Berlin, który można odnaleźć w drugim człowieku. O przyjaźni, wolności i potrzebie domu — „Berlin. Obce, swoje, niczyje” Agnieszki Oknińskiej

Opublikowano w 4 października 2026 17:37

Mam z tą książką pewien problem. I właściwie zanim napiszę o niej choćby jedno zdanie, powinienem się do tego problemu przyznać. Autorkę znam osobiście. Agnieszka Oknińska jest moją koleżanką, dlatego przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem pisać cokolwiek o jej powieści. Przynajmniej w teorii powinienem zachować dystans. Chłodne oko, bezstronny osąd, literatura na jednej szali, emocje na drugiej. A przecież trudno udawać, że człowiek jest maszyną do oceniania książek, szczególnie wtedy, kiedy Autorkę zna się poza kartkami powieści.

Bałem się więc, że ktoś powie: „No tak, kolega przecież nie napisze źle”. Właśnie dlatego przez chwilę chciałem sobie tę przyjemność odpuścić. Potem jednak przeczytałem „Berlin. Obce, swoje, niczyje” po raz drugi i pomyślałem, że czasami uczciwość wobec Literatury polega nie na milczeniu, lecz na powiedzeniu wprost: Agnieszko, napisałaś naprawdę bardzo dobrą książkę.
Nie dlatego, że się znamy. Właśnie odwrotnie. Gdybym dostał tę powieść od kogoś zupełnie obcego, również zatrzymałbym się przy niej na dłużej. A może nawet z większą ostrożnością próbowałbym znaleźć wszystkie jej słabsze miejsca. Ta książka zrobiła coś, czego Literatura obyczajowa często próbuje dokonać, ale nie zawsze jej się udaje. Zaczęła opowiadać o innych, a skończyła opowiadać o Nas.

Berlin.
Miasto, które samo w sobie jest gotową metaforą. Przez dziesięciolecia przecięte murem, podzielone ideologią, historią i polityką. Miasto, w którym granica między jednym światem a drugim była kiedyś czymś więcej niż linią na mapie. Była betonem, zasiekami, strażnikami, zakazami i strachem.
A później mur runął. Tyle że historia, jak wiadomo, ma tę irytującą właściwość, że bardzo nie lubi kończyć się wtedy, kiedy człowiek uznaje ją za zakończoną. Mury potrafią znikać z ulic, a pozostawać w Nas, w ludziach. I o takich właśnie murach opowiada Agnieszka Oknińska.

Jej Berlin jest czymś więcej niż miejscem akcji. Jest przestrzenią spotkania, miastem ludzi, którzy przyjechali z różnych stron świata, z różnymi językami, religią, obyczajami i bagażem doświadczeń. Jest jednocześnie obcy i znajomy. Przyciąga i niepokoi. Daje szansę, ale niczego nikomu nie obiecuje.
W tym Berlinie spotykają się trzy kobiety: Anna z Polski, Melek z Turcji i Nasira z Syrii. Trzy kultury, trzy historie oraz trzy różne doświadczenia. Trzy kobiety, które na pierwszy rzut oka niewiele powinno łączyć, a jednak... Łączy je coś znacznie ważniejszego niż miejsce urodzenia: samotność, tęsknota, potrzeba akceptacji, potrzeba bycia wysłuchaną. I przede wszystkim — potrzeba drugiego człowieka.

Najbardziej podoba mi się w tej powieści to, że Autorka nie potrzebuje wielkich literackich fajerwerków, katastrof, nieustannego podkręcania napięcia ani "emocjonalnej muzyki" w tle. Oknińska pozwala swoim bohaterkom po prostu żyć. Realnie żyć: rozmawiać, gotować, spotykać się, telefonować, martwić się o dzieci, kłócić, kochać, tęsknić, bać się, czasami zrobić coś głupiego, a czasami bardzo głupiego. Dlatego te kobiety wydają mi się tak prawdziwe. Życie przecież rzadko wygląda jak dobrze skonstruowany thriller. Zwykle nie ma punktu kulminacyjnego co pięćdziesiąt stron. Częściej składa się z poniedziałku, wtorku, środy, telefonu, zakupów, rachunków, pracy, obiadu, kłótni, pojednania i pytania: „Co ja właściwie mam dalej zrobić ze swoim życiem?”. Literatura często próbuje życie poprawiać, autorka próbuje je zrozumieć. To jest ogromna różnica.

