Sztuka rodziny, rodzina sztuki – po czterdziestu latach. Kiedy talent stał się dziedzictwem, a przyjaźń dziełem na całe życie

Opublikowano w 30 października 2026 15:23

Nie wszystkie rodzinne pamiątki mieszczą się w albumach ze zdjęciami, pożółkłych listach i pudełkach przechowywanych na dnie szafy. Niektóre mają postać obrazów, rysunków, rzeźb, dźwięków zapamiętanych melodii, a przede wszystkim historii, które przez dziesięciolecia krążą między ludźmi niczym niewidzialna nić łącząca przeszłość z teraźniejszością. Bywa, że dopiero po wielu latach dostrzegamy, jak wiele z tego, co uznajemy za własne, otrzymaliśmy od innych. Nie zawsze w postaci starannie sformułowanych życiowych wskazówek, ale w postaci obecności kogoś, kto maluje, rysuje, gra na instrumencie, opowiada ciekawe historie i z niezwykłą uwagą patrzy na świat.

O takim dziedzictwie opowiada wystawa „Sztuka rodziny, rodzina sztuki – po czterdziestu latach”, która 23 października 2026 roku zgromadziła w częstochowskiej Konduktorowni przedstawicieli trzech artystycznych rodzin: Sztuków, Trebuniów-Tutków i Pospieszalskich. To nie było zwyczajne spotkanie z malarstwem, rysunkiem czy rzeźbą. Uczestniczyłem w wielowątkowej opowieść o międzypokoleniowym przekazywaniu wrażliwości, o wieloletnich przyjaźniach, o tradycji, która nie zamieniła się w muzealny eksponat, lecz nieustannie poszukuje nowych form wyrazu.

Znakomicie brzmią w tym kontekście słowa „po czterdziestu latach”, bo nie chodzi wyłącznie o upływ czasu. Chodzi o to, co przez ten czas zdążyło wyrosnąć z jednego pomysłu, ile dróg się otworzyło, ilu ludzi dołączyło do wspólnej historii i jak bardzo zmieniło się życie tych, którzy przed laty postanowili pokazać światu własną twórczość oraz twórczość swoich najbliższych.

W 1982 roku Jerzy Filip Sztuka zaprezentował w ówczesnym Muzeum Okręgowym w Częstochowie wystawę, w której obok jego własnych dzieł znalazły się prace żony i dzieci. Była to inicjatywa rodzinna, ale przecież również pewna deklaracja: Sztuka nie musi kończyć się na drzwiach pracowni, nie musi być samotnym zajęciem człowieka zamkniętego w świecie własnych wyobrażeń. Może być częścią codzienności, wspólnym językiem, sposobem spędzania czasu, a nawet metodą porozumiewania się wtedy, gdy zwykłe słowa okazują się niewystarczające.

Minęły czterdzieści cztery lata. Zmieniły się czasy, dorosły dzieci, pojawiły się wnuki, niektórych bohaterów tamtej opowieści nie ma już wśród nas. A jednak idea pozostała żywa. Co więcej, rozrosła się, przekroczyła granice jednej rodziny i stała się spotkaniem trzech środowisk połączonych zarówno pokrewieństwem, jak i wieloletnią przyjaźnią.

To piękna perspektywa, bo jeśli istnieje coś, co naprawdę warto ocalić z upływających dekad, to właśnie takie historie. Historie, które pokazują jak talent może stać się częścią wspólnego życia, a nie jedynie osobistym osiągnięciem.
W historii Sztuki powroty bywają niebezpieczne. Zdarza się, że Artysta po latach próbuje odtworzyć dawny sukces, licząc, że sprawdzone niegdyś rozwiązania ponownie zadziałają. Bywa również, że sentyment przesłania rzeczywistość i każe nam oglądać przeszłość przez różowe okulary. Tymczasem „Sztuka rodziny, rodzina sztuki – po czterdziestu latach” proponuje coś ciekawszego: powrót do idei, ale nie do zamkniętej w czasie formuły.

Wystawa z 1982 roku była ważnym punktem wyjścia. Obecne wydarzenie nie ogranicza się jednak do rekonstrukcji dawnej ekspozycji ani do przypomnienia dorobku jednego Artysty i jego najbliższych. Przeciwnie - rozszerza pierwotną koncepcję, otwierając ją na kolejne pokolenia i nowe relacje. Obok malarstwa pojawiają się rysunek, rzeźba i Sztuka użytkowa. Obok dojrzałych prac znajdziemy dziecięce fascynacje, szkice i projekty. Obok obrazu pojawiła się muzyka, śpiew, taniec, a więc dziedziny, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się odległe od malarskiego płótna, lecz w rzeczywistości wyrastają z podobnej potrzeby: potrzeby wyrażenia czegoś, czego nie sposób zamknąć w codziennym języku. Właśnie w tym miejscu wystawa przestała być jedynie prezentacją rodzinnych dokonań, a stała się opowieścią o samym procesie tworzenia.

