"Dziecię Boże"... cóż można powiedzieć o tak przerażającej historii o człowieku?

Opublikowano w 4 lipca 2026 05:37

Ktoś bardzo wrażliwy pewnie chodzi długo w milczeniu. Nie dlatego, że brakuje słów, ale dlatego, że każde wydaje się zbyt lekkie wobec tego, co właśnie zostało przeczytane. Książka krótka objętościowo, ale ogromna ciężarem moralnym i filozoficznym. Po każdej kolejnej przeczytanej stronie miałem wrażenie, jakbym schodził głębiej do jaskini, w której są coraz mniej wygodne wyjaśnienia oraz pocieszające interpretacje. Tylko czy aby na pewno tam są?!

"Dziecię Boże" nie jest lekturą przyjemną (choć jak dla mnie - obowiązkową). Nie jest opowieścią o konkretnych wydarzeniach, lecz o Ciemności, która mieszka w Człowieku. To powinno być w kanonie lektur. Tylko ilu jest tak doskonale przygotowanych nauczycieli, którzy potrafiliby przejść z nią razem z młodzieżą? Nie... wycofuję się. To powieść nie dla każdego... A w szczególności nie dla ukształtowanego jeszcze młodego umysłu.

Cormac McCarthy nigdy nie był pisarzem „miłym”. Nie uwodzi czytelnika dowcipem, nie prowadzi za rękę, nie rozdaje moralnych drogowskazów. W "Dziecięciu Bożym" posuwa się bardzo daleko — każe nam towarzyszyć człowiekowi, którego większość społeczeństwa natychmiast uznałaby za potwora.

Pisarz opowiada historię Lestera Ballarda, człowieka wyrzuconego poza nawias społeczności, żyjącego na marginesie Appalachów w stanie Tennessee. Początek brzmi jak wyrok: oto człowiek pozbawiony domu, więzi, godności, a stopniowo także człowieczeństwa. McCarthy w ani jednym momencie nie pozwala nam odsunąć Ballarda od siebie bezpiecznym gestem moralnego potępienia. Nie wskazuje: „spójrzcie na potwora”, raczej sugeruje: „spójrzcie uważnie, bo ten potwór urodził się na tym samym świecie co Wy”. Właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy niepokój i nasz dramat.

Proza McCarthy’ego jest hipnotyczna. Zdania bywają surowe, pozbawione ozdobników, a jednocześnie mają rytm przypominający starotestamentowe przypowieści. Czytając "Dziecię Boże", wielokrotnie miałem wrażenie, że obcuję nie tyle z realistyczną powieścią, ile z mrocznym mitem o upadku człowieka.

Czy Lester Ballard jest jeszcze człowiekiem? To pytanie wracało przez całą lekturę. Ballard popełnia czyny odrażające, których nie będę tu szczegółowo opisywał. Jednak McCarthy konsekwentnie przypomina, że to nie demon, lecz Człowiek. W jednym z najbardziej przejmujących momentów sugeruje, że Ballard jest „dziecięciem bożym” tak samo jak wszyscy inni. I właśnie ten tytuł jest kluczem do całej historii. Pisarz zdaje się pytać: czy istnieje taki stopień upadku, po którym człowiek przestaje należeć do wspólnoty ludzkiej? A może nawet najbardziej zdeprawowana istota pozostaje w jakimś tragicznym sensie „dzieckiem Bożym”?

Co zaskakujące, w trakcie czytania kilka razy się uśmiechnąłem. Pisarz ma bowiem osobliwe poczucie humoru: powiedziałbym takie suche, brutalne, niemal ludowe. Proste dialogi, plotki mieszkańców, absurd codziennych sytuacji — wszystko to chwilami przypomina groteskę. A potem nagle przychodzi scena, po której człowiek przestaje się śmiać. To niezwykła umiejętność: balansować między groteską a horrorem. Wydawało mi się, że Autor mówi: „ludzie są śmieszni, ale też straszni i często jedno wynika z drugiego”.

Najbliższym literackim krewnym tej powieści wydaje mi się Fiodor Dostojewski. Tak jak w "Zbrodni i karze", interesuje nas nie tylko zbrodnia, ale tajemnica ludzkiej duszy. Różnica polega na tym, że u Dostojewskiego istnieje jeszcze możliwość odkupienia, podczas gdy u McCarthy’ego świat wydaje się bardziej milczący i nieczuły. Ballard nie prowadzi wielkich filozoficznych monologów. Jego tragedia rozgrywa się "poniżej języka", w sferze instynktu, samotności i głodu bliskości.

Momentami miałem wrażenie, że prowadzony jest również dialog z Thomasem Hobbesem. Ballard, pozbawiony więzi społecznych, wraca do stanu niemal pierwotnego. Prawo, moralność, obyczaj — wszystko odpada jak farba ze starej ściany. Zostaje nagi instynkt. Hobbes pisał, że bez wspólnoty życie człowieka staje się „samotne, biedne, brutalne i krótkie”. "Dziecię Boże" wygląda chwilami jak literacki eksperyment sprawdzający tę tezę.

