Albumy miesiąca - wrzesień 2026

Opublikowano w 27 września 2026 11:33

Muzyka ma tę niezwykłą właściwość, że potrafi w ciągu kilku minut przenieść człowieka w zupełnie inne miejsce. Nie wiem czy też tak macie, ale u mnie dzień bez ulubionej muzy właściwie nie istnieje. Wrzesień przyniósł mi kilka nowych płyt, z których musiałem ponownie wybrać cztery najlepsze. Łatwo nie było.

Kai Hansen zaprosił mnie do swojego metalowego laboratorium, w którym tradycja spotyka się z potrzebą eksperymentowania. The Warning przypomniały, że rock nie tylko jeszcze żyje, ale może mieć przed sobą naprawdę ekscytującą przyszłość. Aldous Harding otworzyła przede mną drzwi do muzycznej króliczej nory, z której długo nie miałem ochoty wychodzić. Adam Bałdych z kolei wraz ze swoim European Quartet zabrał mnie w miejsce, w którym Muzyka opowiada dużo więcej wtedy, kiedy przestaje mówić... głośno.
Cztery albumy, cztery języki, cztery odmienne sposoby opowiadania o świecie. I żadnego powodu, żeby wybierać tylko jeden. Te cztery płyty zabrały mnie w bardzo różne strony.

KAI HANSEN – „Born With A Hammer”
Kai Hansen należy do tych muzyków, których nazwisko dla miłośnika metalu jest właściwie muzycznym znakiem drogowym. Helloween, Gamma Ray, dziesięciolecia grania, komponowania i budowania europejskiej szkoły power metalu. Można by więc oczekiwać, że nowa płyta będzie kolejnym rozdziałem dobrze znanej historii. Tymczasem „Born With A Hammer” jest raczej próbą otwarcia nowego rozdziału.
Od pierwszych minut miałem poczucie, że Hansen nie chce tutaj udowadniać, że nadal potrafi grać metal. To przecież wiadomo. Bardziej interesuje go odpowiedź na pytanie: co jeszcze można zrobić z własnym muzycznym doświadczeniem? „Feeding The Beast” zaczyna się podniośle, po czym wszystko zostaje przecięte ostrym gitarowym riffem. Jest ciężar, jest energia, jest charakterystyczny głos Hansena. To utwór, który mógłby być swoistą wizytówką płyty, choć jednocześnie po kolejnych przesłuchaniach zacząłem traktować go raczej jako punkt wyjścia niż jej najważniejszy moment.
Bo później robi się naprawdę ciekawie. Największe wrażenie zrobił na mnie utwór tytułowy. „Born With A Hammer” ma w sobie coś, co bardzo lubię w muzyce rockowej: nie jest tylko piosenką. Jest małym spektaklem, w którym Hansen pozwala sobie na rozmach, zmiany tempa, różne faktury i przede wszystkim na świadomą zabawę historią rocka. Słychać tutaj ducha Queen. I nie chodzi o banalne kopiowanie ich stylu, ale o wykorzystanie pewnego sposobu myślenia o rocku: fortepian, wielogłosowe harmonie, gitarowe brzmienia przywołujące skojarzenia z Brianem Mayem, teatralność i kolejne muzyczne zwroty. Nawet tekstowe mrugnięcia okiem w stronę „Bohemian Rhapsody” nie pozostawiają wątpliwości, że Hansen doskonale wie, z jakiej tradycji korzysta. A jednocześnie pozostaje sobą i to chyba najważniejsze.
„End Of The Road” jest niczym rozpędzona ciężarówka bez zamiaru hamowania. Refren natychmiast zostaje w głowie i przyznam, że właśnie takie momenty najbardziej lubię na rockowych płytach. Można podziwiać konstrukcję utworu, można analizować gitarowe partie, ale ostatecznie liczy się również to proste uczucie: człowiek słucha i chce jeszcze raz.
„I.D.G.A.F.” idzie jeszcze dalej. Sam tytuł — „I Don't Give A Fuck” — mówi właściwie wszystko. Punkowa bezczelność, dosadność, zabawa, seks, odcięcie się od marudzenia i całego świata. A jednak Hansen podaje to z takim dystansem i poczuciem humoru, że zamiast irytować, utwór bawi.
„Wait And See” oraz „Wonderland” pokazują z kolei cięższą stronę albumu. Industrialny chłód miesza się tutaj z metalowym ciężarem, ale Hansen nie zapomina o melodii. I właśnie to jest jego wielką siłą. Nawet kiedy robi się ciężko, nie gubi piosenki.
Jeszcze większą niespodzianką okazuje się „Welcome To Life”. Gdy metal zaczyna nagle skręcać w stronę reggae, można przez chwilę zastanawiać się, czy na pewno słuchamy tej samej płyty. Ale właśnie takie momenty sprawiają, że „Born With A Hammer” nie jest kolejnym albumem z gatunku „Kai Hansen robi to, co robił przez ostatnie trzydzieści lat”.