Zwykle oglądamy gotowe dzieło. Podziwiamy obraz, zachwycamy się rzeźbą, zastanawiamy nad kompozycją, kolorem, światłem czy pomysłem. Widzimy efekt końcowy, ale nie zawsze zastanawiamy się, co wydarzyło się wcześniej. Skąd wziął się pierwszy impuls? Kto zachęcił młodego człowieka do rysowania? Jaką rolę odegrała dziecięca fascynacja samochodami, mechaniką, muzyką albo kształtami przedmiotów? Czy ktoś pokazał młodemu Artyście, jak trzymać pędzel, czy może wystarczyło, że pozwolił mu bez skrępowania eksperymentować?

Ekspozycja próbuje uchylić drzwi do tego ukrytego świata. Dziecięcy rysunek jest tutaj dokumentem pierwszych zainteresowań, śladem rodzącej się wyobraźni, świadectwem fascynacji, która po latach przybierze zupełnie inną formę. W zestawieniu z dojrzałymi pracami pozwala zobaczyć nie tylko rozwój warsztatu, ale również pewną ciągłość myślenia i odczuwania. Bo przecież często najciekawsza historia dzieła Sztuki zaczyna się na długo przed jego powstaniem.

U początków całego przedsięwzięcia znajduje się przyjaźń dwóch artystów: Jerzego Filipa Sztuki i Władysława Trebuni-Tutki. Poznali się podczas pierwszego roku studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tam, w środowisku, w którym spotykają się różne temperamenty, pomysły i artystyczne ambicje, narodziła się relacja, która przetrwała dziesięciolecia. Nie była to jedynie znajomość kolegów ze studiów. Z czasem więź między Artystami objęła również ich rodziny. Dzieci dorastały w otoczeniu ludzi, dla których Sztuka nie stanowiła odświętnego dodatku do życia, ale była jego naturalną częścią.
Warto zatrzymać się nad tym na chwilę.

Przyjaźń Artystów często opisujemy poprzez wspólne wystawy, wymianę poglądów, wzajemne inspiracje czy zawodowe kontakty. Tutaj mamy do czynienia z czymś bardziej rozległym. Przyjaźń nie pozostała w pracowniach i na uczelnianych korytarzach. Przeniosła się do domów, objęła kolejne pokolenia i zaczęła żyć własnym życiem. Dzięki temu wystawa nie jest spotkaniem ludzi, którzy po latach przypadkowo znaleźli się w jednym miejscu. To kolejny rozdział historii, która zaczęła się na długo przed tym, zanim ktokolwiek pomyślał o jej wystawienniczym wymiarze.

Władysław Trebunia-Tutka był postacią szczególną, ponieważ łączył malarstwo z góralską muzyką. W jego przypadku trudno oddzielić działalność plastyczną od muzycznej, podobnie jak trudno wyobrazić sobie żywą tradycję Podhala bez dźwięków skrzypiec, śpiewu i charakterystycznego rytmu góralskiej muzyki. Nie chodziło jednak o mechaniczne powtarzanie tego, co przekazali przodkowie. Istotą było twórcze rozwijanie tradycji, odnajdywanie jej nowych możliwości i udowadnianie, że to, co zakorzenione, wcale nie musi być zamknięte. Ta wielostronna wrażliwość znalazła kontynuację w kolejnych pokoleniach rodziny.

Ania Trebunia-Tutka, którą Jacek Sztuka pamięta jako małą dziewczynkę grającą podczas rodzinnych spotkań na Podhalu, po latach ponownie spotkała się z nim na artystycznej drodze. Tym razem już jako dojrzała twórczyni, podczas wspólnej pracy nad akwafortami w pracowni graficznej profesora Wejmana na krakowskiej ASP.
Jest w tej historii coś wyjątkowo symbolicznego. Dawne spotkania rodzinne, muzyka, dziecięce wspomnienia i akademicka pracownia graficzna tworzą kolejne etapy jednej opowieści. Ludzie zmieniają się, zdobywają doświadczenia, wybierają własne drogi, ale niektóre "nici" pozostają nienaruszone. A Sztuka ma niezwykłą zdolność przywracania tych nici naszej świadomości.

Drugim niezwykle ważnym środowiskiem obecnym na wystawie są Pospieszalscy - rodzina, której nazwisko od lat kojarzy się z muzyką, różnorodnością stylistyczną i otwartością na eksperyment. Jej historia również pokazuje, że artystyczne zainteresowania rzadko rozwijają się w całkowitej izolacji od otoczenia. Ich korzenie sięgają postaci Stanisława Pospieszalskiego – architekta, znakomitego rysownika i malarza, a zarazem skrzypka. Ten zestaw zainteresowań wiele mówi o świecie, w którym różne formy twórczości nie musiały ze sobą konkurować.
Architektura wymaga wyobraźni przestrzennej, rysunek uczy obserwacji, malarstwo rozwija wrażliwość na barwę i kompozycję, a muzyka pozwala doświadczać rytmu, harmonii i napięcia. Oczywiście każda z tych dziedzin ma własne reguły, lecz wszystkie mogą wyrastać z podobnej potrzeby porządkowania świata i nadawania formy własnym przeżyciom.