Tytuł powieści — „Berlin. Obce, swoje, niczyje” — okazuje się zresztą kluczem do całej historii.
Obce.
Bo Berlin początkowo jest obcy. Język, ulice, ludzie, zwyczaje. Nawet rzeczy pozornie banalne mogą w nowym kraju przypominać człowiekowi, że znalazł się poza własnym światem.
Swoje.
Człowiek zaczyna oswajać miejsce poprzez innych ludzi. Własny kubek na stole. Znajomy głos w telefonie. Zapach jedzenia. Czyjąś rękę położoną na ramieniu. Śmiech podczas rozmowy. Miejsce, do którego można wejść bez pukania. I nagle okazuje się, że „swoje” nie musi oznaczać miejsca urodzenia. Może oznaczać po prostu człowieka.
Niczyje.
Można mieszkać gdzieś przez lata i nadal mieć wrażenie, że jest się pomiędzy. Pomiędzy dwoma językami i dwiema kulturami. Pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i pomiędzy tym, kim chcieli nas widzieć inni, a tym, kim sami chcielibyśmy zostać. Tutaj właśnie powieść zaczyna wychodzić daleko poza ramy klasycznej literatury obyczajowej. Bo czym właściwie jest dom? Czy jest adresem? Może miastem, albo państwem czy językiem? A może zapachem dzieciństwa? A może... Człowiekiem?

Czytając tę książkę, wielokrotnie wracałem myślami do filozofii egzystencjalnej. Jean-Paul Sartre powiedziałby zapewne, że człowiek jest skazany na wolność. Brzmi to pięknie, dopóki nie uświadomimy sobie, że wolność jest również odpowiedzialnością. Jeśli możemy wybrać, musimy ponosić konsekwencje wyboru. To jest jedna z najtrudniejszych lekcji, jakie przechodzą bohaterki Oknińskiej, bo wolność nie zawsze przypomina spacer wśród kwitnących wiśni. Czasami bardziej przypomina stanie przed drzwiami i zastanawianie się, czy rzeczywiście mamy odwagę nacisnąć klamkę.

Sartre'owskie pytanie o wolność bardzo dobrze spotyka się tutaj z myślą Viktora Frankla. Człowiek może nie mieć wpływu na wszystkie okoliczności swojego życia, ale pozostaje mu pewna przestrzeń wyboru własnej postawy wobec tego, co go spotyka. Bohaterki nie mogą wymazać przeszłości. Nie mogą zmienić wszystkich ludzi wokół siebie. Nie mogą sprawić, że tradycja, rodzina, religia, oczekiwania społeczne czy dawne doświadczenia nagle przestaną istnieć. Mogą jednak próbować zdecydować, co zrobią z tym wszystkim, co otrzymały. I tutaj zaczyna się ich prawdziwa podróż. Nie do Berlina, ale do samych siebie.

Melek, Nasira i Anna różnią się od siebie, ale ich historie tworzą niezwykle ciekawy tryptyk.
Melek znajduje się pomiędzy kulturą turecką a niemiecką rzeczywistością, pomiędzy potrzebą miłości a doświadczeniem zależności. Jej historia pokazuje, jak bardzo człowiek potrafi pragnąć normalności i jak łatwo owo pragnienie może zostać wykorzystane. Jej relacje z Dżanalem, historia fikcyjnego małżeństwa i późniejsza relacja z Moritzem tworzą obraz kobiety, która chce kochać i być kochaną, ale jednocześnie próbuje znaleźć bezpieczeństwo. Jest w tym coś niezwykle ludzkiego. Człowiek przecież zdaje sobie sprawę, że wchodzi drugi raz do tej samej rzeki, ale robi to z naiwną nadzieją, że tym razem rzeka będzie miała inne, łagodniejsze i spokojniejsze prądy.
Freud nazwałby to zapewne powtarzaniem schematu. Życie nazywa to czasem po prostu: „Znowu zrobiłam to samo”. Ta druga wersja jest bardziej bolesna.