„Don't Care” dorzuca do tego ostrzejszego rocka rytmikę kojarzącą się niemal z klubową elektroniką. Teoretycznie można by zarzucić temu wszystkiemu brak stylistycznej spójności. Tylko po co?
Przecież życie też nie jest stylistycznie spójne.
Raz człowiek chce krzyczeć, raz tańczyć, innym razem zamknąć drzwi i powiedzieć światu „dajcie mi spokój”. Hansen najwyraźniej postanowił zrobić z tej sprzeczności metodę twórczą. Bardzo dobrze mu to wyszło.
„Born With A Hammer” jest płytą dojrzałego muzyka, który nie musi nikomu niczego udowadniać. Dlatego może sobie pozwolić na eksperyment. Jest metal, jest hard rock, jest Queen, jest industrial, jest reggae, jest klubowy puls, są świetne gitary Kaia i jego syna Tima. A przede wszystkim jest radość grania. I to słychać.

 

THE WARNING – „Everything's Falling”
Trzy dziewczyny z Monterrey. Zrobiło się naprawdę gorąco. The Warning to jeden z tych zespołów, przy których bardzo szybko przestaję używać słowa „młode”. Wiek muzyków może być ciekawostką biograficzną, ale nie ma większego znaczenia, kiedy z głośników wydobywa się muzyka tak dojrzała, precyzyjna i bezczelnie rockowa.
Siostry Villarreal zaczynały jako internetowa sensacja. Ich historia ma wszystko, co współczesna popkultura lubi najbardziej: dzieci, instrumenty, nagrania wrzucane do sieci, viralowe materiały, miliony wyświetleń, media społecznościowe. Tyle że tutaj internet jest tylko początkiem historii, bo kiedy słucham „Everything's Falling”, nie słyszę produktu stworzonego przez marketingowców. Nie słyszę kolejnego plastikowego girlsbandu, któremu ktoś do ręki wręczył gitarę, żeby lepiej wyglądał na plakacie. Słyszę rockowy zespół. I to taki, który doskonale rozumie, czym rock powinien być.
Od pierwszych dźwięków mam poczucie, że The Warning znalazły niezwykle trudną równowagę pomiędzy przebojowością a ciężarem. Ich muzyka jest wystarczająco melodyjna, żeby mogła dotrzeć do szerokiej publiczności, ale jednocześnie nie została pozbawiona gitar, perkusyjnej energii i tej odrobiny brudu, bez której rock zaczyna przypominać reklamę rocka. „Everything's Falling” brzmi jak odpowiedź na pytanie, czy gitarowa muzyka może być jeszcze częścią głównego nurtu.
Może. I nie musi przy tym przepraszać za to, że jest rockiem.
Szczególnie mocno działa na mnie „Ego”. Hiszpański język dodaje temu utworowi dodatkowej temperatury, ale najważniejszy jest głos Dany Villarreal. W jednej chwili potrafi być melodyjny, niemal delikatny, by za moment przeobrazić się w drapieżny, mocny rockowy wokal. W takich momentach przestaję myśleć o niej jako o „młodej wokalistce”. Po prostu słyszę wokalistkę. I to bardzo dobrą.
„Kerosene” i „Ritual” mają w sobie coś z utworów, które od pierwszego przesłuchania zachowują się tak, jakby człowiek znał je od dawna. Jest riff, jest rytm, refren i jest ta trudna do zdefiniowania cecha, dzięki której piosenka zaczyna żyć własnym życiem. Ale kiedy dochodzę do „Kill Or Be Killed”, zaczynam rozumieć, jak szerokie możliwości ma ten zespół. Rytm jest hipnotyzujący, a charakterystyczne wystukiwanie podkreślające puls utworu dodaje mu niemal fizycznej energii.
Potem „Why Do You Like It When I Cry”. Tutaj pojawia się skojarzenie z Paramore, ale The Warning nie zatrzymują się na inspiracji. Refren jest ekspresyjny, emocjonalny i bardzo świadomie zbudowany. To nie jest muzyka, która udaje, że nie zależy jej na melodii. Przeciwnie. Melodia jest jednym z jej największych atutów.
„Bruises” przynosi kolejną porcję zadziorności, „Waste Your Time On Me” flirtuje z pop punkiem, ale dla mnie jednym z największych momentów albumu jest „Bloodsport”. To jest ten rodzaj utworu, przy którym ręka sama wystukuje rytm.
„Three, two, one — knockout!”
Nagle wiadomo, że mamy do czynienia z zespołem, który rozumie również siłę prostego muzycznego gestu. Do tego charakterystyczny śmiech, energia, rytm i ogromna chwytliwość. The Warning mają coś, czego nie da się wyprodukować w studiu. Mają osobowość.