Stanisław Pospieszalski pozostawił po sobie nie tylko dorobek związany z architekturą i sztukami plastycznymi, ale również pewien model twórczego życia. Jego syn Marcin zachował prace plastyczne powstałe niegdyś u boku ojca. W tej sytuacji szczególnie interesujące staje się pytanie, które towarzyszy całej wystawie: ile z naszych zainteresowań jest świadomym wyborem, a ile rodzi się dzięki atmosferze domu, obserwowaniu bliskich i uczestniczeniu w ich pasjach?
Nie oznacza to, że dzieci Artystów muszą zostać artystami. Nie oznacza też, że wspólne wychowanie gwarantuje podobne wybory życiowe. Właśnie dlatego zachowane dziecięce prace są tak cenne. Pokazują, że początki mogą być podobne, choć późniejsze drogi prowadzą w różnych kierunkach.

W przypadku Marcina i Lidii Pospieszalskich szczególnie wyraźnie widać, jak twórczość muzyczna może inspirować malarstwo. Dla Jacka Sztuki ważnym doświadczeniem było zetknięcie się z „Te Deum” Marcina Pospieszalskiego. Struktury i faktury brzmieniowe tego utworu stały się impulsem do poszukiwań malarskich, rozwijanych w cyklu „Prześwietlenia”. To jeden z tych wątków, przy których warto było zwolnić tempo oglądania i posłuchać opowieści samego Artysty.
Muzyki nie da się przecież zobaczyć w taki sposób, w jaki oglądamy obraz. Nie można dotknąć melodii, zatrzymać jej na ścianie ani wrócić do jednego dźwięku bez odtworzenia całego muzycznego kontekstu. A jednak słuchanie może wywoływać obrazy, skojarzenia kolorystyczne, wrażenia przestrzenne i emocje, które później znajdują materialną postać na płótnie.

Czy malarz może potraktować muzykę jak krajobraz? Czy brzmienie może mieć fakturę? Czy rytm może stać się linią, a harmonia układem barwnych plam?
Nie trzeba odpowiadać na te pytania jednoznacznie. Wystarczy przyjąć, że Artysta ma prawo poszukiwać własnego języka i przekraczać granice, które na co dzień oddzielają poszczególne dziedziny twórczości.
W tym sensie „Prześwietlenia” są interesującym przykładem dialogu Sztuk. Nie chodzi o namalowanie muzyki w dosłownym znaczeniu, lecz o próbę przełożenia jednego rodzaju doświadczenia na inny. Obraz nie staje się ilustracją utworu, a muzyka nie potrzebuje wizualnego komentarza, by zachować własną autonomię. Spotykają się w przestrzeni wyobraźni. W takich spotkaniach rodzą się czasem najbardziej nieoczywiste artystyczne odkrycia.

Rodzina Sztuków jest naturalnym centrum całej opowieści. To od wystawy Jerzego Filipa Sztuki z 1982 roku rozpoczęła się historia, do której dziś powracamy, ale równie ważne jest to, co działo się pomiędzy tamtym wydarzeniem a obecnym spotkaniem.
Krystyna Sztuka, psycholog kliniczna i arteterapeutka, tworzyła lalki dla dzieci oraz z pasją malowała pejzaże. Te dwie aktywności, pozornie odległe, łączy zainteresowanie człowiekiem, jego wyobraźnią i sposobami przeżywania świata. Z jednej strony pojawia się przedmiot, który może stać się bohaterem dziecięcej zabawy, z drugiej – pejzaż, w którym Artysta poszukuje nastroju, przestrzeni i własnego spojrzenia na naturę.

Warto przy tym zauważyć, że działalność arteterapeutyczna przypomina o jeszcze jednym wymiarze Sztuki. Tworzenie nie zawsze musi prowadzić do powstania dzieła przeznaczonego na wystawę. Nie każda praca potrzebuje publiczności, recenzji czy miejsca w historii Sztuki. Często jej najważniejszą wartością jest sam proces: możliwość wyrażenia emocji, uporządkowania doświadczeń, uruchomienia wyobraźni i odnalezienia własnego sposobu komunikacji.

To jedna z najważniejszych perspektyw w świecie, w którym niemal wszystko podlega ocenie, rankingom i porównaniom. Sztuka przypomina, że twórczość może mieć sens także wtedy, gdy nie przynosi sławy, pieniędzy ani uznania krytyków.
Marcin Sztuka, późniejszy psychiatra, znakomicie rysował, tworzył różne i stai wraz z ojcem inspirował do rysowania młodszego brata. Ten szczegół jest bardzo interesujący, bo pokazuje, że rodzinna edukacja artystyczna nie musi przypominać formalnego nauczania. Nie zawsze potrzebne są lekcje, podręczniki i precyzyjnie zaplanowane ćwiczenia. W rodzinie Sztuków wystarczyło wspólne siedzenie przy stole, kartka papieru, ołówek i ktoś, kto pokazał, że warto spróbować. Dziecko obserwowało dorosłego, próbowało go naśladować, a potem stopniowo odkrywało własny sposób widzenia. Nie musiało tworzyć rzeczy wybitnych. Ważne, że zyskało przestrzeń, w której mogło eksperymentować bez lęku przed pomyłką.