Nasira jest z kolei bohaterką zawieszoną pomiędzy rozsądkiem a uczuciem. Jej małżeństwo jest konstrukcją racjonalną. Umową. Pewnym porządkiem świata. Kiedy w jej życiu pojawia się Eymen, nagle cała misternie skonstruowana układanka zaczyna się przesuwać.
Kierkegaard pisał o wyborze, lęku i skoku, którego człowiek dokonuje wtedy, gdy nie ma już pewności, że rozum potrafi poprowadzić go dalej. Nasira właśnie przed takim wyborem staje. Uczucia mają tę irytującą cechę, że nie czytają umów, nie sprawdzają regulaminu i nie zadają pytania, czy termin jest odpowiedni. Po prostu przychodzą.

A Anna? Anna jest mi szczególnie bliska jako postać dlatego, że jej historia dotyka chyba najbardziej uniwersalnego problemu: konfliktu pomiędzy tym, czego oczekuje od nas otoczenie, a tym, czego naprawdę chcemy. Polski katolicki model rodziny: role, obowiązki, oczekiwania, małżeństwo, wizerunek „dobrego życia”... A pod tym wszystkim człowiek: ze swoimi pragnieniami, z potrzebą wolności i z pytaniem, czy można jeszcze raz napisać własną historię.

I tutaj powieść dotyka problemu, który znamy przecież nie tylko z Literatury. Ile decyzji podejmujemy dlatego, że naprawdę ich chcemy, a ile dlatego, że ktoś kiedyś powiedział nam, jak powinno wyglądać nasze życie? To pytanie jest znacznie bardziej niebezpieczne, niż wygląda, bo jeśli zaczniemy je zadawać naprawdę uczciwie, może się okazać, że niektóre meble w naszym życiu ustawiliśmy nie my. Nagle człowiek znajduje się w przestrzeni, z której teoretycznie może wyjść, ale psychicznie nie widzi drzwi.

Foucault zapewne zainteresowałby się tym mechanizmem. Nie zawsze potrzebujemy zewnętrznego strażnika. Czasami wystarczy, że sami przejmiemy jego rolę. Najbardziej skuteczna kontrola nie musi mówić: „Nie wolno”. Wystarczy, że powie: "Dobry człowiek tak nie robi”. I taki człowiek sam zaczyna pilnować własnej klatki. Na całe szczęście Agnieszka Oknińska nie wygłasza filozoficznych wykładów. Nie chciałbym czytać powieści, w której bohaterka robi herbatę, a na następnej stronie pojawia się przypis do Foucaulta. Filozofia działa tu inaczej. Jest pod powierzchnią. To czytelnik zaczyna zadawać pytania.

Jednym z najbardziej poruszających elementów powieści jest dla mnie motyw jedzenia. To może zabrzmieć banalnie, ale właśnie takie drobiazgi budują wiarygodność świata przedstawionego. Melek przygotowująca nadziewane liście winogron, kiedy jest zestresowana, mówi o niej więcej niż niejedna strona psychologicznego opisu. Jedzenie bowiem jest pamięcią, domem, jest dzieciństwem i językiem, którego nie trzeba tłumaczyć. Emigrant może zmienić adres, pracę, język, czasami nawet sposób ubierania się, ale kiedy poczuje zapach potrawy z dzieciństwa, nagle przez sekundę znów siedzi przy stole, którego być może już dawno nie ma. To jeden z tych momentów, w których Literatura spotyka antropologię. Człowiek przechowuje swoją tożsamość nie tylko w słowach, ale również w smakach, zapachach i codziennych rytuałach. A czasami najwyraźniej także w liściach winogron. Trzeba przyznać, że to całkiem sympatyczny sposób przechowywania Kultury.