Podczas słuchania „Everything's Falling” zacząłem myśleć nie o tym, kim są dzisiaj, lecz o tym, dokąd mogą dojść. The Pretty Reckless? Halestorm? Oczywiście, można stawiać takie porównania. Są naturalne, ponieważ wszystkie te zespoły pokazują, że kobiety mogą być absolutnie pierwszoplanowymi postaciami współczesnego rocka. Ale The Warning mają jeszcze jedną przewagę: nie brzmią jak próba odtworzenia jakiejś konkretnej epoki. Są zespołem swojego czasu. Słychać w nich klasyczny hard rock, alternatywę, punkową energię, nowoczesną produkcję, popową melodykę, ale wszystko to zostało przepuszczone przez ich własny filtr. I właśnie dlatego patrzę na nie nie jak na kolejną ciekawostkę z internetu, ale jak na jedną z najciekawszych rockowych historii, które właśnie się piszą.
Jeżeli będą rozwijały się w tym kierunku, mogą spokojnie mierzyć w znacznie większą ligę.
Najważniejsze jednak, że The Warning nie muszą nikogo naśladować. Już mają własny głos, a w rocku to jest waluta najcenniejsza.

ALDOUS HARDING – „Train On The Island”
Po gitarowym huku The Warning wejście w świat Aldous Harding jest niczym otwarcie drzwi do starego, lekko zamglonego domu, w którym ktoś zostawił włączony gramofon. Nie wiadomo, kto tam mieszka i nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. Dlatego zostaję.
Aldous Harding od początku swojej kariery wymykała się prostym definicjom. Kate Bush, Scott Walker — takie porównania pojawiały się już wcześniej. Dzisiaj mam jednak wrażenie, że Harding coraz mniej potrzebuje cudzych nazwisk, aby opisać swoją muzykę. Stała się własnym punktem odniesienia.
„Train On The Island” jest albumem, który nie próbuje mnie zdobyć natychmiast. Raczej cierpliwie czeka. Otwierający „I Ate The Most” jest tego najlepszym przykładem. Terkocząca perkusja, delikatne organy, schowany gdzieś głęboko elektroniczny motyw, subtelna gitara i głos Harding. Przede wszystkim głos.
Jest blisko. Momentami mam wręcz wrażenie, że Artystka nie śpiewa do wielkiej sali, ale siedzi gdzieś obok i opowiada mi coś, czego nie powinienem usłyszeć. To niezwykle intymne wrażenie.
Jednocześnie teksty pozostają enigmatyczne. Harding zmienia perspektywy, wciela się w różne głosy, zostawia niedopowiedzenia. Nie daje mi instrukcji obsługi.
W „One Stop” pojawia się więcej rytmu, a wokalistka zaczyna bawić się własnym głosem. Zmienia barwę, wysokość, sposób frazowania. Nagle jedna osoba brzmi jak kilka.
„San Francisco” przynosi kolejną niespodziankę. Początkowo delikatny klimat alt country stopniowo przechodzi w psychodeliczny folk. Wokal również się zmienia. To trochę tak, jakby Harding co kilka minut przesuwała ścianę w pokoju. Myślałem, że już wiem, gdzie jestem, a ona pokazuje mi kolejne drzwi.
W „Train On The Island” pojawia się eteryczność i zmysłowość, która może przywołać skojarzenia z Tori Amos. „Worms” schodzi do niskiego rejestru, a kilka francuskich wersów dodaje utworowi jeszcze jednego odcienia. „What Am I Gonna Do?” z kolei pokazuje Harding w bardziej jazzująco-soulowej odsłonie. Wyrazisty puls basu prowadzi kompozycję, a końcowa partia harfy pojawia się niemal jak sen.
Właśnie słowo „sen” pasuje do tej płyty najlepiej. Nie jest to może sen spokojny, ale taki, w którym wiemy, że coś się wydarzy, tylko nie wiemy co.
„Venus In The Zinnia” przynosi prawdziwy dialog z H. Hawkline'em. Tym razem Harding rzeczywiście nie jest sama, choć nawet tutaj jej osobowość pozostaje dominująca.
A potem przychodzi „Coats”. Indie-rockowa ekspresja sprawia, że przez moment znów można odnieść wrażenie, że słyszymy duet. Ale nie. To wciąż tylko Ona.
Największą sztuką Aldous Harding jest to, że potrafi być jednocześnie jedną wokalistką i całym chórem postaci.
„Train On The Island” nie jest płytą, którą włączyłbym wyłącznie po to, żeby coś sobie nucić podczas gotowania obiadu. Chociaż oczywiście można to zrobić. Jednak jest to album do słuchania bardziej świadomego. Na wieczór, w słuchawkach, albo podczas spaceru. W chwili, kiedy chciałbym odsunąć od siebie wszystkie oczywiste melodie świata. I wejść do tej króliczej nory. Wszedłem i nie żałuję.