Takie doświadczenia potrafią pozostać z człowiekiem na całe życie, nawet jeśli ostatecznie wybiera on zupełnie inną drogę zawodową.
Córka Marcina, Magda, początkowo tworzyła ceramiczne lalki, a później zainteresowała się designem artystycznym. Dziś rozwija w Krakowie działalność związaną ze Sztuką użytkową. Jej droga dobrze pokazuje, że dziedzictwo artystyczne nie musi oznaczać powtarzania rodzinnych rozwiązań. To zresztą jeden z najciekawszych aspektów rodzinnych historii artystycznych: prawdziwe przekazywanie tradycji nie polega na produkowaniu kolejnych kopii, ale na stworzeniu warunków, w których następne pokolenie może pójść własną drogą.

Jerzy Filip przekazał synowi Jackowi zamiłowanie do gry na harmonijce ustnej. Ten szczegół, pozornie drobny wobec malarstwa, rzeźby czy wielkich muzycznych przedsięwzięć, pięknie uzupełnia portret rodziny. Pokazuje bowiem, że artystyczna wrażliwość nie musi ograniczać się do jednej dyscypliny ani przybierać w każdej z nich wyłącznie profesjonalnej postaci.
We wnętrzu człowieka może współistnieć wiele zainteresowań, a niektóre z nich potrzebują jedynie odrobiny zachęty, by rozwinąć się w coś naprawdę wartościowego.

Jednym z najciekawszych założeń wystawy jest pokazanie nie tylko gotowych dzieł, ale również szkiców, projektów i dziecięcych prac z różnych okresów życia autorów. Wśród prezentowanych materiałów znalazły się rysunki Heleny i Ryszarda, dzieci Jacka Sztuki, a także wybrane prace dzieci Marcina Sztuki. To pomysł, który może wydawać się skromny, ale kryje w sobie ogromny potencjał. W dziecięcym rysunku jest bowiem coś, czego często brakuje Sztuce tworzonej pod presją oczekiwań: bezpośredniość. Dziecko nie zawsze zastanawia się, czy jego praca będzie poprawna, czy spodoba się odbiorcy, czy zostanie dobrze oceniona. Rysuje to, co je fascynuje, co zapamiętało, co chciałoby zrozumieć albo po prostu zobaczyć na kartce.

Oczywiście nie oznacza to, że każda dziecięca praca jest zapowiedzią przyszłego talentu. Nie należy również na siłę doszukiwać się w każdym rysunku ukrytych symboli czy proroczych znaków. Wartość takich materiałów polega na czymś innym: pokazują konkretny moment w rozwoju człowieka, zachowują ślad jego ówczesnych zainteresowań i pozwalają zobaczyć, jak zmieniało się jego podejście do świata.
Szczególnie interesujące może być zestawienie dziecięcych rysunków samochodów autorstwa Marcina Sztuki oraz Nikodema i Mikołaja Pospieszalskich. To motyw, który łączy chłopców dorastających w różnych rodzinach, choć związanych wieloletnią przyjaźnią. Samochody fascynują kolejne pokolenia dzieci. Mają kształty, koła, silniki, tajemnicze mechanizmy i możliwości przemieszczania się. Można je rysować, budować, rozkładać na części, wyobrażać sobie ich przyszłe wersje. Dla jednych stały się początkiem zainteresowania techniką, dla innych pozostają jedynie ulubionym motywem z dzieciństwa.

W tym przypadku szczególnie ważne jest właśnie to, że podobne fascynacje nie muszą prowadzić do identycznych rezultatów. Chłopcy, których łączyły dziecięce zainteresowania, później wybrali odmienne drogi życia.
Rodzina nie powinna być fabryką jednakowych osobowości, a tradycja nie jest obowiązkiem powtarzania cudzych wyborów. Jej prawdziwa siła polega na tym, że pozwala człowiekowi rozpocząć własną podróż z pewnym bagażem doświadczeń, ale bez konieczności podążania dokładnie tą samą trasą.

Wystawa przypomniała mi, że dziecięce zainteresowania są warte uwagi nie dlatego, że doprowadzają do wielkich osiągnięć, lecz dlatego, że stanowią część rozwoju człowieka. Wspieranie ich nie wymaga przepowiadania przyszłości, ale wymaga cierpliwości, otwartości i gotowości do zaakceptowania tego, że młody człowiek może kiedyś zainteresować się czymś zupełnie innym. To lekcja nie tylko dla rodzin artystycznych.