Bardzo ważnym jest również w powieści temat religii. Ale podoba mi się, że Autorka nie robi z niej ani czarnego charakteru, ani cudownego rozwiązania wszystkich problemów. Dla Melek modlitwa pojawia się szczególnie wtedy, gdy sytuacja staje się graniczna. Nasira szuka w modlitwie spokoju, natomiast Anna patrzy na religijność z większym dystansem. Ta różnorodność jest niezwykle interesująca. Religia może być przecież schronieniem, źródłem sensu życia, albo elementem tożsamości. Ale może też zostać wykorzystana jako narzędzie nacisku.
To zresztą jeden z najstarszych problemów historii człowieka: różnica pomiędzy wiarą przeżywaną osobiście a systemem społecznym, który zaczyna mówić człowiekowi, jak ma żyć. Pisarka nie rozstrzyga tego sporu, bowiem doskonale zdaje sobie sprawę, że Literatura nie musi odpowiadać na wszystkie pytania. Czasami jej najważniejszym zadaniem jest sprawić, żebyśmy zaczęli je zadawać sami.

Virginia Woolf pisała o potrzebie własnej przestrzeni. W powieści Oknińskiej kobiety tworzą taką przestrzeń razem. Nie jest zbudowana z cegieł, ale powstaje z rozmowy przy stole, w kuchni, w samochodzie, podczas wspólnego gotowania. W tej zwyczajności, powstaje coś niezwykłego i zwykłego jednocześnie: przyjaźń.

Bardzo mocno działa na mnie również symbolika Berlina. Miasto, które kiedyś miało mur dzielący ludzi, tutaj staje się miejscem, w którym trzy kobiety próbują swoje mury rozebrać. To niezwykle przewrotne. Historia zbudowała w Berlinie fizyczną granicę, życie buduje w człowieku granice psychologiczne, a Literatura próbuje je przekroczyć. Berlin przestaje być więc jedynie miastem, a staje się stanem ducha. Miejscem pomiędzy przeszłością i przyszłością. Pomiędzy domem, który został gdzieś daleko, a nowym miejscem, które jeszcze nie zdążyło stać się domem. Dlatego tak pięknie działa motyw kwitnących wiśni. Różowe alejki Berlina można odczytać jako symbol przemiany. Drzewo kwitnie, choć przecież nie pyta, czy zeszłoroczna zima była dla niego sprawiedliwa. Po prostu przychodzi wiosna. I może człowiek jest trochę podobny. Może po najcięższych "zimach" również ma prawo zakwitnąć.

W tej książce jest jeszcze jeden obraz, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Chmury. Patrzenie w niebo i wybieranie tej jednej, która mogłaby zabrać bohaterki do domu. To prosty, niemal dziecięcy obraz, a jednocześnie niezwykle mocny. Każdy emigrant, każdy człowiek tęskniący za czymś utraconym, każdy, kto choć raz znalazł się daleko od własnego świata, zna tę dziwną potrzebę patrzenia gdzieś w dal. Dom zaczyna wtedy być bardziej Ideą niż miejscem. Może dlatego chmura jest tu lepszym "środkiem transportu" niż niejeden samolot.

Pod względem stylu Agnieszka Oknińska wybiera prostotę. Nie buduje zdań tak skomplikowanych, żeby czytelnik po przeczytaniu akapitu potrzebował instrukcji obsługi. Jej proza jest komunikatywna, momentami niemal reporterska. Pod tą prostotą znajduje się jednak coś bardzo ważnego — emocje. To styl opowiadania komuś historii przy stole. Bez pozerstwa i literackiej maski. Bez potrzeby udowadniania, że Autor przeczytał wszystkie możliwe słowniki synonimów. Między innymi dlatego książkę czyta się tak dobrze.

