ponieważ koliber jest stworzeniem niewielkim, a zarazem niezwykle dynamicznym. Jego obecność przypomina, że delikatność nie musi oznaczać bezradności. Czasami właśnie to, co najmniejsze, potrafi poruszać się z największą energią.
Szczególnie istotne miejsce zajmuje „The Bridge (Intro)” oraz „Le Pont De Passage”. Motyw mostu powraca jak muzyczny znak rozpoznawczy całego przedsięwzięcia. Most nie jest ani jednym brzegiem, ani drugim. Jest przestrzenią pomiędzy. To miejsce przejścia, w którym człowiek przez chwilę nie należy już całkowicie do tego, co pozostawił za sobą, ale jeszcze nie dotarł do celu.
W kontekście osobistej dedykacji albumu trudno nie odczytywać tych tytułów jako metafory więzi między żyjącym a tym, kogo już nie ma. Nie chodzi jednak o łatwe pocieszenie ani o próbę udawania, że śmierć nie istnieje. Płyta nie musi rozwiązywać tajemnicy przemijania. Wystarczy, że pozwala o niej myśleć bez lęku.
Podoba mi się również wielojęzyczność tej płyty. Francuskie, włoskie i portugalskie odniesienia nie sprawiają wrażenia turystycznej dekoracji. Przypominają, że muzyka instrumentalna potrafi przekraczać granice bez konieczności tłumaczenia każdego słowa.
„Paris Dreams” przywołuje skojarzenia z miastem, które przez dekady stanowiło jeden z najważniejszych europejskich symboli artystycznej bohemy. Nie czuję tutaj jednak Paryża z pocztówek, z wieżą Eiffla i stolikiem w kawiarni. Bardziej widzę tu Paryż wspomnień, spacerów bez konkretnego celu, rozmów, które kończyły się po kilku godzinach.
„Sogno Di Primavera”, czyli sen o wiośnie, prowadzi mnie ku innemu obrazowi. Wiosna bywa symbolem odnowy, ale w tej muzycznej opowieści oznacza prostego powrotu do szczęścia. Można przecież rozpocząć coś nowego, nie zapominając o tym, co zostało utracone. Można iść dalej, zachowując pamięć o tych, którzy towarzyszyli nam wcześniej. Właśnie w takich momentach dostrzegam największą wartość albumu. Nie narzuca jednej interpretacji, ale pozostawia przestrzeń dla moich własnych przeżyć.
„PONT DE VIE” zachwyca nie tylko kompozycjami i grą muzyków, ale również jakością nagrania. Sesja zrealizowana w studiu Artesuono w Udine, z udziałem realizatora dźwięku Stefano Ameri, pozwala docenić niuanse brzmieniowe, które w mniej starannej produkcji mogłyby zniknąć. Słychać przestrzeń pomiędzy instrumentami, naturalność wybrzmiewania strun, różnice w barwie i dynamice. To nagranie, które powinno zainteresować miłośników dobrego sprzętu audio, ale nie trzeba być audiofilem, żeby czerpać z niego przyjemność. Wysoka jakość techniczna ma tu sens dlatego, że służy muzyce. Nie chodzi o demonstrację sprzętowych możliwości ani o szukanie najgłębszego basu. Ważne jest, aby usłyszeć, jak instrumenty ze sobą rozmawiają.
„PONT DE VIE” jest dla mnie jednym z tych albumów, które przypominają, że Muzyka nie musi konkurować z codzienną głośnością. Może być cicha, subtelna i skupiona, a jednocześnie pozostawić po sobie bardzo silne wrażenie. Maciek Pysz stworzył dzieło, w którym osobista pamięć spotyka się z uniwersalnym doświadczeniem przemijania. Pomagają mu w tym znakomici partnerzy, a całość zyskuje dzięki wyważonym kompozycjom, naturalnemu brzmieniu i niezwykłej kulturze muzykowania.
Nie musicie znać historii powstania tej płyty, aby docenić jej piękno, ale kiedy poznacie osobistą dedykację, niektóre dźwięki zaczyną znaczyć dla Was więcej. Usłyszycie w nich nie tylko gitarę, bandoneon i kontrabas, lecz także próbę zachowania czegoś, czego nie da się już odzyskać w zwyczajny sposób. Dlatego tytułowy most wydaje mi się tak trafny. Nie prowadzi z powrotem do przeszłości - pozwala ją zabrać ze sobą.
Piękna, poruszająca i niezwykle dojrzała płyta. Taka, której warto słuchać nie szybko, lecz w chwili, gdy możemy naprawdę być z muzyką sam na sam.
@ak
Pozdrawiam Subtelnym Językiem Muzycznym
Rock'n'Roll Lives
Dodaj komentarz
Komentarze