Wśród szczególnie interesujących eksponatów znajduje się mechaniczna rzeźba Marcina Sztuki, pokazywana już podczas wystawy w 1982 roku. To głowa robota, który wysuwa język i wydaje charakterystyczny chrobot. Przyznam, że sam opis tego obiektu pobudza wyobraźnię.
W zestawieniu z malarstwem, rysunkiem czy klasyczną rzeźbą mechaniczna głowa robota wnosi do wystawy zupełnie inny rodzaj energii. Jej działanie angażuje wyobraźnię widza, wprowadza element zaskoczenia i przypomina, że artystyczna ciekawość może prowadzić również w stronę techniki, mechaniki oraz eksperymentowania z ruchem i dźwiękiem. W takiej pracy można dostrzec dziecięcą fascynację maszynami, ale również pragnienie przekroczenia granic tradycyjnie rozumianej sztuki. Rzeźba nie musi być nieruchomą bryłą. Może wykonywać gest, wydawać dźwięk, wywoływać reakcję, a nawet wzbudzać lekki niepokój.

Robot, który wysuwa język i chrobocze, ma w sobie coś z figlarnego eksperymentu. Marcin fajnie opowiadał o jego powstaniu podczas oprowadzania po wystawie.
Warto pamiętać, że wystawa z 1982 roku odbywała się w zupełnie innej rzeczywistości technologicznej niż ta, którą znamy dzisiaj. Współczesne dzieci dorastają w świecie urządzeń elektronicznych, animacji komputerowych i technologii, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się futurystyczne. Mechaniczna rzeźba z tamtego okresu przypomina, że potrzeba konstruowania, eksperymentowania i nadawania przedmiotom nieoczekiwanych funkcji istniała na długo przed tym, zanim stała się codziennym elementem cyfrowego świata.
Co więcej, pokazuje, że granica między Sztuką a techniką nigdy nie była tak szczelna, jak czasami chcielibyśmy sądzić.

Artysta może myśleć jak konstruktor, konstruktor może wykazywać się wyobraźnią Artysty, a dzieło może łączyć obie perspektywy. Nie trzeba wybierać między ścisłym myśleniem a kreatywnością. Przeciwnie, często właśnie ich spotkanie prowadzi do najciekawszych rezultatów.
Mechaniczny robot jest zatem czymś więcej niż sympatyczną pamiątką z dawnej wystawy. Stanowi świadectwo twórczej ciekawości, która potrafi połączyć różne dziedziny i nie obawia się pytać: a co się stanie, jeśli spróbuję zrobić to inaczej?

Jednym z największych atutów tej ekspozycji jest jej różnorodność. W jednym miejscu spotykają się ludzie posługujący się odmiennymi językami artystycznymi, ale połączeni wspólnym przekonaniem, że twórczość nie powinna zamykać się w sztywnych granicach. Malarstwo ma swoją materię, kolor i przestrzeń. Rysunek opiera się na linii, skrócie i umiejętności wydobywania istoty formy. Rzeźba wprowadza trzeci wymiar, pozwala doświadczać ciężaru, faktury i relacji między przedmiotem a otoczeniem. Muzyka działa natomiast w czasie, rozwija się poprzez rytm, melodię, harmonię i ciszę.
Te dziedziny kapitalnie wzajemnie się tutaj przenikają.

W Bohaterach wystawie taka otwartość nie jest teoretyczną deklaracją. Ma swoje konkretne przykłady: malarstwo i muzykę Władysława Trebuni-Tutki, artystyczne zainteresowania Stanisława Pospieszalskiego, muzyczne inspiracje obrazów Jacka Sztuki czy różnorodne drogi twórcze kolejnych pokoleń. Dlatego ekspozycja nie powinna być oglądana wyłącznie jako zbiór odrębnych prac. Warto szukać między nimi powiązań, podobieństw i różnic

Wśród szczególnie interesujących eksponatów znajduje się mechaniczna rzeźba Marcina Sztuki, pokazywana już podczas wystawy w 1982 roku. To głowa robota, który wysuwa język i wydaje charakterystyczny chrobot. Przyznam, że sam opis tego obiektu pobudza wyobraźnię.
W zestawieniu z malarstwem, rysunkiem czy klasyczną rzeźbą mechaniczna głowa robota wnosi do wystawy zupełnie inny rodzaj energii. Jej działanie angażuje wyobraźnię widza, wprowadza element zaskoczenia i przypomina, że artystyczna ciekawość może prowadzić również w stronę techniki, mechaniki oraz eksperymentowania z ruchem i dźwiękiem. W takiej pracy można dostrzec dziecięcą fascynację maszynami, ale również pragnienie przekroczenia granic tradycyjnie rozumianej sztuki. Rzeźba nie musi być nieruchomą bryłą. Może wykonywać gest, wydawać dźwięk, wywoływać reakcję, a nawet wzbudzać lekki niepokój.