Czy powieść jest konstrukcyjnie bez skazy? Nie jestem krytykiem Literatury. Wylewam jedynie na "papier" swoje emocje. Momentami akcja może trochę zwalnia. Są fragmenty, które być może można byłoby skrócić, a niektóre wątki mocniej rozwinąć. Miałem chwilami wrażenie, że pewne emocje pozostają niewypowiedziane albo że historia mogłaby pójść jeszcze głębiej. Paradoksalnie, dla mnie przynajmniej, właśnie ta "niedoskonałość" sprawia, że opisana historia wydaje mi się bliska życiu. Życie również nie domyka wszystkich wątków i nie każda historia otrzymuje efektowny finał. Nie każda rana zostaje zagojona i nie każdy człowiek, którego spotykamy, dostaje od losu piękną klamrę narracyjną. Czasami coś po prostu się kończy. Albo nie kończy się wcale i po prostu uczymy się z tym żyć. A może Autorka trzyma coś jeszcze w zanadrzu na drugi tom?

Długo myślę o tej książce i dochodzę do wniosku, że jej prawdziwym tematem jest tożsamość. Kim jestem, kiedy zabierze mi się wszystko, co dotychczas mnie określało? Kim jestem poza rolą żony i matki? Poza oczekiwaniami rodziny i poza krajem, z którego pochodzę? Poza opinią innych? Czy można jeszcze raz stworzyć siebie?
To pytania, które pojawiają się u Sartre'a, Kierkegaarda, Frankla, ale również u Camusa.
Camus pisał o absurdzie świata, o człowieku próbującym znaleźć sens w rzeczywistości, która nie zawsze ten sens podaje na tacy. Bohaterki Oknińskiej również nie otrzymują instrukcji obsługi życia. Muszą je napisać same. Dlatego ich historia jest tak współczesna.

Można pochodzić z różnych krajów, wyznawać inną religię, mieć inne doświadczenia i mimo wszystko znaleźć człowieka, przy którym milczymy bez skrępowania. To chyba jeden z najpiękniejszych paradoksów tej książki. Największą bliskość czasami znajdujemy pośród ludzi, którzy na początku wydają się nam najbardziej obcy.
Dlatego nie dziwi mnie, że Berlin staje się tutaj symbolem nadziei. Miasto, które kiedyś było podzielone, pomaga połączyć trzy kobiety i miejsce, które dla każdej z nich miało być czymś innym, staje się wspólnym punktem ich historii. A kwitnące wiśnie przypominają, że przemiana nie musi być gwałtowna.

Czytając tę powieść, pomyślałem też o Zygmuncie Baumanie i jego refleksjach nad płynną nowoczesnością. Żyjemy w świecie, w którym ludzie zmieniają miejsca, pracę, związki, języki i role społeczne znacznie szybciej niż dawniej. Granice państw są coraz bardziej przepuszczalne, a jednocześnie granice wewnętrzne człowieka potrafią być coraz bardziej szczelne. Możemy dziś wsiąść do samochodu i po kilku godzinach znaleźć się w innym kraju. Możemy przez telefon porozmawiać z kimś znajdującym się tysiące kilometrów dalej. Możemy mieć setki znajomych w internecie. A mimo tego wszystkiego wciąż pozostaje najstarsza potrzeba świata: żeby ktoś naprawdę nas znał. I właśnie tę potrzebę Oknińska pokazuje bardzo przekonująco.

Nie mogę też pominąć samego wydania książki. Wydawnictwo Ostre Pióro zadbało o stronę wizualną naprawdę starannie. Okładka przyciąga uwagę, ale dopiero wnętrze pokazuje, że ktoś pomyślał o książce jako o przedmiocie, z którym czytelnik będzie obcował przez wiele godzin. Różne techniczne drobiazgi, które łatwo przeoczyć, a które sprawiają, że książka nabiera własnego charakteru. Lubię takie rzeczy.