 

ADAM BAŁDYCH EUROPEAN QUARTET – „Endless”
Cisza. Nie absolutna, oczywiście. Muzyka nadal płynie, ale jest w niej coś, co każe słuchać mi ciszej. Adam Bałdych wraz z European Quartet stworzył album niezwykły. W składzie znaleźli się Daniele di Bonaventura grający na bandoneonie, Jacob Karlzon przy fortepianie oraz kontrabasista - Michel Benit. Skład zespołu zapowiadał spotkanie różnych europejskich tradycji muzycznych, a jednak „Endless” nie brzmi jak pokaz możliwości czterech znakomitych instrumentalistów.
Płytę nagrano na żywo w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Ta informacja ma tutaj istotne znaczenie, bo podczas słuchania naprawdę czuje się przestrzeń. Nie mam wrażenia, że muzycy próbują ją wypełnić za wszelką cenę. Pozwalają jej istnieć, a nawet współtworzyć muzykę.

„Long Way Home” otwiera album niczym pierwsze kroki w podróży, której celu jeszcze nie znam. „Horizon” i „Wanderer” rozwijają tę opowieść, ale nie zamykają jej w jednoznacznych ramach. Tytuły są zresztą znaczące.
„Endless”, „Traveller”, „Between Here and Forever”. To muzyka drogi, ale nie tej rozumianej jako przemieszczanie się z punktu A do B. Bardziej jako droga wewnętrzna. Największe wrażenie robi na mnie „Shine”. Skrzypce pizzicato, fortepian gdzieś w tle, a potem coraz większe otwarcie przestrzeni. W końcu fortepian przejmuje narrację i prowadzi ją dalej. Bałdych pokazuje ogromną dojrzałość. Nie jest cały czas na pierwszym planie. To ważne dla każdego Artysty, ale w przypadku wirtuoza chyba szczególnie. Łatwo przecież wpaść w pułapkę: skoro potrafię coś zagrać, muszę to zagrać. Tymczasem na „Endless” Bałdych wie również, kiedy nie grać. Jacob Karlzon otrzymuje sporo przestrzeni i wykorzystuje ją znakomicie. Relacja pomiędzy skrzypcami a fortepianem jest jednym z najważniejszych elementów całej płyty. Trochę bardziej chciałbym usłyszeć bandoneon Di Bonaventury i kontrabas Michela Benity, bo mam wrażenie, że obaj mogliby w tej opowieści powiedzieć jeszcze więcej. Ale może właśnie na tym polega urok tego albumu. Nie wszystko zostaje dopowiedziane.
„Gnosienne” Erika Satiego jest jedynym wyjątkiem wśród autorskich kompozycji i znakomicie wpisuje się w filozofię całości. Satie pasuje tutaj niemal naturalnie — jego muzyka również potrafi mówić poprzez przestrzeń, zawieszenie i niedopowiedzenie.
„The Stars Are Closer Than We Think” czy „Rainbow” rozwijają ten spokojny, refleksyjny charakter. Nie ma tu wyścigu i nie ma potrzeby pokazania słuchaczowi, kto jest najlepszym instrumentalistą. Słyszę rozmowę pomiędzy muzykami.
„Endless” odbieram jako muzykę bardzo bliską człowiekowi.

 

Te cztery płyty zostawiają mnie w innym miejscu.
Kai Hansen przypomniał mi, że doświadczenie i wiek nie muszą oznaczać powtarzania samego siebie. The Warning mocno i wyraźnie dają do zrozumienia, że rock może patrzeć w przyszłość i nadal być rockiem — z gitarami, perkusją, energią i prawdziwymi emocjami. Aldous Harding udowodniła, że czasami warto zgubić drogę, żeby znaleźć ciekawszy muzyczny krajobraz. Adam Bałdych natomiast przypomniał mi, że cisza również potrafi być pięknym i niezwykle emocjonalnym instrumentem.

Te cztery albumy bardzo dobrze ze sobą współgrają, choć na pierwszy rzut oka nie powinny. Każdy z nich mówi o wolności.
Kai Hansen jest wolny od własnej legendy. The Warning są wolne od stereotypu „młodych dziewczyn grających rocka”. Harding jest wolna od potrzeby wyraźnego tłumaczenia swoich muzycznych światów, a Adam Bałdych uwalnia się od konieczności nieustannego udowadniania własnej wirtuozerii.
Cztery płyty - cztery różne drogi, a ja po ich wysłuchaniu mam ochotę zrobić coś bardzo prostego.
Nacisnąć „play” jeszcze raz. I zrobię to wielokrotnie.
@ak

Pozdrawiam Wolnością Muzycznych Światów

Rock'n'Roll Lives

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.