Robot, który wysuwa język i chrobocze, ma w sobie coś z figlarnego eksperymentu. Marcin fajnie opowiadał o jego powstaniu podczas oprowadzania po wystawie.
Warto pamiętać, że wystawa z 1982 roku odbywała się w zupełnie innej rzeczywistości technologicznej niż ta, którą znamy dzisiaj. Współczesne dzieci dorastają w świecie urządzeń elektronicznych, animacji komputerowych i technologii, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się futurystyczne. Mechaniczna rzeźba z tamtego okresu przypomina, że potrzeba konstruowania, eksperymentowania i nadawania przedmiotom nieoczekiwanych funkcji istniała na długo przed tym, zanim stała się codziennym elementem cyfrowego świata.
Co więcej, pokazuje, że granica między Sztuką a techniką nigdy nie była tak szczelna, jak czasami chcielibyśmy sądzić.

Artysta może myśleć jak konstruktor, konstruktor może wykazywać się wyobraźnią Artysty, a dzieło może łączyć obie perspektywy. Nie trzeba wybierać między ścisłym myśleniem a kreatywnością. Przeciwnie, często właśnie ich spotkanie prowadzi do najciekawszych rezultatów.
Mechaniczny robot jest zatem czymś więcej niż sympatyczną pamiątką z dawnej wystawy. Stanowi świadectwo twórczej ciekawości, która potrafi połączyć różne dziedziny i nie obawia się pytać: a co się stanie, jeśli spróbuję zrobić to inaczej?

Jednym z największych atutów tej ekspozycji jest jej różnorodność. W jednym miejscu spotykają się ludzie posługujący się odmiennymi językami artystycznymi, ale połączeni wspólnym przekonaniem, że twórczość nie powinna zamykać się w sztywnych granicach. Malarstwo ma swoją materię, kolor i przestrzeń. Rysunek opiera się na linii, skrócie i umiejętności wydobywania istoty formy. Rzeźba wprowadza trzeci wymiar, pozwala doświadczać ciężaru, faktury i relacji między przedmiotem a otoczeniem. Muzyka działa natomiast w czasie, rozwija się poprzez rytm, melodię, harmonię i ciszę.
Te dziedziny kapitalnie wzajemnie się tutaj przenikają.

W Bohaterach wystawie taka otwartość nie jest teoretyczną deklaracją. Ma swoje konkretne przykłady: malarstwo i muzykę Władysława Trebuni-Tutki, artystyczne zainteresowania Stanisława Pospieszalskiego, muzyczne inspiracje obrazów Jacka Sztuki czy różnorodne drogi twórcze kolejnych pokoleń. Dlatego ekspozycja nie powinna być oglądana wyłącznie jako zbiór odrębnych prac. Warto szukać między nimi powiązań, podobieństw i różnic.

Wspólnym mianownikiem trzech rodzin jest twórcze podejście do tradycji. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Trebuniów-Tutków i Pospieszalskich, których działalność muzyczna od lat pokazuje, że przywiązanie do korzeni nie oznacza zamknięcia na nowe brzmienia. Muzyka góralska ma własny charakter, rytm, instrumentarium i historię. Jest silnie związana z krajobrazem Podhala, doświadczeniem wspólnoty oraz lokalną Kulturą. Łatwo byłoby uznać, że jej autentyczność wymaga odtwarzania dawnych wzorców w niezmienionej postaci.

Tymczasem historia muzycznych eksperymentów Trebuniów-Tutków pokazuje coś przeciwnego. Tradycja w ich muzyce spotyka się z odległymi stylistykami, nawet z reggae, nie tracąc automatycznie swojej tożsamości. Takie połączenia nie są próbą ucieczki od korzeni, ale stanowią sposób ich ponownego odkrywania.
Podobną otwartość odnajdujemy u Pospieszalskich, których zainteresowania muzyczne obejmują różnorodne inspiracje, także etniczne. W ich przypadku twórczość staje się przestrzenią dialogu między odmiennymi językami muzycznymi. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż eksperyment wymaga wyczucia, a zestawienie różnych stylistyk nie zawsze prowadzi do wartościowego rezultatu. Czasami kończy się powierzchowną mieszanką, w której każdy element pozostaje obcy pozostałym. Innym razem powstaje coś nowego, zachowującego pamięć o swoich źródłach, a jednocześnie otwierającego przed nimi nowe możliwości. Właśnie w tym drugim przypadku tradycja naprawdę żyje. Nie jest martwym zestawem zasad przechowywanym w archiwum, lecz dynamicznym procesem, w którym kolejne pokolenia dokonują wyborów, zadają pytania i poszukują własnych odpowiedzi.

Muzyczne tradycje obu rodzin szanują przeszłość, bo przecież można kochać muzykę przodków, a jednocześnie sprawdzać, jak zabrzmi w innym kontekście. Oni są wierni własnym korzeniom, ale nie boją się podróży w nieznane. Tradycja nie wyklucza nowoczesności.

