Kiedy człowiek wybiera się na spotkanie z klasyką nie wie, czy wróci z podróży podczas której zobaczył "żywe" Arcydzieło, czy z lekcji muzealnictwa. Klasyka bywa przecież zdradliwa. Zbyt często zamienia się w eksponat, który należy podziwiać z odpowiedniej odległości, najlepiej nie dotykając i nie próbując odnaleźć w nim własnego odbicia. Tymczasem Teatr powinien oddychać. Powinien pulsować współczesnością nawet wtedy, gdy mówi słowami sprzed setek lat.
Tak właśnie czułem się podczas oglądania „Skąpca” Moliera w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Szedłem na spektakl napisany ponad trzy wieki temu, a wyszedłem z przedstawienia z nieodpartym wrażeniem, że spotkałem ludzi żyjących tuż obok nas. Ludzi, których znamy z rodzinnych spotkań, korporacyjnych gabinetów, politycznych debat, internetowych komentarzy i codziennych rozmów. Bo Harpagon, choć urodził się w XVII wieku, wciąż ma się znakomicie.
To właśnie jest największe zwycięstwo tej inscenizacji.
Jarosław Tumidajski nie pokazuje Moliera jako współczesnego influencera, ani że „Skąpiec” jest komedią napisaną specjalnie dla pokolenia mediów społecznościowych. Reżyser wybrał drogę znacznie ciekawszą. Pozwolił klasyce pozostać klasyką, ale wydobył z niej to, co nie poddało się działaniu czasu.
Przecież chciwość nie starzeje się nigdy. Podobnie jak potrzeba kontroli i lęk przed utratą władzy. Podobnie jak przekonanie niektórych ludzi, że skoro coś posiadają, mogą posiadać również innych. Molier wiedział o tym doskonale. Tumidajski również. Dlatego właśnie gliwicki „Skąpiec” działa tak dobrze.
Od pierwszych scen uwagę przyciąga świat stworzony przez Justynę Elminowską. Jej scenografia nie jest jedynie dekoracją. Nie stanowi tła, które można by wymienić bez większej szkody dla przedstawienia. Scenografia współtworzy opowieść.
Zapamiętam na długo basen obecny na scenie. Prawdziwa woda w Teatrze zawsze niesie ze sobą coś nieoczywistego. Jest żywiołem nieprzewidywalnym, nieustannie zmiennym, wymykającym się kontroli. I właśnie dlatego wydaje się idealnym kontrapunktem dla Harpagona. Bo czym jest życie tego człowieka, jeśli nie desperacką próbą podporządkowania sobie świata?
Chce kontrolować dzieci, chce kontrolować uczucia i majątek. Chce kontrolować przyszłość i ludzi. A obok niego znajduje się żywioł, którego kontrolować się nie da.
Patrząc na tę przestrzeń, miałem wrażenie, że oglądam świat odbity w wodzie. Wszystko jest widoczne, ale lekko zdeformowane. Tak samo wygląda rzeczywistość Harpagona. Pieniądze zniekształciły jego spojrzenie do tego stopnia, że nie potrafi już odróżnić wartości od ceny. Choć śmiejemy się niemal przez cały wieczór, śmiech ten nieustannie styka się z czymś gorzkim, bo Harpagon nie jest tylko zabawnym dziwakiem. Nie jest sympatycznym sknerą. Nie jest również ekscentrykiem kolekcjonującym monety. Jest człowiekiem głęboko samotnym i przestraszonym. Człowiekiem, który pozwolił, aby pieniądze zastąpiły mu relacje.
Adam Krawczuk znakomicie uchwycił tę dwoistość postaci. Jego Harpagon jest oczywiście komiczny, wybucha emocjami, wpada w panikę, miota się między podejrzliwością a pychą. Publiczność reagowała śmiechem bardzo często i bardzo spontanicznie. Jednocześnie aktor nie pozwala zapomnieć, że pod powierzchnią farsy kryje się człowiek tragiczny. W jego spojrzeniu nieustannie obecny jest lęk. Lęk przed utratą, przed zmianą, przed światem, który wymyka się spod kontroli. Właśnie dlatego, a może przede wszystkim, ta postać nie zamienia się w jednowymiarową karykaturę. Jest śmieszna. Jest irytująca. Jest groteskowa. Ale pozostaje też boleśnie ludzka.
Drugim biegunem opowieści są młodzi. Kleant i Eliza nie są jedynie dodatkiem do historii Harpagona. Ich obecność przypomina, że „Skąpiec” jest także opowieścią o miłości. O uczuciu, które nie zgadza się na przeliczenie świata na monety. Cezary Jabłoński jako Kleant wnosi do spektaklu energię i autentyczność. Jego bunt wobec ojca nie jest wyłącznie młodzieńczą przekorą - to walka o prawo do własnego życia. Podobnie Klaudia Cygoń-Majchrowska jako Eliza tworzy postać pełną emocjonalnej prawdy. Jej bohaterka nie chce być pionkiem w rodzinnej rozgrywce. Chce decydować o sobie.