Można też czytać "Dziecię Boże" w świetle Friedricha Nietzsche'go. Główny bohater żyje poza społecznymi normami, poza prawem i poza moralnością wspólnoty. Ale McCarthy nie przedstawia go jako „nadczłowieka”. Przeciwnie — pokazuje, jak człowiek pozbawiony więzi i sensu życia rozpada się psychicznie. To ważna różnica, bowiem Ballard nie przekracza moralności ze względu na swoją siłę. Wypada z niej z powodu katastrofalnej samotności. Wobec tego czy moralność jest czymś absolutnym, czy konstrukcją społeczną, jak pytał Friedrich Nietzsche? Gdy bohater został wyrzucony poza społeczeństwo, przestał uczestniczyć w jego regułach. Został człowiekiem zepchniętym na skraj. McCarthy pokazał, jak cienka bywa granica między „obywatelem” a „wyrzutkiem”.

Słyszę tutaj również echo Alberta Camus'a. Świat McCarthy’ego oczywiście nie oferuje łatwych odpowiedzi, które wszystko potrafią wyjaśnić. Zło nie zostaje wyjaśnione przez jedną traumę, jedną ideologię czy jeden grzech. Ono po prostu istnieje. Człowiek zostaje wrzucony w rzeczywistość, która nie tłumaczy swojego sensu istnienia. Różnica jest jednak taka, że u Camus'a absurd może prowadzić do buntu i godności, natomiast u McCarthy’ego najczęściej prowadzi jedynie do zbrodni. Camus pytał, jak żyć w obojętnym wszechświecie. McCarthy ponuro pisze: niektórzy nie potrafią.

Wbrew pozorom to nie makabryczne wydarzenia zrobiły na mnie największe wrażenie. Najbardziej bolała samotność Ballarda, człowieka, którego nikt nie kocha, nikt nie rozumie i nikt nie chce widzieć. Społeczność traktuje go jak odpad, jeszcze zanim jeszcze stanie się zbrodniarzem. McCarthy nie usprawiedliwia jego czynów, ale pokazuje, że dehumanizacja zaczyna się dużo wcześniej niż zbrodnia. To niezwykle niewygodna myśl.

Krajobraz, ta metafizyka krajobrazów... Fantastyczne opisy... Góry Appalachów w tej powieści są czymś więcej niż tłem. Jaskinie, do których schodzi Ballard, można czytać symbolicznie jako zejście do podziemi własnej psychiki. To niemal jungowska podróż w cień, tyle, że bez obietnicy integracji i uzdrowienia. Autor opisuje góry, lasy, opuszczone domy i jaskinie z taką intensywnością, aż krajobraz staje się pełnoprawnym bohaterem. Natura nie jest tu jednak romantycznym schronieniem, ale jest obojętna: trwa i żyje ponad ludzkimi dramatami. Kiedy Ballard pogrąża się coraz głębiej w szaleństwie, las nadal szumi, śnieg pada, rzeki nadal płyną. To jedna z najbardziej przerażających myśli tej książki: ŚWIAT NIE ZATRZYMUJE SIĘ Z POWODU LUDZKIEGO ZŁA.

Pytanie: dlaczego ta książka robi tak ogromne wrażenie? Bo McCarthy zrobił coś niezwykle rzadkiego: zmusił mnie do spojrzenia na człowieka, od którego najchętniej odwrócilibyśmy wzrok. Nie po to, by go rozgrzeszyć, ale po to, by zrozumieć, jak cienka bywa granica między „nami” a „nim”. Długo rozmyślałem o zdaniu, które mogłoby streszczać całe doświadczenie tej powieści: cywilizacja jest znacznie bardziej krucha, niż chcielibyśmy wierzyć.

"Dziecię Boże" nie jest książką, którą poleciłbym każdemu. Jest zbyt mroczna, zbyt bezkompromisowa, chwilami wręcz dusząca. Ale jeśli Literatura ma nie tylko bawić, lecz także konfrontować nas z najtrudniejszymi pytaniami o naturę człowieka, to McCarthy osiąga tutaj mistrzostwo.
TO ARCYDZIEŁO MROKU.
To jedna z tych powieści, po których człowiek nie czuje się lepiej. Poczułem się natomiast bardziej świadomy, a właśnie to jest największą wartością Literatury.
Po zamknięciu książki nie myślałem o zbrodniach Ballarda. Myślałem o samotności. O tym, jak człowiek może stopniowo wypaść z ludzkiego świata, aż przestanie rozumieć jego język. To chyba najbardziej przerażający element tej historii: sugestia, że potwór nie spada z kosmosu. Najczęściej rodzi się na obrzeżach tej samej społeczności, która później udaje, że nigdy nie był jednym z nas.

Gdybym miał podsumować tę książkę jednym zdaniem, napisałbym:
„Cormac McCarthy zabiera czytelnika do najciemniejszej jaskini ludzkiej duszy i nie zapala tam światła — pozwala zobaczyć, że mrok jest tam od początku.”
I właśnie dlatego uważam tę książkę za jedną z najbardziej poruszających i niepokojących lektur współczesnej literatury amerykańskiej.

@ak

Pozdrawiam Światłem Oświecającego Mroku

Rock'n'RollinLiterature Lives

 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.