Wydarzenie w Konduktorowni zostało pomyślane jako coś więcej niż tradycyjny wernisaż, podczas którego goście oglądają prace, wymieniają uwagi i po pewnym czasie rozchodzą się do domów. Towarzyszyło mu spotkanie muzyczne z udziałem przedstawicieli wszystkich trzech rodzin oraz zaproszonych muzyków. Wśród uczestników znaleźli przedstawiciele rodzin Trebuniów-Tutków, Pospieszalskich i oczywiście Sztuków. Wspólne muzykowanie stało się przestrzenią, w której zniknęły wszystkie pokoleniowe różnice.
Niestety na wernisażu nie mogłem zostać do końca, więc z pewnością wiele pięknych rzeczy mi uciekło

„Sztuka rodziny, rodzina sztuki” dobrze wpisuje się w ideę miejsca, w którym Sztuka może być nie tylko prezentowana, ale także przeżywana. To wydarzenie ma bowiem własną dramaturgię. Jest w nim przeszłość i teraźniejszość, pamięć o nieobecnych oraz obecność młodych twórców. Są dzieła, które powstały w konkretnym momencie życia, i prace, które dopiero zaczynają swoją drogę. Jest malarstwo, które można oglądać w ciszy, i muzyka, która potrzebuje czasu, dźwięku oraz współobecności wykonawców i słuchaczy. Konduktorownia stała się więc przestrzenią spotkania nie tylko różnych dziedzin Sztuki, ale również różnych sposobów doświadczania czasu.

Tytuł wystawy jest chyba wyjątkowo trafny, ponieważ można go czytać na dwa sposoby, a każdy z nich otwiera nieco inną perspektywę.
Pierwsze znaczenie, „sztuka rodziny”, odnosi się do twórczości rozwijającej się w obrębie rodzinnego środowiska. To obrazy, rysunki, rzeźby, projekty i muzyka powstające w kolejnych pokoleniach. To zainteresowania przekazywane dzieciom, inspiracje rodzące się podczas wspólnych spotkań i doświadczenia, które pozostawiają ślad w późniejszej twórczości.

Drugie znaczenie – „rodzina sztuki” – jest jeszcze szersze. Oznacza wspólnotę ludzi, których łączą nie tylko więzy krwi, lecz także przyjaźń, wzajemne inspiracje i wspólnie przeżywany czas. To szczególnie ważne w przypadku trzech rodzin uczestniczących w wystawie. Sztuków, Trebuniów-Tutków i Pospieszalskich nie łączy wyłącznie zainteresowanie Sztuką. Ich historie splatają się poprzez relacje, które przetrwały dziesięciolecia i objęły kolejne pokolenia.

W ten sposób rodzina przestała być wyłącznie kategorią genealogiczną, a stała się również wspólnotą wybraną, budowaną przez ludzi, którzy chcą być ze sobą, dzielić się doświadczeniami i wspólnie rozwijać własne zainteresowania. Wspólne wartości, wzajemny szacunek i gotowość do spotkania potrafią podtrzymywać relacje przez długie lata.
Wystawa pokazuje, że Sztuka może być jednym z takich fundamentów. Nie dlatego, że automatycznie usuwa różnice i rozwiązuje konflikty, ale dlatego, że tworzy przestrzeń, w której ludzie mogą spotkać się wokół czegoś, co jest dla nich ważne.

A czy Sztuki można się nauczyć w domu?
To jedno z pytań, które powracają podczas oglądania wystawy, choć odpowiedź nie jest ani prosta, ani jednoznaczna. Czy dziecko wychowujące się wśród artystów ma większe szanse na rozwinięcie własnej wrażliwości? Czy obecność malarstwa, muzyki i rysunku w codziennym życiu pomaga odkrywać talenty? Czy twórczość można przekazać tak samo, jak przekazuje się rodzinne opowieści, przepisy kulinarne czy zwyczaj wspólnego świętowania?
Wydaje się, że najważniejsze nie jest samo środowisko artystyczne, lecz to, jaką przestrzeń tworzy ono dla młodego człowieka.

Dziecko, które widzi rodziców malujących, rysujących lub grających na instrumentach, poznaje Sztukę od strony codzienności. Zauważa, że twórczość wymaga czasu, cierpliwości i wysiłku. Widzi, że nie wszystko udaje się za pierwszym razem, że trzeba poprawiać, eksperymentować, czasem zaczynać od początku. Jednocześnie może odkryć, że Sztuka daje radość, pozwala wyrażać emocje i umożliwia kontakt z innymi ludźmi. To doświadczenie bywa cenniejsze niż niejedna formalna lekcja.

Najlepszym, co rodzina może przekazać młodemu człowiekowi, jest nie gotowy scenariusz życia, lecz wolność poszukiwania. W tym kontekście szczególnie ważne staje się zestawienie dojrzałych dzieł z dziecięcymi pracami. Pokazuje ono, że rozwój artystyczny nie jest prostą linią prowadzącą od nieporadności do mistrzostwa. To raczej proces pełen zakrętów, prób i zmian kierunku. Niektóre zainteresowania zostają z nami na zawsze, inne znikają, ustępując miejsca nowym.
Dlatego rodzinne spotkanie trzech pokoleń Artystów oraz ludzi o różnorodnych zainteresowaniach jest tak inspirujące. Nie pokazuje obowiązującego wzorca, lecz wielość możliwych dróg.