I teraz wracam do początku. Do mojego problemu z książką koleżanki. Czy jestem obiektywny? Prawdopodobnie nie. Ale czy można być całkowicie obiektywnym wobec Literatury? Też chyba nie. Książki przecież nie trafiają do pustej przestrzeni. Trafiają do naszych doświadczeń, do naszych wspomnień i przekonań.
Jedną książkę czytamy jako dwudziestolatek, inną jako czterdziestolatek, a jeszcze inną po pięćdziesiątce i nagle okazuje się, że ta sama historia ma zupełnie inny smak. Dlatego moja opowieść o tej książce jest przede wszystkim świadectwem tego, co ta powieść zrobiła ze mną. A zrobiła sporo. Wystarczyło, że przypomniała, jak ogromną siłę może mieć zwykłe: „Jestem przy tobie”.

Agnieszka Oknińska napisała niezwykle życiową historię, bardzo aktualną. Problemy obcości i samotności nie zniknęły. Tak samo jak problemy kulturowych różnic oraz oczekiwań wobec kobiet. Nie zniknął niestety również problem poszukiwania własnej tożsamości i zapowiada się, że jeszcze długo nie zniknie, o ile w ogóle kiedyś.
Człowiek nadal pozostaje człowiekiem. Nadal kocha niewłaściwych ludzi, boi podejmować właściwe decyzje, tęskni, próbuje zacząć od nowa i nadal, zawsze potrzebuje przyjaciela.

Po przeczytaniu tej książki nie myślę o Berlinie. Myślę również o murach. O tych z betonu i o tych niewidzialnych. O tych, które zbudowali nam inni i o tych, które zbudowaliśmy sami. Myślę oczywiście o trzech kobietach, które powoli uczą się, że nie wszystkie mury trzeba burzyć młotem. Niektóre wystarczy przestać podtrzymywać. Czasami potrzebujemy do tego tylko rozmowy i odrobiny odwagi. Czasami wystarczają zwykłe liście winogron przygotowane w kuchni, kiedy człowiek nie wie już, co zrobić ze stresem.
Największa siła tej powieści tkwi w małych historiach, które składają się na nasze życie, bo nie zawsze potrzebujemy, żeby ktoś przenosił za nas góry. Najczęściej wystarczy, że ten ktoś będzie szedł obok nas.

„Berlin. Obce, swoje, niczyje” Agnieszki Oknińskiej to dla mnie powieść o poszukiwaniu domu, który ostatecznie okazuje się nie tyle miejscem, ile relacją. O wolności, która bywa trudniejsza od bezpieczeństwa. O tradycji, która może być korzeniem, ale czasami staje się również murem. O miłości, która potrafi ocalić, ale potrafi też zranić. I przede wszystkim o przyjaźni — tej najzwyklejszej, codziennej, pozbawionej wielkich słów, a przez to być może najprawdziwszej.

Kiedy zamknąłem książkę i patrzę na okładkę, przychodzi mi do głowy pewna myśl. Może dom nie zawsze jest tam, skąd przyjechaliśmy. Może czasami nie jest nawet tam, gdzie mieszkamy. Może dom zaczyna się dopiero wtedy, kiedy obok nas pojawia się ktoś, przy kim nie musimy już udawać, że jesteśmy kimś innym. Wtedy nawet najbardziej obce miasto może na chwilę stać się nasze. A jeśli jeszcze nad głową kwitną wiśnie, to chyba naprawdę warto uwierzyć, że życie — mimo wszystkich swoich murów — czasami daje człowiekowi drugą szansę.

Agnieszko — tym razem naprawdę nie żałuję, że dałem się namówić własnej ciekawości. Bałem się, że jako kolega będę musiał udawać "recenzenta". Tymczasem po prostu zostałem czytelnikiem. To najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć przy tej książce.
@ak

Pozdrawiam Wolnością Naszych Serc

Rock'n'RollinLiterature Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.