Patrząc na nich, miałem momentami wrażenie, że oglądam współczesną komedię romantyczną ukrytą we wnętrzu komedii klasycznej. I chyba właśnie o to chodziło Molierowi. Miłość nie zmieniła się przecież przez stulecia. Zmieniły się kostiumy i środki transportu, zmieniły się technologie, ale serce nadal bije tak samo.
Szczególne miejsce zajęła u mnie także rola Kornela Sadowskiego jako Strzałki. To jedna z tych postaci, które mogłyby pozostać wyłącznie elementem intrygi. Tymczasem aktor nadał jej własne życie. Jego Strzałka jest szybki, błyskotliwy i niezwykle czujny. Doskonale wyczuwa rytm komedii. Potrafi wykorzystać pauzę, spojrzenie czy drobny gest równie skutecznie jak najdłuższy monolog. Właśnie dzięki takim rolom Teatr oddycha, Teatr żyje i "wyrzuca" ogrom fantastycznych Emocji. Właśnie dzięki takim aktorom publiczność czuje, że uczestniczy w czymś nieoczywistym. I jeszcze świetnie wypadają w jego wykonaniu śląskie akcenty obecne w spektaklu. To rozwiązanie, które mogło zakończyć się efekciarskim popisem albo lokalnym żartem przeciągniętym do granic możliwości. Nic takiego się jednak nie dzieje. Śląskość pojawia się subtelnie, nie dominuje i nie przykrywa tekstu. Nie staje się celem samym w sobie. Jest raczej uśmiechem skierowanym do widowni. Dzięki temu przedstawienie jeszcze mocniej zakorzenia się w miejscu, w którym powstało.
Teatr zawsze jest przecież rozmową z konkretną społecznością i tutaj tę rozmowę słychać bardzo wyraźnie.
Nie sposób również nie wspomnieć o niezwykle interesującym kontraście ukrytym już w materiałach promocyjnych. Różowe serce zdobiące plakat „Skąpca” wydaje się prowadzić osobliwy dialog z czarnym sercem znanym z „Hamleta” granego po śląsku. Tam tragedia, tutaj komedia. Tam mrok, tutaj lekkość. A jednak oba serca mówią o człowieku. O jego słabościach, pragnieniach i błędach. Bo pod różowym sercem „Skąpca” również ukrywa się ciemność.
Śmiejemy się z Harpagona, ale przecież znamy takich ludzi. Może nawet spotykamy ich codziennie. Ludzi, którzy wszystko przeliczają. Którzy każdą relację zamieniają w transakcję i nie pytają, czego chcemy, lecz czego od nich oczekujemy. Ludzi przekonanych, że posiadanie daje prawo do decydowania o innych. Dlatego właśnie „Skąpiec” pozostaje tak aktualny.
Nie dlatego, że ktoś dopisał mu współczesne żarty. Nie dlatego, że zmieniono kostiumy. I nie dlatego, że na scenie pojawił się basen. Ale dlatego, że ludzkie słabości okazały się bardziej trwałe niż moda, polityka czy historia.
W drodze powrotnej do domu miałem poczucie uczestnictwa w spektaklu, który doskonale rozumie własne źródło. Reżyser nie próbuje walczyć z Molierem. Nie próbuje go poprawiać i nie próbuje być od niego mądrzejszy. Zamiast tego zaprasza autora sprzed wieków do rozmowy z dzisiejszym widzem. A kiedy taka rozmowa się udaje, dzieje się coś niezwykłego.
Klasyka przestaje być zabytkiem. Znów staje się żywym Teatrem.
Gliwicki „Skąpiec” jest właśnie takim przypadkiem. To przedstawienie pełne energii, humoru, znakomitych aktorskich kreacji i wyrazistych pomysłów inscenizacyjnych. Spektakl, który pozwala śmiać się głośno, a jednocześnie przypomina, że za każdym wielkim komediowym śmiechem kryje się odrobina prawdy o nas samych. I może właśnie dlatego Molier wciąż pozostaje nieśmiertelny. Bo choć od jego śmierci minęły stulecia, nadal potrafi spojrzeć nam prosto w oczy i zapytać: ile naprawdę warte jest życie, jeśli wszystko mierzymy pieniędzmi?
@ak
Pozdrawiam Klasyką Śmiechu
Rock'n'RollinTheatre Lives
Dodaj komentarz
Komentarze