Dlaczego takie wydarzenia są potrzebne Częstochowie?
Lokalne życie kulturalne potrzebuje wydarzeń, które wykraczają poza prostą prezentację kolejnych prac. Potrzebuje inicjatyw opowiadających historie, budujących relacje i pozwalających spojrzeć na sztukę z różnych perspektyw.
Częstochowa ma własne tradycje artystyczne, środowiska twórcze i miejsca, w których spotykają się ludzie zainteresowani Kulturą. Wartością takich przestrzeni jest nie tylko możliwość obejrzenia wystawy, lecz także szansa na poznawanie twórców, odkrywanie nieoczywistych powiązań i uczestniczenie w wydarzeniach, które nie kończą się wraz z zamknięciem drzwi galerii.

„Sztuka rodziny, rodzina sztuki – po czterdziestu latach” pokazuje, jak wiele można zbudować wokół jednego pomysłu, jeśli potraktuje się go jako punkt wyjścia do dalszych działań.
Mamy tu historię lokalną, ale nie zamkniętą w lokalności. Są związki z krakowską Akademią Sztuk Pięknych, z tradycją Podhala, z muzycznymi poszukiwaniami Pospieszalskich i z kolejnymi pokoleniami twórców rozwijających własne zainteresowania. Jest także pamięć o wystawie sprzed kilkudziesięciu lat i pytanie o to, jak ocalić jej sens, nie zamieniając jej w nostalgiczną rekonstrukcję. Takie spotkanie może zainteresować zarówno osoby od dawna związane ze Sztuką, jak i tych, którzy dopiero zaczynają odkrywać jej różnorodność.

Co więcej, może przypomnieć, że Kultura nie jest wyłącznie domeną wielkich nazwisk i najważniejszych instytucji. Tworzą ją również relacje, lokalne inicjatywy, rodzinne historie i ludzie, którzy przez lata podtrzymują potrzebę spotykania się wokół wspólnych wartości.
Nie każde ważne wydarzenie musi być wielkim festiwalem. Czasami wystarczy dobrze przemyślana idea, autentyczne zaangażowanie i przestrzeń, w której ludzie mogą się spotkać. A jeśli spotkanie to obejmuje kilka pokoleń, różne dziedziny Sztuki i historię przyjaźni trwającej ponad czterdzieści lat, otrzymujemy coś, co trudno zamknąć w zwykłej kategorii wystawy. Na koniec zostaje pytanie o to, co naprawdę przekazujemy dalej.

Kiedy próbuję uchwycić najważniejszy sens tego przedsięwzięcia, wracam myślami do tytułu. „Sztuka rodziny, rodzina sztuki”. Dwa krótkie sformułowania, a między nimi mieści się niemal cała opowieść o ludzkiej potrzebie tworzenia i bycia razem.
Pierwsze mówi o dziełach, umiejętnościach, zainteresowaniach i inspiracjach przekazywanych między pokoleniami. Drugie – o relacjach, które sprawiają, że zaczynamy czuć się częścią większej całości.
W obu przypadkach najważniejsze okazuje się przekazywanie sposobu patrzenia na świat, ciekawości, gotowości do eksperymentowania i przekonania, że warto poświęcać czas temu, co nie zawsze przynosi wymierne korzyści.

Wystawa w Konduktorowni pokazuje, że Sztuka nie musi być odseparowana od codzienności. Może wyrastać z rodzinnych spotkań, z rozmów, z obserwowania bliskich i z dziecięcych fascynacji. Może łączyć pokolenia, nawet jeśli każde z nich wybiera własną drogę. Może być sposobem na zachowanie pamięci, ale również impulsem do tworzenia czegoś nowego.
A przede wszystkim może stać się językiem wspólnym dla ludzi, których nie łączy wyłącznie pokrewieństwo, lecz także przyjaźń, wzajemny szacunek i potrzeba dzielenia się tym, co uważają za ważne.

„Sztuka rodziny, rodzina sztuki – po czterdziestu latach” to opowieść o tym, że prawdziwe dziedzictwo nie polega na pozostawieniu po sobie wyłącznie rzeczy, ale polega na przekazaniu innym czegoś, co pozwoli im tworzyć własne.
Obrazy można powiesić na ścianie, rysunki można schować do teczki, rzeźby ustawić w gablocie, a muzykę utrwalić na nagraniu. Ale najważniejsze pozostaje niewidoczne: ciekawość świata, odwaga poszukiwania, pamięć o bliskich i umiejętność budowania relacji.
To właśnie one sprawiają, że Sztuka nie kończy się wraz z ostatnim pociągnięciem pędzla ani z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Trwa w kolejnych ludziach, kolejnych pomysłach i spotkaniach.
Sztuka jest nie tylko tym, co tworzymy. Jest również tym, co dzięki niej potrafimy sobie nawzajem przekazać.

@ak

Pozdrawiam Dziedzictwem Przyjaźni

Rock'n'RollinArt Lives 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.